Strona główna | Aktualności | O klubie | Członkowie | Wyjazdy | Wyprawy | Kursy | Biblioteka | Materiały szkoleniowe | Galeria | Inne strony | Dla administratorów

Relacje:Alpy

Eksploracja masywu Hoher Göll

09 - 29.07.2016
Uczestnicy: RKG: Mateusz Golicz (kierownik), Damian Szołtysik, Michał Wyciślik, Łukasz Piskorek, WKTJ: Paulina Piechowiak (Świstak), Aleksandra Skowrońska, KKS: Miłosz Dryjański, AKG: Agnieszka Sarnecka


Tegoroczna wyprawa dobyła się w dniach 09.07-29.07 a jej głównym, celem była dalsza eksploracja jaskini Gamsstieghohle oraz "problemów" z roku poprzedniego zarówno w samej jaskini jak i na powierzchni masywu.

fot. M.Dryjański
fot. M.Dryjański
W piątek(09.07) po 2200 od razu po pracy zostaję odebrany przez Michała, Damiana i Agnieszkę i jedziemy bezpośrednio na miejsce spotkania do Austrii. Droga przebiega bez problemu i chwilę po godzinie 0600 rano jesteśmy już na miejscu, gdzie spotykamy Miłosza.

Niedługo po nas pojawiają się Mateusz z Pauliną i Olą. Wspólnie oczekujemy na przylot helikoptera, który ma nas dostarczyć wraz z ładunkiem na górę. Jako, że zachmurzenie tego dnia jest dość kapryśne oczekując na poprawę pogody przygotowujemy do nadania ekwipunek i materiały. Jest chwila czasu na krótką drzemkę. W samo południe pogoda na tyle się stabilizuje, że jest możliwość startu i w kilka chwil wszyscy wraz z ładunkiem jesteśmy już w Zakrystii. Dzień mija na przygotowaniu bazy i sprzętu. Jest czas na odprawę i omówienie wszystkich zagadnień dotyczących funkcjonowania wyprawy. Jako, że jestem tu pierwszy raz muszę wysłuchać więcej instrukcji niż reszta ale lepiej wiedzieć dużo niż potem pytać o wszystko.

W niedzielę wraz z Damianem i Michałem dostajemy zadanie dostarczenie na biwak sprzętu i żywności. Jako, że idziemy pierwsi dokonujemy zaporęczowania dojścia do otworu jaskini. W samej jaskini zaś rozkładamy i przygotowujemy biwak. Idący za nami Mateusz z Pauliną i Agnieszką dokonują poprawy oporęczowania w samej jaskini, spotykamy się z nimi przed biwakiem czekając aż skończą poprawki na możliwość minięcia się z nimi w meandrze. Miłosz z Olą działają na powierzchni rozwijając kabel telefoniczny od Zakrystii do otworu jaskini. Wszyscy razem spotykamy się późnym wieczorem na bazie. Troszkę prywatnych odczuć co do mojej pierwszej wizyty w samej jaskini, o której tyle się mówi w ciągu całego roku w klubie. Jaskinia... jak każda inna. Wrażenie może robi ale to dalej jaskinia do której mam respekt jak do nawet najmniejszej jurajskiej.

Owszem niektóre partie potrafią zauroczyć, ładne studnie z długimi zjazdami, trawersy, meandry, wszechobecna woda no i coś czym mnie "straszono" jak małe dzieci Buką z Muminków: Zemstą Klappachera. Jeżeli by mi nie powiedziano przed wejściem do tego meandra, że to jest TO miejsce to po jego przejściu nawet bym nie zauważył. Koledzy tłumaczą to tym, że moje warunki fizyczne są lepsze :P Meander bardzo ładny, długi i ciasny. Ja akurat lubię tego typu formy jaskiniowe i nawet Pan Wilson mi nie przeszkadzał w jego przejściu. Tak jest dobrze przeczytaliście nazwałem swój wór jaskiniowy tak samo jak Tom Hanks w "Cast Away" piłkę, która podczas pobytu na wyspie była jego "najlepszym przyjacielem" i możecie mi wierzyć ze mną wszystko jest ok inaczej chyba by mnie nie zabrali?

fot. Ł. Piskorek
fot. Ł. Piskorek
W poniedziałek w samo południe Mateusz, Ola, Aga i Miłosz udają się do jaskini Gamssteigschacht i wracaj późnym wieczorem. W tym samym czasie na pierwszy biwak udaje się Damian z Pauliną zabierając ze sobą transport rzeczy na biwak.

W środę rano to samo robię z Michałem. Na biwak dochodzimy dość szybko i to wtedy pierwszy raz mam okazję spróbować jedzenia na biwaku. Naprawdę fajna sprawa jeść z jednego garnka w namiocie w środku jaskini coś co nazywają "speleopulpą".

Przestawienie się na tryb szycht 12h nie stwarza problemu choć to dziwne uczucie po przebudzeniu się, zejściu do jaskini, zjedzeniu śniadania (?) iść znowu spać i to na 10 godzin. Inni pewnie byli by szczęśliwi dla mnie... trudno przeżyję.

Wstajemy i znowu speleopulpa. Po jej skonsumowaniu idę wreszcie z Michałem na swoją pierwszą szychtę. Dojście na przodek robi wrażenie(takiej firanki jeszcze w życiu nie widziałem) ale na miejscu jesteśmy szybko i równie szybko realizujemy zadanie czyli wywspinanie się do okna w sali i sprawdzenie jego kontynuacji (brak). Wracamy na biwak i standardowo: speleopulpa, nocleg 10h, speleopulpa i kolejna szychta. Tu już ciekawiej: Kominy na Pałę, jest co iść w górę. Dochodzimy do miejsca, gdzie w ubiegłym roku zakończyła się eksploracja i wspinamy dalej, znaczy Michał wspina :) Po pokonaniu kilkunastu metrów obaj stajemy na olbrzymiej zaklinowanej wancie, która wygląda jak gładko odcięty kawałek tortu. Poręczujemy dojście na stabilniejszy grunt. Przechodzę przez ciasny przełaz, za którym odkrywamy meander. Idę pierwszy jakoś niespecjalnie zwracając uwagę na to, że nikt wcześniej tędy nie przechodził, po prostu nie myślało się o tym ale uczucia, które temu towarzyszyło do dziś nie potrafię opisać. Dochodzimy meandrem do salki wchodząc po drodze na niewysoki wodospad. Na końcu salki... komin identyczny jak ten z Kominów na Pałę ale nazwany Kominem Ostatnich Pięciu Sprawnych(oj tak). Czytając opisy z lat poprzednich zastanawiałem się co oznaczają nazwy poszczególnych partii jaskini, teraz sam wiem co oznacza nazwa tego komina, a Wy nie. Jedyny sposób aby się tego dowiedzieć to pojechać na wyprawę z nami.

Następne szychty kontynuujemy we wspomnianym kominie posuwając się w górę. W między czasie biwak opuszcza Damian z Pauliną a na ich miejsce schodzi Mateusz z Olą. W tym samym czasie osoby będące na powierzchni działają w jaskini Gruberhornhöhle.

fot. M.Golicz
fot. M.Golicz
W sobotę rano wychodzę z jaskini z Michałem, który tego samego dnia wieczorem schodzi ponownie na biwak ale już z Agnieszką.

Przez weekend mam możliwość przygotowania swojego sprzętu do kolejnego wyjścia i zregenerowania sił przed kolejnym zejściem do jaskini, które nadarza się już w poniedziałek.

Udaję się do jaskini Gamssteigschacht wraz z Miłoszem sprawdzić okno nad dnem jaskini oraz zdeporęczować liny tam będące. Kilkanaście (dziesiąt?) metrów nad dnem trawersuję po ścianie w prawo aby dostać się do okna, do momentu aż zabrakło punktów. Z miejsca, które osiągnąłem nie było widać kontynuacji okna zawalonego rumoszem skalnym. Z jaskini wychodzę z całym zapasem liny zebranym od samego dna. Jeszcze chyba w jednym worze nie miałem tylu metrów liny.

We wtorek wraz z Pauliną i Miłoszem udajemy się na grań do jaskini Jubileuszowej celem skontrolowania stanu korka śnieżnego blokującego dostęp do dalszej części jaskini. Śnieg jest i to nawet sporo. Dalej udajemy się z transportem lin do jaskini Błądzących we Mgle. Zostawiamy wór i patrząc na szczyt Hinteres Freieck(2300m n.p.m.) decydujemy się na wejście. Z dołu wyglądało na to, że czas potrzebny na wejście na szczyt to co najmniej godzina, jak nie lepiej. Nie wiedzieć jakim cudem po kilkunastu minutach wpisujemy się już do książki tam będącej. Spędzamy kilka (hahaha) chwil na szczycie w promieniach słońca, którego przez ostatnie dni nie było prawie wcale i wracamy do Zakrystii. W środę z biwaku powracają wszyscy jego uczestnicy, którzy cały czas kontynuowali wspinanie i kartowanie odkrytego komina.

W czwartek wraz z Agnieszką i Michałem miałem udać się ponownie do jaskini Błądzących we Mgle, ale niedługo po wyjściu zastaje nas ulewa i wracamy do bazy.

fot. M. Golicz
fot. M. Golicz
Wieczorem w czteroosobowym namiocie odbywa się impreza na osiem osób. Jeżeli Ktoś nie wierzy, że jest to możliwe niech przeczyta IV tom przygód Harrego Pottera w rozdziale o Mistrzostwach Świata w Quidditchu.

Ja książkę czytałem dawno temu i myślałem, że taki namiot nie istnieje... istnieje naprawdę. Co do samej imprezy podejrzewam, że jako pierwsi na świecie oglądaliśmy film z 1961r na wysokości 1700m n.p.m. Żeby nie było, był o jaskiniach: "Zuzanna i chłopcy". Polecam!

Piątek to był dzień. Z bazy na dół schodzi Damian z Pauliną, którzy po dwóch tygodniach wracają do domu. Ja głupi sam zaproponowałem, że zejdę z nimi i na następny dzień wrócę w ekipą przyjeżdżającą w odwiedziny na kilka dni.

Kierownik wyprawy chyba nie do końca był pewny czy jak zejdę to nie zdezerteruję razem z nimi, ale ostatecznie dostaję pozwolenie. Schodzimy powoli, obładowani sprzętem nie spiesząc się i uważając na każdym kroku aby nie pogorszyć kontuzji już wracających do domu uczestników wyprawy.

Po zejściu kąpiemy się w rzece. Możecie mi wierzyć, że po dwóch tygodniach "kąpania się" na bazie, temperatura wody w rzece na nikim nie robi wrażenia. Chwilę po wejściu do samochodu pada już tak mocno, że wycieraczki w samochodzie nie nadążają z wycieraniem szyby. Udajemy się do Hellbrunn, gdzie siedzibę ma miejscowy klub grotołazów wcześniej robiąc zakupy. Tam też spędzamy noc. W tym samym dniu do jaskini Błądzących we Mgle do której mieliśmy się udać w czwartek, ale przeszkodziła nam ulewa, udają się ponownie Michał i Agnieszka, a zamiast mnie idzie Miłosz. Dokonują poprawy w oporęczowaniu jaskini. Mateusz zaś z Olą udają się na poszukiwania jaskini Dependance, którą udaje się odnaleźć.

W sobotę rano w Hellbrunn pojawiają się Asia, Łukasz, Bogdan i Piotr. Wszyscy razem wspólnie udajemy się na miejsce startu. Szybki przepak, wspólne zdjęcie i już w piątkę wchodzimy na górę do Zakrystii, a Damian z Pauliną wracają do Polski.

Wspominałem już, że sam głupi zaproponowałem, że im pomogę w transporcie rzeczy zamówionych na biwak? Teraz pisząc opis napiszę, że już więcej tego błędu nie popełnię, ale pewnie jak mnie ktoś poprosi to znowu się zgodzę. Głupek.

Droga na górę to około 1300 m różnicy poziomów. Część idzie się na własnych nogach, a cześć na odcinkach linowych. Dziesięć godzin (helikopterem 3-5 minut), dziesięć godzin wchodziliśmy na bazę z załadowanymi do granic możliwości plecakami. Łukasz (prezes) prowadził za nim Piotr, Asia, Bogdan i na końcu ja.

Stojąc pod Zakrystią i czekając aż kolejne osoby wejdą po linie na górę, słyszę jak każdej kolejnej osobie wchodzącej na górę coś śpiewają. Wydaj mi się, że było to "sto lat". Po tym jak zaczynam wchodzić ja zaczyna padać deszcz. Po wejściu na górę mi nic nie zaśpiewali :(

fot. M. Golicz
fot. M. Golicz
Wieczorem Michał z Agnieszką wychodzą na biwak, a na bazie trwa mała impreza zakończona dość szybko, pewnie przez zmęczenie.

W niedzielę na biwak również wychodzi Mateusz z Olą, a kilka godzin po nich ja z Asią. W efekcie czego w jaskini na biwaku jest sześć osób i realizujemy tzw. podwójną szychtę.

Po zjedzeniu przed "drzwiami" namiotu (nie wpuszczono nas do środka, żebyśmy się nie rozleniwili), pozostałości speleopulpy i wypiciu czegoś ciepłego, udaję się z Asią na inny przodek do meandra Syf-On. Dojście zajmuje troszkę czasu ale docieramy do miejsca, gdzie w ubiegłym roku zakończyła się eksploracja i idziemy dalej. Eksploracja całkiem inna niż ta znana z Komina Ostatnich Pięciu Sprawnych. Idzie się meandrem w poziomie co jakiś czas zakładając punkty i zjeżdżając jakąś studnią mniejszą lub większa na dół. Kontynuujemy tak długo aż brakuje nam liny przed kolejnym zjazdem, więc decydujemy się na powrót.

Po powrocie idziemy jeszcze na chwilę do podstawy Kominów na Pałę z nadzieją spotkania Michała i Agnieszki wracających ze swojego przodka. W tym samym czasie w jaskini robi się coraz głośniej a strumień płynący w okolicy biwaku w ciągu chwili wypełnia się wodą prawie na całej wysokości jego koryta. Po kilku chwilach na biwaku pojawiają się Michał i Aga. Speleopulpa i do spania a Mateusz z Olą udają się na szychtę podczas której Ola zostaje kontuzjowana.

Na powierzchni w niedzielę do jaskini Gruberhornhöhle udają się Łukasz, Bogdan i Piotr wraz z Miłoszem w celu zdeporęczowania kilku lin i wyniesienia ich na powierzchnię.

W poniedziałek wychodzę z Asią z jaskini późnym wieczorem, gdyż nazajutrz wraz z chłopakami wraca do Polski.

We wtorek jak wspominałem opuszczają nas Asia, Łukasz, Bogdan i Piotr. Zostaję na bazie sam z Miłoszem.

Czekając na wyjście z jaskini Mateusza z kontuzjowaną Olą i braku kontaktu telefonicznego z ekipami w jaskini, wieczorem udaję się pod otwór jaskini zaopatrzony w telefon polowy sprawdzając po drodze czy przypadkiem nie została uszkodzona linia telefoniczna.

fot. Ł. Piskorek
fot. Ł. Piskorek
Będąc już pod otworem spotykam Mateusza z Olą, których częstuję swoimi smakołykami zabranymi z bazy. Kilkanaście minut po nich z otworu wychodzi Michał z Agnieszką. Przepuszczam wszystkich przodem i czekam aż odcinki linowe będą wolne, a następnie deporęczuję wszystko, gdyż podczas tej wyprawy do jaskini Gamsstieghohle już nikt nie wejdzie. Do zakrystii docieram z dwoma w pełni załadowanymi worami.

W środę zaczynamy powoli zwijać bazę i czekamy na ustabilizowanie się pogody tak, aby Olę mógł podebrać z bazy helikopter, gdyż z powodu kontuzji niemożliwe było by jej zejście na dół.

W czwartek dosyć późno po zakończeniu wszystkich prac na bazie zaczynamy z załadowanymi plecakami schodzić na dół. Wiedząc już co mnie czeka nastawiam się na 6h drogi.

Jakie jest moje zdziwienie jak po 3h docieram do samochodu jako drugi, zaraz za Mateuszem. Ponownie kąpiel w rzece, szybkie wpakowanie plecaków do samochodu i po chwili jedziemy już do Helgi.

Tam spotykamy Olę oraz Marka Wierzbowskiego, który pomógł Oli na dole. Organizujemy wspólnego grilla i późnym wieczorem udajemy się spać. W nocy pada, ale nawet to nie jest w stanie mnie wygonić gdzieś pod dach jako, że spałem pod gołym niebem. W piątek Mateusz z Michałem jadą zdać śmieci z ubiegłego roku i po ich powrocie wszyscy razem udajemy się do Polski.

Cała droga mija bez problemów poza "małymi" korkami na Austriackiej autostradzie jednopasmowej. Po drodze zatrzymujemy się w Lechowicach coś zjeść. W Polsce jesteśmy około 2100.


Jeżeli Ktoś by mnie spytał, czy warto pojechać na taką wyprawę, odpowiedział bym bez wahania, że warto. Jeżeli zaś spytałby się mnie dlaczego, musiałbym się zastanowić nad konkretną odpowiedzią, dla konkretnej osoby, ale odpowiedział bym coś, co by przemawiało za wyjazdem.

fot. M. Golicz
fot. M. Golicz
Spędziłem na wyprawie trzy tygodnie przybierając na wadze 2,6 kg i do dziś nie wiem jak to się stało. Kiedy po wyprawie pierwszy raz robiłem zakupy musicie mi wierzyć na słowo, że nie kupiłem kurczaka, słodyczy czy innych rzeczy, których na wyprawie nie było. Kupiłem chleb, kiełbasę krakowską i wielką słoik majonezu. Po tygodniu od przyjazdu przytyłem kolejne 2 kg :P

Najlepszym dowodem na to, że mi się nie znudziło było to, że w sobotę, dzień po przyjeździe byłem już z Klubowiczami w jaskini Czarnej. Jedyne co mnie ucieszyło bardziej to widok batinoxa a nie kotwy 8 mm.

Dziękuję wszystkim, że mogłem z Wami brać udział w tej wyprawie, mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja się spotkać na następnej i nie tylko.

Tę stronę ostatnio zmodyfikowano 21:13, 1 wrz 2016.
zaloguj się