Strona główna | Aktualności | O klubie | Członkowie | Wyjazdy | Wyprawy | Kursy | Biblioteka | Materiały szkoleniowe | Galeria | Inne strony | Dla administratorów

Relacje:Damian 2013

Spis treści

Ogólnie o wyprawie dookoła świata

02 01 - 26 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Kompromisy. Podobno życie składa się z kompromisów. W pracy, życiu osobistym i w ogóle wszędzie są jakieś kompromisy. Jeżeli nie bierzemy ich pod uwagę to musimy stawać przed wyborami „albo albo”.

Ta rowerowa wyprawa w moim wypadku miała być realizacją marzenia z wczesnej młodości (powiedzmy lata siedemdziesiąte) czyli z czasów kiedy wyjazd do Czechosłowacji wymagał zaproszenia a wyjazd na inny kontynent dla zwykłego człowieka był równie trudny jak lot kosmiczny co nie znaczy nie możliwy. Nawet jak pracowałem w kopalni moja miesięczna pensja w przeliczeniu na „twardą walutę” oscylowała wokół 50 USD. Nie mając więc na „zachodzie” cioci lub wujka oraz nie będąc w organizacjach typu ZMS mogłem raczej tylko marzyć o podróżach do bloku bratnich państw socjalistycznych. Nawet te marzenia realizowałem organizując wyprawy rowerowe na Węgry, do Czechosłowacji (udało się załatwić zaproszenie) i do NRD. Nie mogąc wykorzystać młodej krzepy w dalekich wojażach rowerowych skierowałem swą energię na bliższe cele o wiele bardziej jak się później okazało ciekawsze. Góry, jaskinie, woda. Rower powrócił po wielu latach lecz w formie MTB. Jazda po górskich ścieżkach to czasem prawdziwe wyzwanie. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu północno-amerykańska wyprawa Great Divide z 2009 roku.

Do tej wyprawy jakoś nie miałem serca. Gdy tylko Krzysiek Hilus – przyjaciel z czasów szkolnych ale również towarzysz kilku wyjazdów w tym wyprawy Great Divide napomknął o pomyśle przejechania rowerami Syberii podszedłem do tego bez większego entuzjazmu już chociażby z racji tego, że koleją transsyberską przed laty przemierzyłem te tereny. Głównie niziny a mnie przecież interesują góry. Zresztą czasy kiedy imponowały mi kilometry dawno miałem za sobą a już na pewno jazdę asfaltowymi drogami. Jednak jego entuzjazm a swoje doświadczenie postanowiłem wykorzystać do realizacji dawno zapomnianego marzenia – okrążenia globu realizując przy okazji kilka górsko-jaskiniowych celów. Tak więc przed wyprawą nawiązałem kontakt z uniwersyteckim klubem speleologicznym z Ponta Grossa w Brazylii w celu ewentualnego dokonania wejść do tamtejszych jaskiń, w planie również miałem zlustrowanie terenów krasowych w Nowej Zelandii oraz dotarcie do największej naturalnej, krasowej dziury na świecie czyli do tiankengu Xiaozhai w Chinach (tiankeng to chiński synonim studni krasowej w kształcie leja). W Kazachstanie celem był Kanion Szaryński.

Na czym polegały te kompromisy?

Takie wyprawy mogą trwać latami. W moim konkretnie przypadku należało zwolnić się z pracy, zostawić „na głowie” żony wszystkie sprawy rodzinne, zerwać wszystkie kontakty towarzyskie, zrezygnować z kupna nowszego samochodu. Nie wspominam tu już o reakcjach żony czy innych bliskich osób. Aby nie przesadzić z budżetem, czasem i możliwościami wymyśliłem trasę wokół naszego globu przez Amerykę Pd. (Brazylia, Paragwaj, Argentyna, Chile), Australię i Oceanię (Nowa Zelandia), Azję (Chiny, Kazachstan) do Europy (Ukraina). Obejmowała więc różne strefy klimatyczne, ukształtowanie terenu (choć głównie góry), zróżnicowanie kulturowe, systemy polityczne. Trasa może poszatkowana ale nie chciałem za bardzo dublować wcześniejszych podróży, które przez te lata odbywałem na różne kontynenty. Europę zjeździliśmy obaj nie tylko na rowerze na różne sposoby podobnie jak Północną Amerykę więc te kontynenty sobie zostawiliśmy. Po za tym kraje przez które mieliśmy jechać należą do największych na świecie a chcieliśmy się zamknąć w pół roku. Krzysiek z kolei był pod pręgierzem urlopu. Nadrobił sobie sporo wolnego lecz musiał wyruszyć w styczniu. Stąd pomysł startu z południowej półkuli.

Każdy z nas musiał się dostosować do czegoś. W efekcie powstał kompromis. Eskapada nie zbyt długa a jednocześnie ciekawa, pozwalająca na realizację postawionych celów przy jednoczesnym umiarze czasowo-finansowym. Mimo, że na lądach głównym środkiem lokomocji miał być rower to zakładaliśmy możliwość korzystania z innych środków transportu aby np. ominąć tereny mocno zurbanizowane lub nudne krajobrazowo (nizinne). Rower miał nam dopomóc w dotarciu w interesujące nas obszary a po za tym dawał niezależność. Absolutnie naszym celem nie miało być „młócenie” kilometrów bo do tego wystarczy stacjonarny rower w domu a i koszty wtedy niższe.

Krzysiek to konkretny facet. Zajął się sprawami organizacyjnymi w sensie rezerwacji biletów lotniczych, sprzętem oraz całą buchalterią. Ja z kolei pogłówkowałem nad trasą i całą logistyką wyprawy oraz podszlifowaniem hiszpańskiego, angielskiego i rosyjskiego. Do samego końca nie wiedzieliśmy jak potoczy się sprawa z wizami chińskimi. Gdy więc na kilka dni przed wylotem otrzymaliśmy z ambasad paszporty mogliśmy pakować resztę gratów. Jestem maniakiem lekkości więc nasz ekwipunek na jednego zamykał się w 30 kg łącznie z rowerem.

Od samego początku wiedziałem, że plany planami a życie życiem. W takich podróżach ciężko z góry wszystko zaplanować. Nigdy z reguły nie wiesz gdzie będziesz spał, co będziesz jadł, jak potoczą się wydarzenia. Mimo wieloletniego doświadczenia z różnego typu wypraw (góry, jaskinie, woda) zawsze mogą przytrafić się sytuacje nowe, nie pasujące do wyrobionych nawyków, schematów, wymagające innego działania. Tak było wiele razy i w tej wyprawie.

Z zimnej, styczniowej Europy w kilka godzin przemieściliśmy do skwarnej do granic możliwości Brazylii. Rio de Janerio (ale także inne miejsca w Brazylii) zwiedzane na rowerowym siodełku to dość mocne przeżycie. W największym skrócie w naszym przypadku sprowadzało się do zachowania życia na ruchliwych do granic absurdu ulicach miasta (absolutnie nikt nie liczy się tu z rowerzystą), walce z kolosalnym odwodnieniem na wskutek wysiłku i tropikalnego upału (kilka razy mieliśmy dreszcze i skurcze czyli pierwsze objawy udaru cieplnego) oraz ciągłym obserwowaniu otaczających nas ludzi pod kątem ewentualnego na nas napadu (przynajmniej raz uniknęliśmy potencjalnej agresji). Obawialiśmy się również niektórych zwierząt zwłaszcza w terenach porośniętych gęstą roślinnością lecz za wyjątkiem wielkich (rozmiary przeciętnego psa) jaszczurek, z reguły martwych węży (aczkolwiek ich rozmiary budziły respekt) i całej masy przeróżnego robactwa, które nie wiadomo skąd zawsze właziło na naszą żywność tudzież na nas nic szczególnego się nie wydarzyło. No może kilka groźnie wyglądających psów nas pogoniło podnosząc dla pobudzenia poziom adrenaliny. Oczywiście gryzły nas też bezpardonowo komary.

„Nie rozbijajcie namiotu, śpijcie lepiej w hotelach” – tak radziły nam w Rio polskie siostry zakonne znające ten kraj z wieloletniego pobytu. Brazylia ma opinię bandyckiego kraju. Świadczyć o tym może wygląd większości budynków z kratami w oknach, ogrodzeń z drutu kolczastego, stłuczonego szkła na murach, przeróżnych urządzeń alarmowych. Atmosfera strachu jak widać jest silna, czasem udzielała się i nam zwłaszcza jak widzieliśmy co kilkaset metrów patrole policyjne z długą bronią automatyczną „strzegące” plaż i ulic dużych miast. Mimo złej opinii my jakoś natrafialiśmy na bardzo przyjaznych ludzi. Staraliśmy się zakładać biwaki na prywatnych posesjach i ze reguły to się udawało. Jak nocowaliśmy na „dziko” to tak aby nas nikt nie widział. Ludzie pozdrawiali na trasie, często dawali wodę. Kogoś pewno zdziwi ta woda. Otóż w takich krajach jak Brazylia wodę trzeba kupować w pojemnikach. Kranowa woda raczej do picia się nie nadaje, zawiera różne niebezpieczne bakterie. Nawet w górach trzeba uważać. My czasem czerpaliśmy wodę z źródeł ale tylko tam gdzie robili to też miejscowi.

Mimo całej infrastruktury turystycznej brazylijskie wybrzeże Atlantyku jest ładne ale my dopiero odetchnęliśmy po opuszczeniu tego „raju”. Góry południowej części stanu Sao Paulo oraz stanu Parana jakoś bardziej nam pasowały w każdym fragmencie. Sporadyczny ruch, spokojne miasteczka i wioski, mili ludzie. Czas biegnie tu wolniej a taka Iporanga czy El Dorado są tego dobitnym przykładem. W końcu dotarliśmy do dużej Curytyby gdzie wcześniej umówieni byliśmy z polskimi chrystusowcami. Bardzo miłe przyjęcie i 2 dni odpoczynku. Znów wiele dowiedzieliśmy się na temat Brazylii (nie zawsze dobrych rzeczy) http://www.brazylia.chrystusowcy.pl/kronika-prowincji/Rowerem-dookola-swiata_554 . Curytyba to podobno bezpieczniejsze miasto (choć księża mieli trochę inne zdanie). Dalej była Ponta Grossa i grotołazi z GUPE. Na osobną uwagę zasługuje geologia tego terenu a zwłaszcza studnie (doline) i jaskinie rozwinięte w skałach niekrasowych. Na pewno bardzo miło będziemy zawsze wspominać nasz pobyt tu chociażby z uwagi na wyśmienite towarzystwo naszych brazylijskich przyjaciół. Z Ponta Grossa po 6 dniach niezbyt ciekawej drogi dotarliśmy do granicy z Paragwajem. Jaka więc jest ta Brazylia? „Nie bać się ale być ostrożnym” tak na pożegnanie polskiej parafii w Rio powiedział nam mieszkający w tym kraju 52 lata ks. Jan Sobieraj. Dokładnie tak staraliśmy się postępować jak widać z dobrym efektem.

Paragwaj to całkiem inna historia. Raczej nie jest celem turystycznych eskapad. Byliśmy w nim tylko kilkadziesiąt godzin więc trudno o obiektywną opinię. Po naszym rajdzie do wodospadu Nacunday z ust Polaków w Wandzie usłyszeliśmy: „Nie baliście się pojechać do Paragwaju? To bardzo niebezpieczne!”.

Argentyna była już mi bliska choćby ze względu na mój drugi pobyt w tym kraju. Wodospady Iguazu, ruiny jezuckich redukcji a także pobyt w Wandzie był jednak dla mnie nowością. W Wandzie zresztą spotkaliśmy się z przedstawicielami tamtejszej Polonii a opowieści pana Firki mogły by służyć za kanwę do niejednej książki lub filmu pomijając już nader interesującą osobowość. Tu również spędziliśmy 2 dni biwakując w polskiej szkole dzięki pomocy pani Marii Jejer. Na jednym z placów Wandy jest duże polskie godło. Natomiast rozległe argentyńskie pampy przejechaliśmy autobusem by więcej czasu spędzić w Andach. Mendoza była mi również bliska, uważam ją za jedno z ładniejszych miast Argentyny. Zdobyliśmy tu na rowerach przełęcz Pamarillo (3100). Tu też w związku z nawałnicami zostały zniszczone drogi. Do Santiago polecieliśmy samolotem właśnie z Mendozy. Od mojego ostatniego pobytu w tym kraju minęło prawie 20 lat. Co się zmieniło? Chyba nie wiele. Jest drożej a dolar USA nie jest już walutą obiegową. Ludzie nadal piją yerba mate.

Chile to ostatni kraj na naszym amerykańskim odcinku. Przepiękne góry. Spędziliśmy tu tydzień na górskich wędrówkach. Trafiliśmy na super gościnnych i miłych ludzi. Natomiast Santiago w naszym przekonaniu to najpiękniejsze miasto całej Ameryki. Samo Chile zapadło nam w sercach jako oaza normalności.

Australia to dla nas tylko Sydney. Bardzo drogie miasto. Byliśmy tu tylko kilkanaście godzin ale to chyba nam wystarczało.

Nowa Zelandia to ładny kraj lecz chyba zbyt „przepisowy”. Coś na rodzaj naszej UE. Denerwują wszędobylskie płotki. Trochę byliśmy rozczarowani. Jednak to wrażenie zacierają bardzo otwarci, sympatyczni ludzie. Trzy dni u Neala ale także spotkania z innymi przypadkowymi ludźmi pozwalają bardzo ciepło myśleć o tej dalekiej krainie. Przejechaliśmy Północną Wyspę a na Południowej zobaczyliśmy krasowe góry Takka oraz przebyliśmy ciekawy Tęczowy Szlak.

Chiny natomiast to cała epopeja. Takich kontrastów nie spotyka się często na świecie. Przejechaliśmy (nie tylko rowerami) ten kraj od Honkkongu do Korghas. 6000 km. W okolicach Guilin i Fengje natrafiliśmy na bardzo ciekawe i obiecujące tereny krasowe. W drodze musieliśmy się zderzyć z potężnymi trudnościami w porozumieniu się z Chińczykami. Nasza amplituda nastrojów przybierała tu zawsze skrajne wartości a sytuacje zmieniały się czasem z minuty na minutę. O kraju tym napisano całe tomy więc nie będę się tu mądrował. Trudno zresztą coś powiedzieć żyjąc tu niespełna 2 miesiące. Najbardziej ogólne wnioski to: kraj bardzo pracowitych ludzi (bez względu na motywy, by przeżyć biorą się za pracę a nie za protesty), kraj bardzo zaawansowany technologicznie ale jednocześnie zastygły w epoce cesarzy (zwłaszcza na prowincji), kraj bardzo bezpieczny lecz też bardzo policyjny, kraj o wspaniałym ukształtowaniu terenu ale bardzo zdewastowany przez industrializację. Jak na całym świecie spotkaliśmy się tu nie dość, że z dużą życzliwością i pomocą to jeszcze z przeogromną ciekawością.

Dalej był Kazachstan. Dawna radziecka republika już trochę okrzepła w swej nowej państwowości. Język rosyjski, żywność a nawet kultura była już nam bardziej bliska niż niezrozumiałe pod każdym względem Chiny. Gościnni ludzie, fajny klimat, dzikie i jeszcze nie zniszczone przemysłem tereny. Przejechaliśmy wprawdzie tylko południowo-wschodni fragment tego dużego kraju ale naszym zdaniem chyba najciekawszy.

Ostatnia była Ukraina. Mknąc w stronę polskiej granicy widzieliśmy sporo pięknych cerkwi o złoconych kopułach, małych wiosek ale też brzydkich pozostałości po minionym systemie. Były miejsca wyjęte jak z skansenu komunizmu. Widać jednak, że i ten kraj posuwa się do przodu choć bardzo wolno.

Z tego wszystkiego najlepsza jest Polska. Dlaczego tak myślimy jak wracamy z dalekich podróży? Nie wiem. Dla czego nie doceniamy tego co mamy? Nie wiem. Można by zadać jeszcze sporo pytań. W każdym razie mnie najbardziej podoba się nasz kraj i choćby dla tego uczucia warto taką podróż odbyć.

Kilka słów podsumowania:

Na rowerach dokładnie przejechaliśmy 8603 km z tego głównie terenów górskich. Innymi środkami lokomocji na lądach przejechaliśmy 4560 km z tego większość terenów nizinnych. Razem na lądach było tego 13163 km. Oprócz tego kilkadziesiąt tysięcy kilometrów przelecieliśmy samolotem nad oceanami. Trudno tu więc mówić o okrążeniu świata na rowerze choć 2/3 lądowych odcinków w taki właśnie sposób pokonaliśmy. Biorąc pod uwagę takie aspekty jak czas, teren, finanse, cele okazuje się, że postępowaliśmy słusznie. Nie ma dla mnie nic nudniejszego niż pedałowanie asfaltami w monotonnym terenie. Po prostu w tym czasie można robić ciekawsze rzeczy. Należy jeszcze podkreślić iż głównie teren i klimat determinują dzienne odcinki więc same cyfry mogą nie wiele tu znaczyć na zasadzie: w Brazylii 62 km po górach – padaliśmy ze zmęczenia, na Ukrainie po równym 210 km w ciągu dnia – nudziliśmy się do wieczora.

Ta wyprawa była inna od pozostałych pod względem logistycznym. Musieliśmy się wpasować w konkretne terminy (rezerwacje lotnicze). Dochodziło kilkukrotne składanie i rozkładanie rowerów. Umiejętne pakowanie (wszędzie obowiązują jakieś limity). Korzystanie z innych środków transportu wymuszało od nas więcej elastyczności.

Innym ważnym aspektem było przemieszczanie się przez różnorodne kulturowo i językowo kraje. Dostosowanie się do mentalności ludzi w poszczególnych państwach a także korygowanie pewnych stereotypów i uprzedzeń.

Nasza wyprawa była również huśtawką termiczną. Od rozgrzanej do granic możliwości Brazylii po mroźne obszary wysokich gór Chile, Nowej Zelandii czy Chin. Różne krajobrazy, różne architektury, różni ludzie, różne drogi.

Wspólnym mianownikiem całej wyprawy byli jednak ludzie. To bardzo optymistyczne, że okrążając świat, będąc w tak od siebie różniących się krajach trafialiśmy na zwykłych, prostych ludzi, którzy nam bardzo pomogli w przeróżnych sytuacjach nie zależnie od narodowości, ustroju, wyznania, rasy. Potwierdza to tylko nasze pozytywne postrzeganie świata. Widzieliśmy też oczywiście negatywne zjawiska. Zwłaszcza brak dbałości o środowisko naturalne – przeważnie w Chinach i Brazylii. Udało nam się jakoś przebrnąć całą trasę bez większych awarii, bez zachorowań jednym słowem wróciliśmy cało do domu choć rowery miały najwyraźniej dość, my trochę też. Było wiele komicznych sytuacji, poważnych też lecz nie sposób o tym wszystkim napisać.

W trakcie podróży Krzysiek prowadził dokładne statystyki.

Różne dane:

Sprzęt:

- rowery: Ghost (Damian) i Cube (Krzysiek) - sakwy nieprzemakalne Ortlieb: 2 tylnie, 1 torba – tył, 1 torbka na kierwonicę - namiot: 2 – osobowy marabut - śpiwory: puchowe Małachowski - karimaty: zwykłe piankowe - kuchenka benzynowa - palnik gazowy - komplet garczków

Ubiór:

Bielizna osobista, 3 pary skarpet, 2 pary krótkich spodenek, 1 spodnie długie, 1 getry, 1 spodnie przeciwdeszczowe, 3 koszulki bawełniane, 1 polar, 1 kurtka przeciwdeszczowa goretexowa, czapka zimowa, czapka przeciwsłoneczna, rękawice zimowe, rękawice rowerowe

Czystość:

ręcznik, przybory do mycia zębów, przybory do golenia.

Narzędzia:

klucz uniwersalny (wszystkie potrzebne imbusy), przybory do łatania dętek, 2 zapasowe łańcuchy (wymienialiśmy co 500 km), zapasowe linki, po 1 zapasowej dętce, łatki, po 1 parze zapasowych klocków hamulcowych.

Nawigacja:

kompas i mapy

Dystanse:

Brazylia: 1718 rower, 100 km track

Paragwaj: 70 km rower

Argentyna: 1022 km rower, 1480 km autobus

Chile: 194 km rower

Ameryka Pd: 3004 km - rower, 1580 km - inny transport, RAZEM: 4584

Australia – nie korzystaliśmy z rowerów

Nowa Zelandia: 1160 km rower

Australia i Oceania: RAZEM: 1160 km

Chiny: 2935 km rower, 2550 km autobus, 430 km trak

Kazachstan: 492 km rower

Azja: 3427 km rower, 2980 km inny transport

Ukraina: 573 km rower

Polska: 465 km rower

Europa: 1038 km rower

TERENY KRASOWE:

Brazylia: okolice miasta Ponta Grossa, nawiązano dobry kontakt z tamtejszym klubem GUPE http://www.gupe.org.br/, istnieją możliwości eksploracji. Problemem przy eksploracji może być "ostra" roślinność oraz działanie na terenach prywatnych.

Nowa Zelandia: ciekawy rejon krasowy na północy Południowej Wyspy w górach Takaka. Zastrzeżenia podobne jak w wypadku Brazylii.

Chiny: największy potencjał eksploracyjny przy największych jednocześnie trudnościach obiektywnych (język, zniszczone przez działalność człowieka tereny, "opieka" policji), szerzej napisałem o tym przy opisie przejazdu przez Chiny. Najciekawsze tereny krasowe (moim zdaniem) znajdują się między Jishou a Fengje.

Dla zainteresowanych jeszcze o usterkach w rowrach:

Damian:

Amortyzator – przestał działać po 1900 km, opona (Maraton plus – Shwalbe) – przetarła się na bocznym kordzie po 3300 km, szprycha – w tylnim kole pękła po 3200 km, linka z przerzutki przedniej – pękła po 3100 km, linka z przerzutki tylniej – pękła po 6030 km, klocki hamulcowe tylnie – starte po 2800 km, pedały zatarte po 6030 km, druga para chińska po 200 km (!), druga opona (Maraton plus – Shwalbe) – przetarła się w tym samym miejscu co pierwsza po 6400 km. Łącznie chyba 8 gum

Krzysiek:

Opona (Maraton plus – Shwalbe) – pękła po 400 km, wymiana obu opon po 3700 km, sprężynka z hamulca tarczowego przedniego – pękła po 3400 km, linka przerzutki przedniej – pękła po 5470 km, felga tylnia – pękła po 6200 km, duże luzy na suporcie – po 6200 km. Łącznie chyba 5 gum.


Kilka słów o nas:

Mimo, że nie jesteśmy już młodzianami bez większych problemów kondycyjnych pokonaliśmy całą trasę w dość wymagających warunkach klimatycznych. Również psychicznie poradziliśmy sobie nie źle z trudami podróży. Obyło się też bez większych dolegliwości. Małe zranienia, zaburzenia gastryczne to wszystko co nam się przydarzało. Apteczka była otwierana bardzo rzadko.

Podczas wyprawy uzupełnialiśmy się wzajemnie w poszczególnych czynnościach. W wielu sytuacjach rozumieliśmy się bez słów. Jeżeli były między nami jakieś zgrzyty to szybko to łagodziliśmy. Na wyprawie musieliśmy zmienić totalnie dotychczasowy tryb życia i każdy z nas szybko się do tej nowej sytuacji dopasował. W końcowej fazie podróży bardziej jednak już tęskniliśmy do naszych bliskich i zwykłego życia.

Tak jakoś pasowało to wszystko do słów tej piosenki z kabaretu starszych panów: „ ....starsi panowie dwaj, choć szron na głowie, nie te zdrowie to w sercu ciągle maj...”, jak widać na naszym przykładzie zawsze można realizować swoje marzenia, cele, plany. Choć czasem odbywa się to kosztem rodziny, większych finansów, rozłąki to warto jednak z całych sił to robić choćby po to by wygrać jeszcze jeden pojedynek ze „smugą cienia”.

Wypada tu podziękować wszystkim, którzy pomogli nam zrealizować wyprawę a zwłaszcza:

Firma Activa z Rudy Śląskiej http://rower.com.pl/ – przygotowała i doposażyła rowery w profesjonalny sposób

Erika i Thomas Hilus – prowadzili bloga http://hilustour.blogspot.de/p/blog-page_6.html i obsługiwali nasz wyjazd zdalnie

Ryszard Widuch – zatroszczył się o „oprawę” naszego powrotu

Teresa Szołtysik – przygotowała nas „medycznie”

Rudzki Klub Grotołazów „NOCEK” – był patronem naszej wyprawy

Za granicą podczas samej wyprawy otrzymaliśmy bezcenną i bezinteresowną pomoc od setek ludzi. Nie możemy nigdy zapomnieć księdza Jana Sobieraja z Rio, księdza Kazimerza Długosza z Chrystusowcami w Curytybie, grotołazów z Ponta Grossa, Polaków a zwłaszcza pana Firki z Wandy, rangersów z Villavicencio, Jogre i jego rodzinę z La Parvy, Neala Taylora w NZ, wiele osób w Chinach, Kazachstanie, Ukrainie i Polsce.

Poniżej chronologiczny opis (poprawiony o polskie znaki) naszej podróży:

BRAZYLIA - rowerowa konkwista

05 - 16 01 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Rio de Janerio - ucieczka z piekła

Wyjście z hali klimatyzowanego lotniska było nie tylko symbolicznym wejściem do Nowego Świata lecz przede wszystkim do nowego dla nas klimatu. Gorące, lepkie powietrze, nowa rzeczywistość i pierwsze kilometry w drodze do polskiej parafii w Rio to ciekawe doświadczenie. Przebycie tych 23 km wypruło z nas wszystkie siły nie tylko te fizyczne. Dwa wiezione bukłaki z wodą szybko straciły swą zawartość. Jeden po prostu pękł, drugi został wlany do gardła. Jadąc przeróżnymi estakadami i drogami doświadczamy wiele groźnych zdarzeń. Tu nikt nas jako rowerzystów nie traktował poważnie. Że nie zostaliśmy rozjechani na tym pierwszym etapie to chyba tylko zasługa niebios lub jak kto woli dziwnego zbiegu okoliczności. Co chwile musimy spoglądać na plan by tym zgiełku właściwie wytyczyć kierunek omijając niebezpieczne dzielnice. Rio to zlepek bogactwa z przygnębiającą biedotą. Walające się śmieci, beznadzieja faveli, konglomerat kolorowych ludzi. Wszędzie dużo policji z bronią gotową do natychmiastowego użycia. Widać, że psychoza strachu nie jest tu mitem choć jakoś my nie czuliśmy się zagrożeni. Gdy więc po bodajże po 2 czy nawet 3 godzinach docieramy na miejsce polska msza (jak to dziwnie brzmi w Brazylii) dobiegała końca. Ksiądz Jan Sobieraj zwyczajowo robi po mszy przyjęcie przy kawie i cieście dla nielicznej tu Polonii. Zostajemy sympatycznie przywitani z odśpiewaniem „Sto lat” przez naszych rodaków. „Jesteście w Rio i nie dostaliście w ryło?” To pytanie jednej miłej pani mieszkającej w tym mieście od wielu lat. Po tym wstępie mnożą się opowieści o krwawych incydentach będących na porządku dziennym tego miasta. Zostaniemy na noc przy kościele gdzie było małe patio i dostęp do sanitariatów. Oczywiście po wszystkim kraty zostają zamknięte a na noc siostry włączają alarmy.

Po odespaniu na polskiej parafii trudów podroży ruszamy w drogę. Zaczyna się rowerowa konkwista. Jazda rowerem po Rio to wyczyn sam w sobie. To przebiegamy przez ulice na druga strona, to jesteśmy spychani na pobocza. Czasem musimy się zatrzymać by przepuścić autobus bądź ciężarówkę. Tunele to prawdziwy horror. Wzdłuż Copacabany a potem Ipanemy (nie wiem co ludzie tu widza pięknego) jedziemy najpierw rowerową ścieżką na zachód. Potem ścieżka się kończy i pakujemy się w jednokierunkową drogę pod prąd. To co tu przeżywamy to temat na osobna opowieść. Przez nadmorskie kurorty ale także fawele kierujemy się w stronę Igautai. Bardzo ruchliwymi drogami, czasem traktami rowerowymi. Często błądzimy. Kilka razy wjeżdżamy w ohydne fawele pełne podejrzanych typów. Jest straszny upal. Powietrze lepkie. Pijemy potężne ilości płynów. W Rio i ksiadz i Polacy tam mieszkający ostrzegali na przed spaniem w namiocie. Każdy z nich był już tu napadnięty lub pobity. Opowieści mrożące krew w żyłach. Gdy spragnieni i zmęczeni na granicy udaru słonecznego docieramy do knajpy za którą był niby camping (taki w wydaniu brazylijskim) nie posiadaliśmy się ze szczęścia. To już takie brazylijskie klimaty. Od razu przechylamy po piwie, które w tych okolicznościach smakowało jak nektar bogów. Oprócz nas nie było więcej gości a właściciel „zabawiał” się z jakąś kobietą. Szybko jednak odjeżdżają zostawiając nas samych. Noc była skwarna. Namiot to piekarnik w którym smażyliśmy się kilka godzin do świtu. Śpiwór nie był potrzebny. Pot ciurkiem spływał na karimaty. W środku nocy ktoś wjechał nagle na obiekt. Długie światła z samochodu co chwilę omiatały nas namiot niby ukryty za zabudowaniami pod rozłożystą palmą. Sekundy niepewności a nawet strachu. Co zrobić? Nie wychodzimy. Rano widzimy samochód lecz bez właściciela. Tylko jemy wprędce śniadanie i ruszamy dalej . Dalsze 2 dni to zmaganie z upałem i pragnieniem. Czym dalej na zachód tym lepiej. Droga ma pas awaryjny a aglomeracja Rio z całym swoim chaosem na szczęście za nami. Jeżeli był by ktoś tak głupi by kopiować ten wyczyn to radzimy tego NIE ROBIĆ.

Wybrzeże Atlantyku.

Wciąż w tropikalnych upałach podążamy wzdłuż górzystego wybrzeża Brazylii. Podjazdy, zjazdy, czasem bardzo stromo. Otacza na roślinność tropikalna. Nie można sobie tu tak wejść to lasu jak u nas. Wszystko jest splątane, ostre, nieprzystępne. Jest tu również sporo węży. Widzimy kilka rozjechanych na drodze. Budzi to respekt. Tu coraz częściej a właściwie dziennie pada deszcz. Czasem to prawdziwe ulewy. Śpimy w obejściach ludzi. 2 razy śpimy na dziko zamaskowani jak komandosi. Generalnie ludzie bardzo życzliwi, pomocni. Pozdrawiają nas. Robią sobie z nami zdjęcia. Nikt tu nie widział takich wariatów (dos locos). W końcu docieramy do Santos.

Santos

To tez duże miasto. Dwoma przeprawami promowymi (takie jak w Swinoujściu) przedostajemy się na główną arterię Santos. Santos to takze wielki port. Wpływają tu potężne statki. Jedziemy fajną ścieżką rowrową wzdłuż plaży. Leje deszcz. Krzyśkowi nagle strzeliła tylnia opona (markowa Maraton plus). Na szczęście przy patrolu policyjnym. Krzysiek zdejmuje resztki opony a Damian jeździ po mieście i zdobywa nowa oponę i dętkę. Jedną zaraz kupujemy na zapas. Szybko wszystko zakładamy i pragniemy przed nocą uciec z Santos. Ale to tez ogromna aglomeracja. Błądzimy czasem. Dobrze ze jest tu długa trasa rowerowa która wyprowadza nas bezpiecznie z centrum. Ale przy zapadającym zmroku wjeżdżamy w dzielnice biedoty. Widząc ze nie mamy szans wydostać się z slumsów wracamy kilka kilometrów do motelu uprzednio upatrzonego (był to w zasadzie miejscowy burdel). Jest jednak poodgradzany murami i drutami kolczastymi z bramą jak forteca. Wszystko strzeżone jak przed napadem Apaczów. Nazajutrz szybko się pakujemy i jedziemy dalej. W Mongagua szukając drogi znów znaleźliśmy się w fawelach. Tu była niebezpieczna sytuacja jak kilku młodych czarnych nas nagle otoczyło gdy pytaliśmy o drogę. Nie czekając odpowiedzi uciekamy na kładkę i nią na druga strona autostrady. Dalej pasem awaryjnym autostrady (rowerem można się poruszać tym pasem) do Peruibe. Stad już na szczęście oddalamy się od morza. Niemal ciągle leje.

Interior

Przez nie wysokie góry dojeżdżamy do Jacugi (autostrada Sao Paulo – Curytyba). Tu zjeżdżamy z ruchliwej drogi i czujemy się jak w raju. Ruchu właściwe nie ma. Na noc zatrzymujemy się w uroczej górskiej kotlince na malej fazendzie (brazylijskie ranczo). Dalsza droga to pusta szosa do Sete Barras. Góry porośnięte tropikalną puszczą. Odgłosy stad dochodzące są niesamowite. W dolinie płynie duża rzeka. Z Sete Barras gruntową drogą jedziemy przez bananowe plantacje do Eldorado. Na kolejną noc zatrzymujemy się przy malej chatynce gdzie z miejscowymi chłopakami gramy w piłkę nożną mecz Polska - Brazylia. Obie drużyny odśpiewują hymny. Gramy 2 na 2 na jedną bramę. W bramce byl miejscowy chłopak. Po 100 km pedałowania udaje się nam drugi raz w historii ograć Brazylie 7 - 2. ulewny deszcz przerwał mecz. Dalej jedziemy w deszczach. Po drodze mijamy sporo bagnisk. Iporanga to małe miasteczko gdzie życie sączy się swoistym, miejscowym rytmem. Caballero na mułach, ludzie wysiadujący pod ścianami domostw, psy śpiące gdzie popadnie. Robimy tylko zakupy i dalej do Parku narodowego PETAR - to już góry Serra Paranacacaiba. Tu występują zjawiska krasowe. Droga znów gruntowa. Leje. Nie zwiedzamy tu żadnych jaskiń bo dostęp do nich jest obwarowany dziwnymi przepisami. Znajduje się tu jednak otwór jaskini o wysokosci 215 m. (podobno najwyższy na świecie). Docieramy w końcu do Apiau (tu zdjęcie do lokalnej gazety) i pięknym długim zjazdem do Ribeiry (po drodze widzimy chłopca jak na kiju taszczył sporego węża) na granicy stanu Sao Paulo i Parana.

Z bloga: Na razie wszystko OK. Czujemy się dobrze. Jesteśmy zgrani. Staramy się dobrze odżywiać choć ceny brazylijskie są nawet na warunki niemieckie nie mówiąc o polskich duże. Nawet wodę trzeba kupować. Jesteśmy tez pokąsani przez komary i inne owady. Brudni i prawie cały czas mokrzy. Nic nie chce schnąć. Jak tylko będzie okazja zrobimy pranie. O czystość dbamy. Staramy się myć w każdym możliwym miejscu z czystą wodą.

Teraz zmierzamy do Curytyby. 120 km.

BRAZYLIA - Przeprawa do Curytyby

16 - 18 01 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Tu można poczytać więcej i obejrzeć foty - http://hilustour.blogspot.com.br/p/blog-page_6.html

Zjazd do Ribeiry był cudny lecz przed nami były nowe pasma górskie przekraczające wysokością znacznie ponad 1200 m. Jedyna asfaltowa droga wiodła teraz z głębokiej doliny Rio Tunas na wierzchowiny gór. 25 km podjazdu kosztowało nas sporo wysiłku. Potem wprawdzie są zjazdy ale krótsze. 62 km to wszystko co możemy zrobić jednego dnia. Kilka słów o tutejszych górach. Są po prostu bezkresne. Nie ma ścieżek, dróg nie mówiąc o jakiejkolwiek infrastrukturze turystycznej. Zmęczeni górskim etapem osiągamy miejscowość Tunas de Parana. Tu przesympatyczni mechanicy udzielają nam pomocy (namiot, woda, telefon). Drugi dzień. to jazda do Curytyby. Trochę mniejsze przewyższenia lecz nada góry. Na horyzoncie pojawiają się wysokie szczyty ale je omijamy. Późnym popołudniem docieramy do polskiej placówki misyjnej w Curytybie. Mamy tu serdeczne przyjęcie przez ks. Kazimierza Długosza i innych księży. Warunki wyśmienite. Odpoczniemy tu jeden dzień i wyliżemy rany.

BRAZYLIA: w jaskiniach Ponta Grossa

19 - 21 01 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Po wylewnym pożegnaniu z księżmi z polskiej placówki misyjnej w Curtytybie (pozdrawiamy) ruszyliśmy na zachód do Ponta Grossy gdzie byliśmy umówieni z grotołazami Grupo Universitário de Pesquisas Espeleológicas – GUPE . Droga była ruchliwa ale łatwa. Mkniemy przeto jak szaleni, kilometry szybko uciekały a my szybko zbliżamy się do naszego celu. W trakcie jednego z odpoczynków w pobliżu stacji benzynowej mamy ciekawe spotkanie z miejscowa fauną. Pijąc kawę zauważamy duże jaszczurki (takie wielkości dużego psa). Są jednak płochliwe i przy próbie zrobienia zdjęcia uciekają. Noc poprzedzającą przyjazd do Ponta Grossa spędzamy w namiocie rozstawionym w lesie na skraju parku narodowego Villa Velha. Noc minęła spokojnie. Nazajutrz spotykamy się w umówionym wcześniej (dzięki księdzu Kazimierzowi) miejscu z grotołazami z Ponta Grossa. Byli to Mario, Henrique i Lais. Mario zabiera nasze bagaże i nas. 2 noce śpimy w mieszkaniu u Mario. W pierwszy dzień udajemy się do tzw. dolines (skalne studnie wymyte w piaskowcach). Pod względem geologicznym to bardzo ciekawy przypadek działania wody na skalne podłoże. Studnie maja od 50 do 80 m głębokości i średnice od 30 do 50 m. Były to Poco dos Andorinahas, (dwie bliźniacze studnie obok siebie, do jednej schodzimy na dno), Gemes i najciekawsza Burraco do Padre. W tej ostatniej w jednej ze ścian jest wielki otwór skąd z dużą mocą wypływała woda tworząc fantastyczny wodospad. Ściany są w wielu miejscach przewieszone potęgując przez to piękno tego zakątka. Gra świateł dopełnia reszty. Jesteśmy zauroczeni tym spektaklem. Brodzimy w wodzie na dnie studni. Drugi dzień spędzamy na zwiedzaniu jaskini Olhos D'Agua typowo krasowej mytej w wapieniu. Przechodzimy główny ciąg jaskini którym płynie rzeka meandrująca w uroczym korytarzu zdobionym bogatą szatą naciekową. Jaskinia posiada 5 otworów w postaci pionowych studni. Ostatni, obszerny otwór wyprowadza nas na powierzchnie. Niżej znajduje się wywierzysko jaskiniowej rzeki. Wracamy do aut a potem jedziemy do bodegi (degustacja win) na kawę i ciasto. Dzień kończymy udając się do bardzo ciekawego kompleksu skał. Znajduje się tu mnóstwo dróg wspinaczkowych. Pod obszernym okapem zachowały się rysunki wykonane przez Indian około 5000 lat temu. Oprócz aspektu jaskiniowego musimy podkreślić niezwykłą gościnność gospodarzy. Byli przesympatyczni. Pomogli nam załatwić niezbędne zakupy np. ładowarka do aparatu Canon. Mario udzielił nam schronienia w swoim mieszkaniu a jego żona zadbała o nasze podniebienie w królewski sposób. Henrique i Lais udzielili nam wyczerpujących informacji na temat tego regionu, jego geologii i spraw dotyczących tutejszego ruchu speleologicznego.

BRAZYLIA: Rowerami przez stan Parana

21 - 27 01 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Szybko minęły 2 piękne dni spędzone na wycieczkach do jaskiń w wybornym towarzystwie naszych już brazylijskich przyjaciół z miejscowego klubu. Po serdecznym pożegnaniu ruszamy w drogę na zachód Brazylii do oddalonego o 600 km Foz do Iguaçu. Teren jest nadal górzysto - wyżynny a na domiar złego poprzecinany głębokimi dolinami rzek. Skutkuje to sporymi podjazdami a zjazdy zawsze wydają się za krótkie. Słońce też nieźle kąsa nasze ciała. Wieczorami do działa niszczenia przystępują komary i jakieś inne robactwo, którego tu wszędzie pełno. Pierwszą noc po wyjeździe z Ponta Grossa spędzamy na posiadłości pewnego Ukraińca (nawet trochę gadamy po rusku). Następny etap wiódł mocno pofałdowanym terenem do Virmond, gdzie liczyliśmy na biwak u polskiego księdza. Nie dość, że przejechaliśmy 150 km i po drodze Christoph złapał gumę, to na miejscu okazało się, że księdza nie ma. Zapadał już zmrok a z biwakiem było krucho. Miejscowe parafianki wskazały nam publiczne miejsce w pobliżu kościoła. Rozbiliśmy już nawet namiot, gdy niespodziewanie w pobliżu przyjechał track z podejrzanymi typami. Wyglądało to jak lustracja. Było już ciemno. Zwijamy spowrotem namiot i wyszukujemy przy lokalnych zabudowaniach cichego i ciemnego kąta. Śpimy na dworze w sandałach i w każdej chwili gotowi do szybkiej ewakuacji na wypadek nie przewidywalnych zdarzeń. Noc jednak minęła spokojnie. Ranek natomiast naszykował nowe niespodzianki. Obydwa rowery posiadały kapcie. Przy okazji naprawy Christoph zmienia opony przód - tył a Damian wymienia dętkę. Przyczyną tych uszkodzeń są rozwalone opony a właściwie druty po nich. W południe ruszamy dalej. Upał i monotonna droga. Huśtawka góra - dół nadal trwa. Wybija to strasznie z rytmu. W okolicach Nova Laranjeiras wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Kaingangi. Księża ostrzegali nas przed tymi Indianami. Przy drodze mają coś w rodzaju stoisk z swymi wyrobami (łuki, strzały, kosze, hamaki). Widzimy czasem pośród drzew ich sklecone ledwo chatynki lub nawet szałasy. Dużo sympatycznych dzieci. Mieszkają bardzo prymitywnie. W końcu rezerwat się kończy a my na biwak zatrzymujemy się nieopodal stacji benzynowej w Boa Vista. Na stacji korzystamy z prysznicu, co wspaniale poprawia nasz nastrój. Na super miękkiej trawie w pobliżu prywatnej posesji rozbijamy namiot i spędzamy wygodnie noc. Dalsza droga bardziej się kładzie. Mijamy ruchliwe Cascavel i docieramy do Santa Tereza, gdzie znów przy pobliskiej stacji benzynowej na prywatnej posesji (chyba właściciela stacji) spędzamy noc. Dalej dość monotonna droga. Ostatnią noc w Brazylii spędzamy na uroczej fazendzie u jeszcze bardziej uroczej pani, która przyniosła nam owoców i innych smakołyków. Po spokojnej nocy ruszyliśmy do pobliskiej już granicy z Paragwajem. Po drodze jeszcze spotykamy 2 brazylijskich bikerow, którzy nas ostrzegają przed kradzieżami po drugiej stronie Parany.

Brazylia - podsumowanie

BRAZYLIA TO KRAJ NIE DLA ROWERZYSTOW. Choć w dużych miastach są dobre ścieżki rowerowe, z których skwapliwie korzystaliśmy to jednak nie zmienia to ogolnej opini. Wiele razy mielismy niebezpieczne sytuacje na drodze. Kilka razy gdybyśmy nie zjechali z drogi w chaszcze to chyba nie było by tych słow. Na szczęście główne drogi maja szerokie pasy awaryjne i po nich można spokojnie jechać. Samochody ciężarowe są z reguły przeładowane co skutkuje ciągłym rozrywaniem opon. Kilka razy jesteśmy świadkami takich zdarzeń a raz to nie wiedzieliśmy jak uniknąć lecących wszędzie szczątek opony. Klimat - w pobliżu Rio fatalny. Gorąco i wilgotno. Kilka razy byliśmy na granicy udaru słonecznego. Potem dziennie deszcze. Na południu lepiej. Ciepło nadal ale powietrze suche.

Ludzie - W większości przypadków sympatyczni, życzliwi. Zawsze nas pozdrawiali. Gorzej na peryferiach wielkich miast. Favele to dzielnice nędzy. Dla nich tacy jak my to główny łup. Trzeba patrzeć na wszystkie strony i unikać niebezpiecznych sytuacji. W stanie Parana jest bardziej europejsko. Wiele polskich nazw. Spotkaliśmy nawet Polaków ale nie mówili z wyjątkiem kilku słów po polsku. Fajne wspomnienia mamy z Ponta Grossa gdzie z miejscowym grotołazami chodziliśmy do jaskiń. W Curytybie byliśmy wspaniale goszczeni przez ks. Kazimerza.

Przyroda - z reguły droga wyznacza granice miedzy cywilizacją a dżunglą ze swoim życiem. Węże, jaszczurki, robactwo, duże mrówki. Czasem położyliśmy chleb a już setki mrówek było na nim. Na południu lasy tylko miejscami. Dużo uprawnych pól.

Teren - Większość naszej trasy przez Brazylie to tereny górzyste lub wyżynne. Dało nam się to w znaki. Najspokojniejszy a zarazem najpiękniejszy odcinek wędrówki wiódł z Jaqui do Apiau. Na południu teren monotonny.

Foto:

PARAGWAJ: Maniana znaczy jutro

21 - 27 01 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Wkrótce też przeprawiamy się przez brazylijski punkt celny, następnie po moście nad szeroką tu już Paraną przejeżdżamy do paragwajskiego punktu granicznego gdzie otrzymujemy kolejne pieczątki w paszportach. Ciudad del Este bo tak nazywa się to miasto za rzeką to już inny świat. Tu już obowiązuje język hiszpański, którym Damian może się dogadać. Sporo Indian Guarani. Ich język (guarani) jest drugim oficjalnym językiem tego kraju. Ruch dużo mniejszy niż w Brazylii, dominują stare samochody a autobusy to w większości zabytki chyba sprzed 40 lat. Paragwaj miał być dla nas krótkim epizodem bo 21 km na południe promem rzecznym chcemy przedostać się do Puerto Iguazu, które leży już po stronie argentyńskiej. To tzw. Zona Tres Fronteras (w miejscu gdzie wpada rzeka Iguazu do Parany stykają się granice Brazylii, Paragwaju i Argentyny. Szybko w skwarne południe dojeżdżamy do zapyziałej osady Puerto Presidente Franco. Stromy zjazd do brzegu Parany gdzie rzekomo miał kursować prom na stronę argentyńską. Tu czeka nas niespodzianka. Prom kursuje tylko od poniedziałku do piątku. Była niedziela. Cóż nam pozostało. Musimy czekać do jutra. Maniana zadziała w tym przypadku. Wracamy pod gore do pierwszych zabudowań gdzie był mały bar. Za resztę reali kupujemy zimną colę i od razu załatwiamy sobie fajne miejsce na namiot w obejściu gospodarzy knajpki. Czas wypełniamy czyszczeniem rowerów, wymianą łańcuchów i przeglądem bagażu. Fajnie upływa czas do wieczora. Pierwsza cześć nocy to paragwajska impreza nieopodal. Muzyka na full, paragwajskie i hiszpańskie szlagry długo będziemy pamiętać. Potem wszystko cichnie a my spokojnie śpimy. Nazajutrz, wskakujemy na rowery i zjeżdżamy do promu. Pogranicznicy dają nam gorącej wody wiec śniadanie wypada znakomicie. Tak na marginesie tu wszyscy raczą się yerba mate. Każdy chodzi z termosem i ciągle dolewa wody do mate. Jeden gość nas częstuje z czego skwapliwie korzystamy. Znów formalności graniczne, które w naszym wypadku odbywają się z wielkim namaszczeniem. Dwie pieczątki i podpis przedstawiciela władzy. Atmosfera tu panująca jest adekwatna do upału. Kilku żołnierzy rozsiadło się w cieniu sącząc yerbe, kilka psów śpi opodal. Wkrótce prom podpływa i kilka samochodów i pieszych leniwie rusza na dek. Parana ma dość silny nurt. Może po 15 minutach jesteśmy w Argentynie.

ARGENTYNA: Wodospady Iguazu

28 - 29 01 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Znów formalności i wkrótce jesteśmy oficjalnie w tym kraju. Ceny nas trochę szokują (na minus). 21 km jazdy w potwornym upale i jesteśmy w parku narodowym Iguazu. Cena 130 peso (ok. 90 zl) ale co zrobić. Wodospady są imponujące. Pomijając całą komercje tego miejsca, mnóstwo ludzi to warto zaznaczyć że spadająca z impetem rzeka robi wrażenie. Jest tu porobionych mnóstwo kładek, mostów, punktów widokowych bez których nie było by możliwości dojścia w bezpośrednie sąsiedztwo wodospadów. Zmęczeni chodzeniem i upałem po obejściu głównych traktów opuszczamy park narodowy kierując się na południe do miejscowości Wanda. Tu mieliśmy nadzieje spotkać się z polonią. Zmrok jedna nadchodził nieubłaganie i za radą jednego z miejscowych trafiliśmy na fajny darmowy camping nad jeziorem. Nazajutrz dotarliśmy do Wandy. Gościny udzieliła nam pani Marta Sawa w polskiej szkole. Mamy cały lokal dla siebie. Możemy poprać nasze ubrania i się po prostu trochę ogarnąć.

W wyprawie mozna poczytac rowniez na blogu - http://www.hilustour.blogspot.com.ar/p/blog-page_6.html sa tam tez zdjecia

PARAGWAJ: W poszukiwaniu wodospadu Nacunday

30 01 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Mając wspaniałą bazę w postaci szkoły w miejscowości Wanda na lekko wybieramy się na całodzienny rajd do Paragwaju w poszukiwaniu wodospadu Nacunday. Najpierw przeprawiamy się łodzią na drugą stronę Parany do Paragwaju przechodząc rutynowe kontrole graniczne (trwało to bardzo długo gdyż miejscowi funkcjonariusze mieli trudności z rozszyfrowaniem naszych paszportów, lokalni tylko pokazują dowody osobiste). W Paragwaju jest nieco taniej wiec niektórzy ludzie wybierają się tam na zakupy. My zabieramy same rowery. Z przystani ruszamy polnymi drogami wg wskazówek miejscowych w stronę wodospadu Nacunday. To wodospad o wys. gdzieś 40 m, malowniczo położony w dżungli na rzece o tej samej nazwie, która wpada do Parany. Droga jest polna, o czerwonej nawierzchni bo gleba wokół jest czerwona. Jadąc generalnie na południe (nie ma tam żadnych oznakowań) przez miejscowe zadupia docieramy po 30 km do celu (wg miejscowych miało być 15 km). Ostatni odcinek wiedzie nikłą dróżką lasem z wieloma tropikalnymi gatunkami roślin. Huk spadającej wody doprowadza nas bezbłędnie do celu. Miejsce jest przeurocze. Nie ma tu żadnych ludzi. Woda całym swym szerokim korytem spada ok 40 m na skały w dole. Krotki odpoczynek i ruszamy z powrotem. Upal jest jednak powalający. Bacząc na drogę by nie zbłądzić w ostatniej chwili docieramy do brzegu Parany gdyż ostatnia łódź na stronę argentyńską właśnie miała odpływać. Zmęczeni ale szczęśliwi docieramy do naszej przytulnej bazy w Wandzie. U pana Firki myjemy rowery, które pokryte były grubą powłoką czerwonego kurzu, zresztą my sami też . Pan Firka to wielki patriota, byliśmy u niego dzień wcześniej przez kilka godzin. Ma w domu flagi Polski, które całuje, mimo ze tu mieszka od dzieciństwa to wciąż myśli o Polsce a jego opowiadania były bardzo ciekawe.

ARGENTYNA: Przez prowincje Missiones

31 01 - 03 02 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Życie wolno się sączy nad Paraną. Tak wolno jak wolno tutejsi mieszkańcy sączą yerbe mate. Upał spowalnia tu życie. Wszystko co żywe chowie się w cieniu. Tylko my być może jako ekscentrycy stanowimy jeden z wyjątków co widać na twarzach obserwujących nas czasem ludzi. Wyraz politowania na twarzy wystarczy zamiast słów. W cieniu jest 38 stopni wiec na rozgrzanej szosie przekracza dobrze 40. To dobry trening dla komandosów ale niekoniecznie dla nas. Co jednak zrobić. Trzeba jechać obserwując m. in asfalt z bliska jak podjazd dłuży się w nieskończoność. Rozgrzany asfalt rosimy czasem naszym potem, każdy zimny napoj staje się marzeniem chwili. Po opuszczeniu gościnnej Wandy (jeszcze raz pozdrawiamy tamtejszych Polakow) ruszamy w dalsza drogę na południe prowincji Missiones. Za Eldorado śpimy na fajnym campie. Rano humor psują nam dwie gumy stwierdzone zarówno w rowerze Krzyska jak i Damiana. Znów strata czasu ale co zrobic. Dalej jedziemy w miarę szybko w miarę wolno jak pozwalał teren (w końcu to Sierra Missiones) i warunki w stronę San Ignacio. Czasem widzimy Indian Guarani, ktorzy przy drodze starają się sprzedawać swoje kosze. W okolicach Jardin America śpimy u gościa który bardzo fachowo przygotował nam yerba mate. Trzeciego dnia od opuszczenia Wandy docieramy do San Ignacio Mini. Tu zwiedzamy ruiny jezuickich misji (reduciones). Znów 70 peso, myślę jednak że warto. W murach zaklęta jest przecież nietuzinkowa historia kolonizacji Ameryki. Miejsce jest dość niezwykle. 200 lat temu tętniło tu życie. Tysiące Indian Guarani poznawało nową religię, kulturę, pismo, pracując również na rzecz jezuitów. Tu tez dopadają nas pierwsze od wielu dni deszcze. To zbawienie. Powietrze staje się bardziej rześkie i od razu przekłada się to na tempo jazdy. Kolejny nocleg wypada w Candelarii. Dzień później mijamy stolice prowincji Missiones - Posadas by kilkanaście km dalej wjechać do prowincji Corrientes. Tu też zmienia się znacznie teren. Staje się płaski jak stół. Przeważają nasadzane lasy a potem ogromne bagna. Wiele rozjechanych węży, jaszczurek i innych dziwnych zwierząt dość sporych rozmiarów. Tak docieramy do Ituzaingo. Miasteczko zbudowane wśród ogromnych bagien nad Paraną nieopodal zapory. Tu śpimy na płatnym campie bo za bardzo nie było innego wyjścia. Robimy za to jajecznice z 10 jaj wetując sobie straty z Wandy (w Wandzie przygotowaliśmy jajka na jajecznice z 6 jaj i wszystko się wylało na ziemie na wskutek awarii patelni). Dalsza droga wiedzie w stronę Corrientes.

ARGENTYNA: Z Corrientes do Mendozy

04 01 - 11 02 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

"Stracone" godziny na naprawę gum, zwiedzanie, spotkania z ludźmi i wiele innych czynności przekłada się na dni a te na stracone kilometry. Ich wielkość narasta bardziej niż odsetki bankowe. Nie mamy szans dotrzeć na czas do Chile przy takim deficycie czasu. Mimo ze nasza wyprawa z założenia odbywa się na rowerach musimy pogodzić się z rzeczywistością mimo moralnych rozterek. Podejmujemy wiec decyzje o przemieszeniu się autobusem sporego odcinka z Corrientes do Mendozy aby nadrobić stracone dni i zrobić sobie rezerwę na przeprawę przez Andy. Późniejsze wydarzenia jednak uzmysłowiły nam ze była to decyzja nie tylko trafna ale wręcz zbawienna. Środkowa Argentyna to monotonne, płaskie jak przysłowiowy stół tereny wykorzystane jako pastwiska, tereny rolne lub po prostu nieużytki przechodzące miejscami naweet w pustynie. Miejscowości porozrzucane są na rozległym terenie. Na ogół to kilka glinianych lepianek, miasteczka małe, nie grzeszące pięknem. Droga bez poboczy. Jadąc jeszcze rowerami byliśmy czasami brutalnie spychani z drogi przez rozpędzone ciężarówki. Oprócz obaw o rower po takiej nagłej zmianie nawierzchni, istniało zagrożenie upadku z całym sprzętem. Oglądając drogę z perspektywy wygodnego autobusu wiele się nie zmienia. Dostać się do tego autobusu nie było sprawa wcale prostą. Otóż nie zabiera się rowerów. O ile autobusy są super wygodne (chyba najlepsze na świecie) to kosztem wygody maja niezbyt obszerne luki bagażowe a właściwie tylko jeden z tylu autobusu. Pytając o możliwość przewozu roweru wszędzie słyszę "no". Koniec końców postanawiamy tak spakować rowery aby nie przypominały rowerów. Kupujemy worki na śmieci oraz taśmę klejącą. 4 koła to jeden pakiet, 2 ramy drugi. Wszystko dopełnione pozostałym sprzętem. Dzięki geniuszowi Krzyska w pakowaniu po kilku godzinach pracy na terminalu autobusowym w Corrientes nasze pakunki ciekawią ludzi ale w żaden sposób nie można by przypuszczać ze zawierają rowery. W dodatku autobus zaczyna tu kurs wiec jest jeszcze pusty. Po nocy spędzonej w poczekalni w towarzystwie śpiących na sąsiednich krzesłach 2 penerów i jednego psa (psy tu są wszędzie) ranek to emocje związane z akcja "autobus". Spóźnia się o godzinę. Kierowca podnosi nasz sprzęt kręcąc głową i coś mamrocząc. Zrozumiałem najbardziej "cinquenta" (50). Dopłacamy te pesos i jesteśmy szczęśliwi gdy brudne ulice Corrientes zostają już tylko wspomnieniem. Później zatrzymujemy się jeszcze wiele razy po przybywa ludzi i kofrów do załadunku. Po całonocnej jeździe spóźnieni (w pewnym przypadku czekaliśmy na policje aby wyprosiła jakąś parę z autobusu) docieramy do Mendozy. Tu szybko składamy rowery i opuszczamy Mendozę. Przy ostatnich zabudowaniach Las Heras w pobluzu domu (zbytnio to domu w naszym wyobrażeniu nie przypominało) gdzie facet miał składnicę wraków samochodowych rozbijamy namiot. Sam facet który udzielił nam placu wyglądał jak z kryminału, nieźle wydziergany ale jak się okazało pozory mylą a on sam okazał sie super uprzejmy. Następny dzień to podjazd do Villavicencio. To stara droga do Uspallaty a dalej do granicy z Chile. Wiedzie wysoko przez gory (3100), na długim odcinku gruntowa. Mozolnie zdobywamy wysokość. Andy są na wyciągniecie ręki. Po drodze spotykamy rodzinkę Amerykanów z Kalifornii podróżujących po Ameryce Pd. Samo Villavicencio to miejsce z źródłami termalnymi. Jest tu rezerwat przyrody. Zatrzymujemy się przy małym muzeum lub tez informacji turystycznej. Tam tez dowiadujemy kolejnej prawdy. Mianowicie miejscowa ¨"rangerka" - informuje nas że ¨"no pasaran" (nie przejdziecie). Okazuje się bowiem ze kilka dni wcześniej przez Andy przeszła ogromna nawałnica. Główna droga łącząca Argentynę z Chile przez Andy została w 18 miejscach przerwana. Zerwane zostały 2 mosty. Po stronie chilijskiej było podobnie. Przejście graniczne z Chile zostało na czas nieokreślony zamknięte. Virginia (bo tak nazywała się owa dziewczyna) udzieliła nam sporo informacji. Mimo wszystko chcemy jechać do granicy sądząc że rowerami damy rade. Każdy jednak kto był w Andach wie co to jest przeprawa przez górską rzekę walącą całym korytem rudym nurtem. Taka rzeka budzi nie gorszy respekt nie południowe zerwy Aconcagua. Ponadto musimy do Chile wjechać legalnie tzn. mieć pieczątki w paszporcie. Nie możemy sobie wiec pozwolić na marnowanie czasu. Musimy mieć perspektywę dotarcia na czas na samolot do Santiago. Decydujemy się wiec wrócić do Mendozy i rozeznać sytuację. Noc spędzamy w przeuroczym miejscu w górach w pobliżu rangersow. Tu tez spotykamy 2 bikerow z Buenos Aires (w ogóle pierwszych takich rowerowych turystów jak my), którzy tak jak my chcieli zrobić ta samą trasę do Chile i tez dowiedzieli się o wszystkim tutaj. Następny dzień to zjazd w dół do Mendozy. Mozolnie zyskana wysokość tracona w zawrotnym tempie. W Menodzie wchodzimy do Internetu i idziemy do departamentu informacji turystycznej. Najbliższe lądowe przejście to przełęcz Maule o Pehueche (2550) oddalone o 500 km na południe od Mendozy. Co do przejazdu przez tą przełęcz informacje są sprzeczne. Nawet tam jadąc musielibyśmy nadrobić w sumie 1000 km. W górach to ciężkie do zrobienia. W oficjalnym komunikacie ta przełęcz nie jest wymieniana jako dostępna. Pozostałe przełęcze to już tysiące km od nas. Zostaje tylko samolot lub czekanie na naprawienie drogi. Jedziemy na pobliskie lotnisko. Ceny są wysokie bo pewno linie lotnicze chcą zarobić na tej sytuacji. Krzysiek internetowo nawiązuje kontakt z swoim synem Tomkiem i żoną Erika. W ogóle w jakiś kryzysowych sytuacjach to Erika i Thomas stanowili punkt dowodzenia. Oni bukowali bilety na autobus lub samolot. Tak jest i tym razem. Bukują nam w miarę tani bilet na 15 luty. Trochę spokojniejsi jedziemy spać do naszego "kryminalisty", który wita nas z radością. Tak wiec Andy mogą być nieprzewidywalne. 18 lat temu gdy Damian był tu po raz pierwszy śnieżyce zniweczyły próbę wyjścia na Aconcagua ( http://nocek.pl/arch/argent.htm ) oraz zablokowały ta samą drogę na kilka dni. Teraz sytuacja się powtarza tyle tylko że Andy pokazują się z innej strony. Spekulujemy co może się jeszcze zdarzyć. Mario (grotołaz z Ponta Grossa) w mailu ostrzegał przed jakimś trzęsieniem ziemi w Chile. Jest tu sporo wulkanów a ich wybuchy nie należą do rzadkości. Żarty żartami a my nadal jesteśmy uwięzieni w Mendozie. Czas do samolotu chcemy wykorzystać na ponowna wycieczkę do Villavicencio ale chcemy podjechać do najwyższego punktu na tej trasie.

ARGENTYNA: Na Paso Paramillo

12 - 13 02 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Po załatwieniu wszystkich spraw związanych z przedostaniem się do Chile mamy 3 dni czasu. Jeszcze raz podjeżdżamy te czterdzieści kilka km do góry do Villavicencio na nasze urocze miejsce biwakowe. Tym razem bardziej czujemy w kościach ten podjazd. Dość przypadkowo robimy sobie imprezę śledziową. Szczegóły może kiedyś. Nazajutrz nasze bagaże zostawiamy u rangersow. Na lekko jedziemy zdobywać przełęcz Paramillo (3100). Droga do góry nie jest asfaltowa. Pnie się setkami zakrętów w stronę wysokich szczytów. Po kilku km jest oficjalny znak informujący o zamknięciu drogi i niebezpieczeństwie. Jedziemy jednak dalej. Miejscami są małe obrywy skał. Czasem mija nas jakiś samochód. Wyżej to kraina wiatru. Mamy szczecie widzieć szybujące majestatycznie kondory. Dalej natrafiamy na stadka lam guanako. Góry porośnięte są ostrymi krzewami i kępami traw. 25 km podjazdu z Villvicencio (1800) na Paso Paramillo (3100) zajmuje nam może z 4 godziny. Ostatnie 4 km podjazdu to fatalna miękka nawierzchnia. Na przełęczy nagle ukazują się najwyższe szczyty Ameryki. Na przeciw Aconcagua (6925), Mercedario (ponad 6800), Tupungato (ponad 6200). Jest tu kilka osób. Robimy sobie zdjęcia. W dół zjeżdżamy tą samą drogą. Ten zjazd należał w naszym przypadku do najpiękniejszych w Ameryce. Smagani wiatrem, lawirując miedzy większymi lub mniejszymi kamykami, pędzimy w dół do głębokiej z tej perspektywy doliny. Villavicencio osiągamy szybko. Jeszcze jeden biwak w pobliżu rangersow. Robimy sobie tu pranie w warunkach polowych. Zadowoleni z pełni wykorzystanego dnia możemy spokojnie spać.

Tu foto i opisy - http://www.hilustour.blogspot.com.ar/p/blog-page_6.html

CHILE: Andy - w Cordiliera Central

15 - 24 02 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

W związku z zamkniętą drogą do Chile został nam jedynie przelot samolotem na druga stronę Andów. Zabukowaliśmy najtańszy możliwy bilet i nie było odwrotu. Prowincja Mendoza zmobilizowała wojsko i chyba cały sprzęt by tej ważnej strategicznie drodze przywrócić drożność. Nadchodziły wiec sprzeczne informacje. Przelot nad Andami (tuz obok Aconcagua) trwał zaledwie 30 minut. Ale i tak musieliśmy znów poskładać rowery, przejść wszystkie procedury itp. W każdym razie w Santiago byliśmy po południu.

Chile od razu robi na nas pozytywne wrażenie a Santiago w szczególności. Na samym początku dobre ciacha (palce lizać) czego w całej Ameryce od Kanady po Argentynę jak dotąd nie uświadczyliśmy. Lepszy wybór jedzenia, zjadalny chleb, większa kultury jazdy kierowców. Ponieważ zbliżał się wieczór szukamy noclegu już w stolicy. Dość przypadkowo ładujemy na darmowy nocleg przy Sanktuarium sw. Hurtado. Śpimy w sali ze sceną. Dajemy wiec występy artystyczne dla pustej widowni. Przecież najważniejsze że aktorzy są zadowoleni.

Następny dzień to zakupy żywności. Poruszamy się główną awenidą Santiago. Miasto jest bardzo piękne. Szeroka ulica a w środku skwer ze ścieżka rowerową, którą wydostajemy się aż na wschodnie rubieże miasta. Tak wiec w związku ze nieoczekiwanym przebiegiem zdarzeń ustalamy nowy plan działania. Pojedziemy w Andy, w Cordilera Central na wschód od Santiago. Wyprzedzając tok wydarzeń:

udało nam się wejść na Cerro La Parva (4048), Falsa Parva (3888) oraz Cerro Manchon (3740). Jak na Andy wysokości może niezbyt imponujące ale adekwatne do posiadanego ekwipunku (rowerowego), zasobów oraz kondycji (mięśnie przywykłe do innego rodzaju wysiłku). Cerro Plumo (5424) tzw. `łatwy¨ pięciotysięcznik był w tym przypadku poza naszym zasięgiem choć podjęliśmy próbę wejścia.

Ale po kolei..

Santiago leży na wysokości 800 - 900 m. Jadąc na wschód niemal ciągle się wznosimy. Z potężnej doliny droga wznosi się dziesiątkami zakrętów (curvy) w gorę. W ten dzień udało nam się dojechać do 15 curvy (zakręty są oznaczone cyframi) i w pięknym miejscu na malej przełęczy z dala od szosy biwakujemy. Dalsza droga tylko w gorę. Przy wejściu do Parku Yerba Loca kupujemy mapę okolicy. Pniemy się w stronę wysokich gór. Droga dociera do narciarskich ośrodków Valle Newado, El Colorado i La Parva. Dalej już są nie przebyte Andy ze śnieżnymi czapami i lodowcami. Po drodze spotykamy wielu bikerow ale jadących na lekko. Rowery planujemy zostawić w La Parvie i dalej ruszyć pieszo w góry. Była właśnie niedziela i La Parva (2800) wydawała się być wymarła. Hotele i pensjonaty na głucho zamknięte. Po za tym niebo zasnute było chmurami co potęgowało to wrażenie. Już wyobrażaliśmy sobie jak to będziemy rowery na kilka dni maskować pod kamieniami gdy w jednym z ostatnich budynków La Parvy natrafiamy na otwarty dom i człowieka. Okazał się nim Jorge. Poznaliśmy tez jego żonę. Pytamy o możliwość zostawienia rowerów i rozbicia namiotu w pobliżu. Tak to się zaczęło. Dostaliśmy swój pokój z łazienką (dom posiadał apartamenty do wynajęcia zimą, teraz Jorge trochę go remontował). Ugoszczeni jak starzy znajomi przygotowujemy się do wyjścia w góry. To było ciekawe przedsięwzięcie. Jako ze posiadaliśmy tylko małe plecaczki (góra 10 l) musieliśmy do nich przytroczyć torby rowerowe by w nich zmieścić kalimat, namiot, kuchenkę, garnki, jedzenie na 3 - 4 dni oraz cały ubiór. Posiadaliśmy tylko półbuty.

Nazajutrz wcześnie wyruszamy w nieznane nam góry ustalając z Jorge termin powrotu na środę, najpóźniej czwartek. Wychodzimy ponad tereny narciarskie z calą ich infrastrukturą. Od Lago Pequenes wiedzie nikła ścieżka do doliny Rio Cepo. Góry staja się potężne, mienią się orgią barw. Dolinę zamyka właśnie potężny z tej perspektywy Cerro Plumo (5424). Góra ta znana jest tez z tego że na wysokości 5100 m znaleziono w 1954 r zmumifikowane ciało inkaskiego chłopca z przed ponad 500 lat (tzw. Pirca del Inca). Piękna jak dotąd pogoda zaczyna się psuć. Gdzieś w 4 godziny docieramy do tzw. Piedra Numerada. To skala w środku doliny gdzie miejscowi pasterze liczą bydło spędzane na zimę z gór. Tym razem nie ma nikogo. Jesteśmy tu zupełnie sami. Robimy sobie tu ciepły posiłek. Wieje i prószy śnieg.

Dalej poruszmy się w gorę wydawać by się mogło wymarłej doliny. Wchodzimy w strefę chmur. Zdobywamy jednak wysokość starając się iść wolno, wolniej niż możemy by lepiej się aklimatyzować. Po minięciu wielkiego wodospadu docieramy pod strome ściany Cerro Verde. Wydeptana przez ludzi i muły ścieżka czasem zanika czasem jest wyraźna. Pod koniec dnia osiągamy mały drewniany schron Federacion (góra na 4 osoby) leżącego na wysokości 4100 m. Jest pusty. W pobliżu jednak nie ma wody. Strumień był wyschnięty i jedynie wódę można było uzyskać z płatów śniegu leżących opodal. Znajdujemy tu tez połamane raki samoróby. Brak wody dopinguje nas do podjęcia dalszej wędrówki w gorę. Zabieramy szczątki raków ze sobą i podchodzimy jeszcze stromo do góry do miejsca zwanego La Hoya (4300 m. n.p.m.). Jest to wypłaszczenie zamknięte dwoma bocznymi morenami tuz pod jęzorem lodowca Iver. Z lodowca wypływa potok. Jest tu zrobionych kilka kamiennych murków w celu ochrony przed wiatrem. Tu tez nie ma nikogo. Tymczasem wiatr się wzmagał. Jego lodowate podmuchy utrudniały nam rozbicie namiotu. Od razu tez wskakujemy w wszystkie posiadane ciuchy. Następnym wyzwaniem było zagotowanie wody na naszej benzynowej kuchence. Zajmuje nam to godzinę. Ostry wiatr co chwilę gasił palnik a my jak dwa sople lodu okrywamy go karimatą ze wszystkich stron. Osiągamy sukces i możemy wreszcie od środka rozgrzać organizm. Wieczorem prószy śnieg zamieniając się w twardą "krupę". Noc jest mroźna i wietrzna. W dodatku w dopada nas "puna". Tak się tu zwie choroba wysokogórska (widocznie rezerwy czerwonych krwinek zostały wyczerpane a organizm upominał się o więcej tlenu). Bolą nas głowy, nie można spać. Jakoś jednak przetrzymujemy do rana.

Poranek jest przepiękny. Biała góra całym swym majestatem zapraszała do siebie. Promienie słońca muskały już lody u góry. Niebo było lazurowe. Wiatr zupełnie ustal. My jednak czujemy się fatalnie. Zgodnie z prawidłami aklimatyzacji schodzimy niżej. Do Federacion na 4100. Tu jednak kielich goryczy zostaje przelany przez zwykłą zapalniczkę. Odmówiła zupełnie posłuszeństwa przy próbie zapalenia palnika. Bez cieplej strawy i picia trudno mierzyć się z tak zimną górą. Zbyt dużo improwizacji jak na tak odludny teren i dość wysoką gorę. Zjadamy wiec trochę konfleks z lodowatą wodą i schodzimy całą dolinę w dół do Piedra Numerada (3315). Po drodze dołączył do nas jakiś "wierny" pies i nie odstępował nas dosłownie o krok. W dolinie spotykamy idącego do góry samotnego Hiszpana a przy Piedra Numerata parę Kanadyjczyków. To był cudowny zbieg okoliczności bo pożyczyli nam zapalniczki i mogliśmy cos ciepłego zjeść. Piedra Numerada to miejsce gdzie jest potok i skała stanowiąca ochronę przed wiatrem. Po za tym Kanadyjczycy zostawali tu do dnia następnego a to równało się z dostępem do ognia. Tak wiec biwakujemy tu racząc się kolejnymi kubkami cieplej herbaty. Noc jest mroźna ale bezwietrzna. Ze spaniem tez problemu.

Pogoda nadal wspaniała. Zegnamy się z sympatycznymi Kanadyjczykami i ruszamy na 2 szczyty - Falsa (3888) i La Parva (4048) w tej samej bocznej grani doliny. Na przełęczy przy Lago Piuqenes spotykamy 2 Chilijczyków (ojca z synem) idących na ten sam szczyt. Poczęstowali nas jajkami. Zostawiamy ich jednak szybko w tyle. Droga jest łatwa i w miarę szybko jesteśmy na wierzchołku La Parvy. Góra jest wspaniałym punktem widokowym na Centralne Andy. Wszystkie kolory tęczy a pod lazurowym niebem dominowała biel lodowych olbrzymów. Andy są przerażająco puste, potężne, niedostępne, rozlegle, trudne. Choćby nie wiadomo ilu przymiotników użyć to są po prostu piękne.

Schodząc z góry spotykamy ponownie naszych chilijskich znajomych. Zegnamy się jak starzy przyjaciele. Znana już nam drogą późnym popołudniem docieramy do "naszego hotelu" w La Parvie. Reszta dnia upływa nam na bardzo miłej imprezie. Krzysiek i Jorge doskonale się rozumieją, nie tyle znajomością hiszpańskiego co poczuciem humoru. Śmiechu jest co niemiara. Łączymy europejski i południowoamerykański folklor. Poznajemy również Felicjanę, córkę gospodarzy, która okazała się przesympatyczną dziewczyną. Nic nam nie brakuje. Ciepły prysznic, jedzenie, napoje i przytulny pokój. Wspaniały relaks po górskiej lodówce.

Gorące pożegnanie z Jorge oraz jego żoną i La Parva wprawdzie zostaje za nami ale w naszych sercach na zawsze. Zjazd w dół sprowadza się głownie do naciskania na klamki hamulcowe. I tak kilka razy zatrzymujemy się by ochłodzić gorące felgi. Tak przybywamy do Parku Narodowego Yerba Loca. Noc spędzamy przed bramą parku (jest tu woda).

Nazajutrz rano wjeżdżamy do parku (wstęp 2500 peso - ok 17 zł). 5 km dalej jest urocze miejsce biwakowe - Villa Paulina. Po rozbiciu namiotu ruszamy na ostatni andyjski cel - Cerro Manchon (3740). Do pokonania 2000 m deniwelacji. Dolina Yerba Loca na północy zamknięta jest ogromnymi, zalodzonymi a sięgającymi ponad 5000 m szczytami Cerro Paloma i Altar. Nasza droga na Manchon jest na początku trochę zawiła. Musimy wykonać ryzykowny skok przez rwący strumień. Trochę sie wahamy. Lądowanie miało być na dużym kamieniu po drugiej stronie. Kamień był jednak skośny i mokry. Nie wiedzieliśmy czy utrzymamy się na nim po skoku a pod nim kłębił się bardzo niebezpieczny odwój wody z którego ciężko było by się wydostać. Trochę adrenaliny i lądujemy bezpiecznie po drugiej stronie. Dalsza droga jest trochę zagmatwana ale z pomocą mapy wchodzimy w właściwą boczną grań stromo pnącą się do góry. Dalsza droga jest męcząca i zarazem trochę nużąca. Po osiągnięciu głównej grani ciągle wchodzimy na kolejne "fałszywe" szczyty. Masyw szczytowy składa się 2 wierzchołków. Wchodzimy na ten "ostrzejszy" odpuszczając sobie bałuchę. Kolejne oczarowanie andyjskim krajobrazem i pędzimy w dół. Po drodze jeszcze natrafiamy na szkielet prawdopodobnie lamy. Możemy również fascynować się szybującymi kondorami. Doprawdy jest to niezapomniany widok. Imponująca rozpiętość skrzydeł a w trakcie szybowania wydają szelest mknącego szybowca. Latają blisko nas a czasem nawet poniżej grani. W bodaj 3 godziny osiągamy nasze obozowisko trochę zmęczeni. Potem tylko kąpiel w lodowcowej rzece, kolacja i spać tuz obok szumiącego potoku.

Dzień następny to uporządkowanie rzeczy, wymiana łańcuchów w rowerach i zjazd do bramy parku. Nocleg na tej samej przełęczy przy curvie 15.

Pogoda dalej słoneczna. Zjeżdżając rankiem do Santiago przy znacznej prędkości nie źle marzniemy. W końcu jednak pojawiają się palmy. I takie jest Chile. Od śniegów do palm.

Z cala stanowczością możemy stwierdzić jedno:

KOCHAMY CHILE

Cudowne krajobrazy, wspaniali a czasem wręcz szlachetni ludzie, dobre jedzenie, piękne kobiety. Jak na razie numer jeden w całej Ameryce.

AUSTRALIA: krotki epizod

25 - 27 02 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Przeskoczyliśmy Pacyfik. 13 godzin spokojnego lotu z Santiago I jesteśmy w Australii. Musimy niestety odebrać nasze rowery i ponownie je nadać nazajutrz. Zostawiamy je w przechowalni i jedziemy pociągiem z lotniska do centrum Sydney gdzie docieramy już po zmroku. Mimo wszystko city bardzo ładnie się prezentuje. Jest ciepło. Przechadzamy się nadmorskim bulwarem w stronę słynnego mostu a potem opery. Ceny jednak są wszędzie wręcz porażające. Jeżeli w głębi Australii ceny są nawet o połowę niższe to Australia jest chyba najdroższym krajem świata. Niemal całą noc spacerujemy po ciekawych uliczkach choć w Australii “stare” oznaczać może początek XX wieku. Rześki wiatr od oceanu nie pozwala nam zasnąć na jednej z ławek przy operze. Gdy wschodzące słońce oświetla miasto możemy jeszcze raz z innej nieco perspektywy obejrzeć budzące się do życia Sydney. Po powrocie na lotnisko ponownie nadajemy nasze trochę pokiereszowane paczki z rowerami. Dalej już tylko przelot nad morzem Tasmana i lądujemy w krainie kiwi.

NOWA ZELANDIA: Wyspa Polnocna

28 02 - 05 03 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

W sumie 3 stracone noce powodują ze po poskładaniu rowerów kładziemy się na lotnisku w Aucland na karimatach i w śpiworach. Od razu zasypiamy nie bacząc na kręcących się tu i ówdzie pasażerów. Jak tylko robi się jasno wyruszamy na południe. Do pokonania dystans 650 km przez większą cześć wyspy do Wellington. Posiadaliśmy atlas rowerowy po Nowej Zelandii i staraliśmy się jechać trasami dla rowerów. “Ścieżki” te jednak prowadza głownie poboczami często ruchliwych dróg. Jest to dość uciążliwa sytuacja. Ponadto w Nowej Zelandii jest wymóg posiadania kasku przez rowerzystów. Ponieważ nie widzieliśmy tu ani jednego policjanta sądziliśmy, ze da się to jakoś ominąć. Nie udało się. Wkrótce zatrzymuje nas patrol. Policjant był bardzo miły. Rowery zamyka na komisariacie, zabiera nas do radiowozu i jedzie ok. 30 km do najbliższego sklepu rowerowego gdzie już za swoje pieniądze musimy kupić te nieszczęsne kaski. Wkrótce potem oddają nam rowery i już możemy legalnie jechać dalej. Pierwszy nocleg w Narganawhaya planowaliśmy spędzić w parku lecz 2 starszych gości odradza nam ten pomysł. Jedziemy za jednym z nich gdzie w jego ogrodzie rozbijamy namiot mogąc jednocześnie korzystać z kuchni i prysznicu. Noel (tak miał na imię nasz gospodarz) okazał się bardzo ciekawym człowiekiem. Pochodził z Londynu. W młodości objechał na rowerze Francję a później samochodem przebył trasę z Dalekiego Wschodu do Londynu wracając na NZ statkiem.

Następnego ranka Krzysiek gra w tenisa z jego synem Andrew, który już był kiedyś w Krakowie. Dalsza nasza droga wiedzie na południe wyspy. Krajobraz wiejski. Na początku wiele farm. Potem jednak przeważają pastwiska szczelnie ogrodzone drutem kolczastym od szosy. Jedziemy długimi dolinami. Boczne dolinki maja charakter krasowy. Gdzie niegdzie obserwujemy wychodnie wapiennych skal. Po przebyciu 111 km zatrzymujemy się na jednej z farm i biwakujemy pod rozłożystym drzewem. Dalsza droga jest bardzo malownicza. Wije się doliną wśród wzgórz by nie powiedzieć gór. Może są one niewielkie ale dość strome. Lasów nie ma tu wiele za to kępy drzew są bardzo piękne. Wiele starych drzew. Zaczynają się ostre podjazdy ale i podobne zjazdy. Znów 109 km za nami. Tym razem śpimy na dziko w wymarzonym miejscu ze wszystkich stron osłoniętym drzewami.

Dzień zaczynamy od sprawdzenia rowerów. Okazuje się że jedna z opon jest zniszczona na bocznym kordzie. Dodatkowo Damian ma pękniętą szprychę. Wymieniamy wiec oponę (na szczęście mięliśmy jeszcze zapas z Brazylii) i w trasę. Dalsza droga prowadzi to w gorę to w dół. Jest co robić. Tak wiec z trudem bo z trudem ale wyrabiamy się w 100 km na dzien. Tak też mija kolejny dzień, który kończymy fantastycznym zjazdem w stronę wybrzeża pod miejscowość Wanagui nad morzem Tasmana. Na noc zatrzymujemy się w uroczym miejscu nad rzeką gdzie biwakujemy.

Ranek był pochmurny ale podobno nie padało już 3 miesiące. Wkrótce potem wychodzi słońce. Szybko osiągamy Wanagui. Tu w sklepie rowerowym Damian wymienia szprychę i centruje koło. Dalsza droga wąskim pasem równin miedzy morzem a górami. Może 60 km mamy bardzo korzystny wiatr i nawet pod góry jakoś szybko się wznosimy. Potem jest nieco gorzej bo kierunek jazdy się zmienia ale tez wiatr osłabł. Tego dnia osiągamy miasteczko Levin. Znów przekroczone 100 km. Biwakujemy w pobliżu farmy z końmi.

Ostatni etap na Wyspie Północnej zakładał pokonanie ostatnich 100 km do promu w Wellington. Droga częściowo wiedzie brzegiem morza Tasmana. Przed stolicą ruch się wzmaga. Znów jakoś pakujemy się na drogę szybkiego ruchu by w chwile potem mieć radiowóz na karku. Odprowadza nas na boczną drogę a policjant udziela grzecznie rad jak dojechać drogą alternatywną. Tutejsza policja chyba nie ma nic do roboty. Tuż przed Wellington dość kuriozalnie łapiemy w tym samym momencie 2 gumy w przednich kołach. Na styk dojeżdżamy do promu. Godzinę później tniemy niebieskie wody Ciesniny Cooka zostawiając za rufą Północną Wyspę. Przed nami już ukazywały się poszarpane i górzyste brzegi Południowej Wyspy.

NOWA ZELANDIA: Wyspa Polodniowa - tereny krasowe

28 02 - 05 03 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Do Picton na Południowej Wyspie docieramy już po ciemku. Żegluga dużego promu ciasnymi kanałami miedzy górzystymi i skalistymi wsypami jest ciekawa. Doprawdy zadziwiające jest jak James Cook ponad 200 lat temu na żaglowym szkunerze mógł manewrować miedzy tymi wyspami. Jeszcze bardziej zadziwiające jest jak pierwotni mieszkańcy tych wysp – Maorysi docierali tu na swoich łupinach. Nowa Zelandia to pd – zach wierzchołek trójkąta Polinezji (Hawaje – pn, Wyspa Wielkanocna pd – wsch.). Tysiące wysp rozrzuconych na bezmiarze największego z oceanów może jedynie kojarzyć się z gwiazdami naszej galaktyki. Jednak Polinezyjczycy dotarli tu na długo przed europejskimi odkrywcami. Zaiste trudno to zrozumieć jak poradzili sobie z potężnymi prądami, huraganami, niepogodą. Jednak przetrwali.

Ludzi na promie było nie wiele. W malej grupce osób opuszczamy pokład udając się na terminal. Ludzie szybko się gdzieś rozpierzchli a my wkrótce jesteśmy sami. Tym razem nikt nas nie kontroluje (po wyładowaniu w Aucland sprawdzali nam podeszwy butów, zdzierali pył z opon a namiot wzięli do ekspertyzy biologicznej). Nieopodal tutejszej mariny natrafiamy na fajny park i bez większych ceregieli rozbijamy namiot. Zresztą nieopodal nas spał zakamuflowany jakiś pener. Było nam wiec raźniej.

Gdy tylko robi się jasno robimy sobie śniadanie i wskakujemy na rowery. Opuszczamy Picton od razu windując się w gorę. W dole zatoka Charlotte poszarpana kilkoma malowniczymi półwyspami. Występują tu zjawiska odpływów i przypływów, wiec czasem zatoki są bez wody. Wkrótce tez zaczyna się prawdziwa górska jazda. 100 km zajmuje nam niemal cały dzień. Późnym popołudniem przepięknym zjazdem osiągamy niemal poziom morza w okolicach Nelson. Bez trudu trafiamy do Neala Taylora. Neal to bardzo ciekawa postać. Spotkaliśmy się przed 4 laty na granicy amerykansko-kanadyjskiej i przez ponad 2 dni razem przemierzaliśmy góry Montany na szlaku Great Divide. Kim jest a kim nie jest trudno dociekać. Na pewno jest człowiekiem morza. Opłynął swoim jachtem świat dookoła, jest surferem, płetwonurkiem, kajakarzem górskim i morskim. Dodatkowo jeździ na rowerze przeważnie górskim. Posiada 6 różnych kajaków (od górskiego do różnych morskich), 5 rowerów (rożnych), 3 samochody (busy) do przewozu tych klamotów. Mieszka w domku pod wzgórzem w fajnej dolinie. Dziennie trenuje (30 km kajakiem po morzu). Startuje w rożnych zawodach miedzy in. coast to coast (od wybrzeża do wybrzeża). Spędzamy tu 3 dni.

W pierwszy dzień poznajemy okolice Nelson. Drugi dzień przeznaczamy na jaskinie choć tak naprawdę do żadnej nie wchodzimy. W miejscowym klubie akurat grotołazi mieli manewry ratownictwa i za bardzo nie miał kto z nami pójść. Tak wiec sami (z Nealem) udajemy sie do kilku ciekawych miejsc charakterystycznych dla tutejszego krasu. Jest to m. in. Takaka w parku narodowym Kuhurangi. Ciekawym miejscem jest wywierzysko Rivaka. Jaskinia jest dostępna przez nurkowanie. Woda jest zimna (no może o 2 stopnie cieplejsza niż w Tatrach). Damian próbuje sprawdzić podwodny otwór ale jest zbyt głęboko by pchać się tam na bezdechu. Potem udajemy się wysoko (najpierw asfalt potem droga szutrowa) do systemu Harwoods Hole – Starlight Cave. Ta pierwsza to 180 metrowa studnia. Cały system ma 353 m deniwelacji. Teren porasta ciekawy las a droga przekształca się w wąwóz wypadający mniej więcej w 1/3 studni (od dołu). Bez szpeju jednak nie ma szans dostać się na dno. Wprawdzie mieliśmy od Neala kilkanaście metrów żeglarskiej liny ale nie starczyło to nawet na zjecie na wybitna półkę poniżej (Damian miał nadzieje ze uda się jakoś klasycznie zejść na dół, próbował nawet to zrobić). W każdym razie jest to bardzo ciekawe miejsce. Cały teren jest poryty tysiącami żłobków krasowych. Wychodzimy jeszcze na przełęcz powyżej gdzie widać głęboko wciętą dolinę z strumieniem odwadniającym system Harwoods – Starlight Cave. Sprawdzamy jeszcze kilka małych otworów po drodze ale się kończą. Jest tez duża ilość lejów krasowych.

Jazda z Nealem autem po tej górskiej szutrowej drodze to cos z off-roadu i rajdów samochodowych. Czasem musimy się trzymać. Widać ze Neal nie tylko sporty wodne lubi.

Jeden dzień restu, robienia porządków, wymiany opon i przygotowania do dalszej drogi.

Zdjecia dostepne na razie na blogu:

http://hilustour.blogspot.de/p/blog-page_16.html

NOWA ZELANDIA: Wyspa Polodniowa - przez gory Poludniowej Wyspy

06 - 14 03 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Kilka dni pobytu u Neala, troche odpoczynku i urozmaicenia dobrze wpływa na nasze nastroje. W słoneczny, niedzielny ranek raźno ruszamy w dalsza drogę. Za rada Neala kierujemy się rzadko uczęszczaną drogą do Nelson Lake National Park. Mamy tydzień na dojechanie do Christchurch wiec nie musimy się zanadto śpieszyć. Pierwszy biwak wypada w iglastym lesie nieopodal strumienia gdzie można się było fajnie wykąpać. Pewnym minusem jest fakt, ze w NZ jest wiele miejsc gdzie lata miliony małych muszek, które dają nie gorzej w kość niż nasze komary.

Ranek wita nas znów słońcem. Jak zwykle po codziennych, powtarzających się czynnościach (zwijanie obozowiska, mycie, śniadanie, kawa, pobieżny przegląd rowerów) ruszamy słoneczną doliną na południe. Pogoda dosłownie nas rozpieszcza. Świeci słońce ale nie ma skwaru, lekki zefirek muska nam twarze, niebo lazurowe. Może w 3 godziny osiągamy miejscowość St Arnaud i jezioro Rotoiti. Wspaniały polodowcowy krajobraz. Jest tu zaledwie kilka ludzi. Spędzamy kilka godzin nad jeziorem kąpiąc się i odpoczywając. Przed nami bowiem wyzwanie w postaci górskiego szlaku Rainbow Trail. Jest to głównie szutrowa droga wiodąca 112 km dolina rzeki Wairau, następnie pokonująca dział wód na przełęczy Island Saddle (1347) a potem opadająca do doliny rzeki Clarence. Na koniec przez Jack Pass opada do miejscowości Hanmer Springs. Wszystko w otoczeniu dwutysięcznych szczytów (najwyższy Una Peak - 2301). Treść broszury w informacji turystycznej nakazywała z powagą podejść do sprawy niczym przed wyprawa na Everest (żadnych miejscowości, brak zasięgu w łączności, trudny teren, możliwość odcięcia przy przyborze wód w rzekach etc.). Zaopatrzeni w ostatnim sklepie na 2 dni w żywność pierwszą noc spędzamy nieopodal pastwiska dla owiec u wylotu doliny Wairau.

Ranek tym razem był mglisty a nawet mokry. Wszystko jednak po może 2 godzinach wraca do normy. Mgły opadają przysparzając tylko kolorytu budzącego się dnia. Szlak przypomina nam amerykański Great Divide. Przejeżdżamy kolejne strumienie w brud, pokonujemy ostre podjazdy prowadząc czasem rowery. Nawierzchnia szutrowa, czasem kamienista, czasem drobny żwir. Najgorsze są poprzeczne rowki, które strasznie utrudniają jazdę. W dole rwąca Wairau. Podążamy na południe szeroką dolina otoczona to strzelistymi szczytami, to piarżystymi zboczami lub po skalistych platformach. Wiele rożnych mostków i przepraw przez boczne strumienie. Szlak jest niesamowicie atrakcyjny. Trochę krajobraz szpeci linia wysokiego napięcia dzięki której ta droga powstała ale i tak jest fajnie. Sporadycznie przejdzie jakiś jeep lub cross (droga dostępna jest tylko 4 miesiące w roku, ponieważ szlak przebiega przez teren prywatny offroadowcy musza zapłacić za przejazd 25 $ a rowerzyści 2 $, wszyscy musza się wpisać do specjalnego zeszytu podając przybliżony czas przejazdu). To jak dotąd najpiękniejszy szlak jaki przemierzamy na Nowej Zelandii. Pod koniec dnia wznosimy się dość stromo na Island Saddle. Krajobraz staje się dość surowy, wiatr wznosi tumany kurzu wiec my i nasze rowery są że tak powiem trochę przykurzone. Z przełęczy (1347) droga opada początkowo dość mocno w dól. To dolina Clarence. Tylko trawy, brak drzew. Przeważa kolor brązu, żółci i tylko wiszący nad tym wszystkim lazur nieba wspaniale przydaje kontrastu tej cudownej krainie. Na biwak dojeżdżamy do malowniczego jeziora Tennyson (1200). Tu spotykamy biwakujące starsze małżeństwo. Samo jezioro jest przepięknie położone u zbiegu dwóch potężnych dolin. Jest tu wspaniale miejsce biwakowe.

W nocy przymrozek, Rano jezioro paruje a wschodzące słońce szybko roztapia białą powłokę szronu pokrywającego wszystko wkoło łącznie z naszym namiotem. Jak tylko robi się cieplej ruszamy w drogę. Po przejechaniu zaledwie 200 m Damian łapie gumę. Szybko jednak ruszamy dalej po wymianie dętki. Więcej zjeżdżamy jak podjeżdżamy. Przez dolinę przetaczają się masy powietrza czasem utrudniając jazdę. Na wielkim zakolu doliny szlak odbija w gorę na przełęcz Jack. Wjazd do góry nie przysporzył trudności. Natomiast bardzo ciekawy okazał się zjazd. Hanmer Springs leży bowiem w głębokiej dolinie. Musimy na krótkim odcinku wytracić wysokość co sprawia ze niektóre odcinki zjazdu z tak obciążonymi rowerami są mocne. Krzyskowi pęka sprężynka w hamulcu tarczowym ale może zjeżdżać. W każdym razie opinia jedna: dobrze ze nie musimy tędy podjeżdżać. W końcu osiągamy asfalt i meldujemy się w Hanmer Springs. To wspaniała oaza zieleni, wspaniały klimat nie tylko w sensie meteorologicznym. Z jedzeniem byliśmy na styk wiec teraz możemy uzupełnić braki. Na noc zatrzymujemy się na południe od tego miasteczka na końskiej farmie. Margarete i Ewa (młoda Czeszka, która u niej pracowała) podejmują nas kolacją. Ważniejsze jest jednak to ze możemy wziąć ciepły prysznic, wyprać skurzone ubrania i umyć dobrze nasze rowery.

Następne 2 dni to przejazd do Christchurch. Po drodze ciekawe doliny z fajnymi skałkami. Jedną noc spędzamy w Flatfield u Garego. Następnie jedziemy nad Pacyfik na wschodnim wybrzeżu wyspy. Potem już Christchurch, nasze ostatnie miasto na antypodach. Dalej czekała już Azja.

http://hilustour.blogspot.de/p/blog-page_16.html

CHINY: nie tylko kras

06 - 14 03 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Honkkong 18 03 2013

Nasz pobyt w Honkkongu ogranicza się do przejechania kolejką i metrem do granicy chińskiej w Shenzen. Hongkong to plątanina autostrad, estakad, potężne wieżowce i mnóstwo budowli portowych. Po prostu gigantyczne miasto. Nadal ze spakowanymi rowerami bez zbędnych ceregieli przekraczamy granicę chińską w Shenzhen.

Chiny

18 - 29 03 2013

Shenzhen ze swoimi monstrualnymi wieżowcami raczej przypomina Nowy Jork niż Chiny. Jesteśmy trochę zszokowani rozmachem tego miasta. Shenzhen razem z Kantonem i wieloma satelitami tworzą przeogromną aglomeracje miejską wielkości może pól Polski. Jedynym rozsądnym dla nas wyjściem wydostania się z tego molocha jest skorzystanie z komunikacji publicznej. Sypialnym autobusem po nocnej jeździe wysiadamy w Guilin w prowincji Guanxi Zhuang. Jest pochmurno i mokro. Po poskładaniu rowerów ruszamy szukać jakiejś informacji turystycznej. Guilin słynie z otaczających to miasto mogotów. Dość przypadkowo natrafiamy na takie biuro turystyczne (jest ich jak się później okazało wiele). Za 450 Y (ok 230 zl) na głowę załatwiamy na 2 dni hotel, spływ rzeką Li do Yangshuo, wycieczkę busem, lunch, odjazd i dowóz do hotelu. Tego wieczora trochę zwiedzamy miasto i wygodnie śpimy z rowerami w pokoju.

Nazajutrz rano podjeżdża busik a młoda dziewczyna władająca płynnie angielskim zaprasza nas do środka. Podjeżdżamy na przystań gdzie pakujemy się na statek płynący 60 km w dół rzeką Li do Yangshuo. Statków płynie zresztą wiele. Uważam ze warto dać te pieniądze mimo komercyjności tego terenu. Rzeka wije się w przeróżny sposób miedzy potężnymi mogotami przybierającymi przeróżne kształty. Znakomity przykład krasu tropikalnego. W ścianach czasem widnieją otwory jaskiń. Najlepiej spojrzeć na zdjęcia. Na statku podają lunch i mamy pierwsze zetkniecie z pałeczkami. Innych sztućców nie podają. Z Yangshuo busem jedziemy jeszcze nad rzekę Yalong gdzie na bambusowych tratwach również przewozi się turystów. Wieczorem wracamy bardzo zadowoleni do Guilin do naszego hotelu. Problemem jest tu kupienie pieczywa. Nie znają chleba w naszym rozumieniu. Maja tylko słodkie wypieki. Jedzenie w sklepach kiepskie jak na nasze gusta.

Następny dzień to już czas na rower. Ponieważ Guilin to wielkie miasto to aby je opuścić kierujemy się wskazaniami kompasu. Na szczęście udaje sie bez problemów natrafić na drogę 381 wiodącą na północ. Wkrótce tez poszarpany mogotami horyzont zostaje za nami a my wjeżdżamy jak się wkrótce okazało w chińska prowincjonalna rzeczywistość. Trzeba od razu zaznaczyć ze Chińczycy to bardzo pracowity naród. Wszędzie widzi się ludzi przy pracy. Szczególnie dużo pracują kobiety. Mężczyźni czasem grają w karty lub jakieś ich gry planszowe. Każdy niemal spłacheć ziemi jest zagospodarowany. Mijane wsie i miasteczka są jednak ohydne. Pogoda nadal pochmurna potęguje to wrażenie. Na wsiach wiele drewnianych budynków. Początkowo myślimy ze to zabytki ale to reguła. Chaty może maja po 200 lat. Wszędzie tarasy uprawne. Najgorsze są jakieś tam cementownie, kamieniołomy. Pelno kurzu albo błota. Śmieci wokół. Smród. Takich Chin nie reklamują żadne biura podroży. Tak wiec od fascynacji do przerażenia i od przerażenia do fascynacji jedziemy na północ połykając kolejne kilometry. Po drodze zatrzymujemy się na jedzenie w jakimś brzydkim miasteczku. Makaron z tutejszymi przyprawami. W Europie taki "bar" ominęlibyśmy potężnym łukiem. Tu jakoś przełykamy kolejne porcje z pałeczek i wcale nie było to złe. Na nocleg zatrzymujemy się w ruinach rozwalonej wiaty i śpimy w namiocie.

Teren górzysty. Podjazd, zjazd, podjazd, zjazd. Wystarczy spojrzeć na mapę Chin by stwierdzić ze dominują rożne odcienie czerwieni. Wjeżdżamy tez na drogę 209, która ma nas prowadzić na północ. Nazwy miejscowości na ogoł są po chińsku. Czasem zatrzymujemy się przed znakiem i uczymy się szczegółów danego "krzaczka". Sprawdzamy na naszej mapie aby się upewnić. Po za tym kamienne słupki przydrożne numer drogi maja napisany arabskimi cyframi oraz kolejny kilometr drogi. To dla nas duże ułatwienie. Czasem zatrzymujemy się przy sklepach by uzupełnić zapas żywności. Często robi się zbiegowisko. Tu chyba nie widzieli białych. Dotykają nas, chcą robić sobie z nami zdjęcia. Mówią do nas i nie potrafią zrozumieć że my ich nie rozumiemy. Co najfajniejsze to niekiedy w takich sytuacjach pisza nam tekst "krzaczkami" na kartce w nadziei że potrafimy czytać po chińsku. Dziwne bo anteny satelitarne są niemal wszędzie a chyba każdy posiada telefon komórkowy. Przecinając kilka masywów i dolin rzecznych na noc zatrzymujemy się przy "szklarniach" z jakimiś grzybami. Tu rozbijamy namiot. Mamy okazje zobaczyć w jakich warunkach pracują i żyją. Jeżeli ktoś narzeka na Europę nie przyjedzie do Chin. W nocy burza.

Pochmurny, nieprzyjemny dzień. Profile trasy łagodnieją. Otaczający jednak nas teren jest przygnębiający. W mokrej mgle wyłaniają się koszmarne budowle "fabryk", niedokończone budynki, rozkopany teren, walające się śmieci. Chciało by się przebudzić z koszmaru ale to niestety rzeczywistość. Pogoda dostosowuje się znakomicie do tego otoczenia. Posiłki już jemy w przydrożnych knajpkach urozmaicając coraz bardziej menu. Wychodzi jakie 2 - 5 zl. W Hueitongu zatrzymuje nas policyjny patrol. Od razu robi się wokół nas duże zbiegowisko ciekawskich. Policja każe nam wracać do miasta. 3 km podjazdu musimy zjechać spowrotem. Czujemy się niepewnie bo nie potrafimy się w żaden sposób dogadać. Jeden z policjantów na kartce po angielsku napisał "What's country are you". Damian udzielił pisemnie stosownej odpowiedzi. Zatrzymujemy się przy biurze bezpieczeństwa (tak informował dodatkowy angielski napis). Coś do nas mówią po czym każą jechać znowu za nimi. Pytamy o drogę do Hueiha (tam był nasz kolejny cel). Cały czas jadąc za radiowozem docieramy do granic miasta. Policja wskazuje nam drogę i zegna się z nami. Nie wiemy w ogóle o co w tym wszystkim chodziło. Od teraz czujemy się niepewnie. Mglisty dzień dobiegał końca i w pierwszej napotkanej wsi pytamy o możliwość rozbicia namiotu. Gość wskazał miejsc obok drogi. Gdy już mamy rozbity namiot nadjeżdża "przypadkowy" patrol policji. Od razu skądś zlatują się ludzie. Wielka sensacja we wsi. Jedno co chyba umiał po angielsku to "go". Drugi cywil z radiowozu od razu robi nam zdjęcia. Błyskawicznie likwidujemy obozowisko. Zapadały ciemności. Damian jedzie z czołówka na głowie a Krzysiek z tylu z czerwonym pulsującym światłem. Radiowóz na awaryjnych za nami. Jechali za nami może 15 km do następnego miasteczka. Przy kolejnym komisariacie się zatrzymujemy. Pytamy policje o hotel. To im wystarcza. W odpowiedzi słyszę "eleven" i wskazanie ręki zgodne z kierunkiem naszej jazdy. Już bez "opieki" ruszamy w mglistą, czarną dal. Wkrótce jednak naszą drogę oświetlają błyskawice zbliżającej się burzy. Niebawem tez leje. Teren wkoło w żaden sposób nie nadawał się do biwaku. Zalane pola ryżowe, śmieci, fetor. Gdy już byliśmy pełni czarnych myśli przedziwnym zbiegiem okoliczności ukazuje się jakiś sklepik gdzie młody Chińczyk właśnie go zamykał. Było tu jednak zadaszenie i beton. Pozwala nam spać przed sklepem. Na szczęście już nie niepokojeni przez nikogo doczekaliśmy świtu.

Następny szary, dżdżysty ranek. Wkrótce leje. Droga 209 na mapach zaznaczona jako główna jak do tej pory posiadała nie złą nawierzchnię. Przy okazji warto podkreślić że kierowcy jeżdżą tu wolniej a rowerzystów wyprzedzają z dużą rezerwą. Czasem zdarza się że droga nie posiada nawierzchni. Dziury, kamienie, błoto. Docieramy do Huihua. Kolejne okropne miasto. Można rzec potworne. Znów rozkopane, bez ładu, szare. Tu zjadamy jednak chyba pierwszy dobry "obiad" składający się głownie z ryżu. Bierzemy też gotowy ryż ze sobą. Szukając czasem wyjazdu z miasta kierujemy się ciągle na N. Wkrótce też wjeżdżamy w typowy teren górski. Nasza 209 nagle skręca. Nie jesteśmy jednak pewni czy podążamy właściwą drogą. Bo nie było w ogóle nawierzchni. Taki szlak off-roadowy. Aut mało. Jednak po około 8 km męczarni nawierzchnia się poprawia a słupek z napisem "209" utwierdza nas w pewności. Jedziemy ładną dolina, tylko nieliczne stare wioski. Ruch całkowicie zamarł. Raz na godzinę coś nas mija. Wieczorem zatrzymujemy się w domu "na rzece". Śpimy w pomieszczeniu gospodarczym poczęstowani przez Chińczyków ryżem i przyprawami. Nareszcie mogliśmy odespać spokojnie poprzednie trudy.

Rano zegnamy się z sympatycznym chińskim małżeństwem obserwując jeszcze jak gospodarz na bambusowym drągu niósł 2 duże wiadra wody z studni oddalonej o jakieś 200 m. Nadal pusta drogą śmigamy w stronę Jishou. Niebawem też zaczyna lać. Znów te brzydkie miasta i dziurawa droga. Jak oni to wszystko budują. Widzimy jak kobiety boso na bambusowych drągach noszą po 2 wiadra zaprawy murarskiej Nie wiem czy dali byśmy rady coś takiego unieś. Kobiety murują, pracują na budowach, opiekują się dziećmi. Jedyna analogia jaka się nasuwa to praca mrówek. Prymitywne metody pracy, bambusowe rusztowania, obrabianie pól za pomocą wołów. Z drugiej strony wspaniale autostrady, niesamowite budowle. My jednak jesteśmy przybici tą atmosferą w przenośni i dosłownie. Na noc zatrzymujemy się w hotelu (30 zl) bo już nie było innego wyjścia. Trochę przychodzimy do siebie.

Czy w Chinach świeci słońce? W mżawce pokonujemy kolejne kilometry na północ. W drugiej części dnia się rozjaśnia. Fatalna droga. Mamy problemy z wybraniem pieniędzy bo nie ma banku a jak był to nie akceptował karty. Udaje się ta sztuka w Baoing. Kilkanaiście kilometrów za miastem śpimy w domu w łóżku. Chińczycy zaprosili nas na kolacje. Ciepły prysznic znakomicie nas nastawił do Chin.

Nareszcie słońce. Kolejny dzień przemierzamy wapienne góry prowincji Hunan. Niektóre masywy mogą mieć z 1000 m miąższości. Wątpimy by tknęła je stopa grotołaza. Czasem jakieś jaskinie czernieją w białych ścianach. Od Jishou do Baoing teren jest typowo krasowy. Jest tu jednak dużo kamieniołomów i cementowni. A rzeki są zanieczyszczone. Droga też przebija się przez kilka tuneli co czasem dla nas jest stresem. W jednym z miasteczek Krzysiek wywraca się na śliskiej jezdni ale bez większych konsekwencji. Ciekawym zdarzeniem było tez zatrzymanie nas przez 2 dziewczyny które wysiadły ze swojego pojazdu by zrobić sobie z nami zdjęcie. Na koniec dnia zaliczamy solidny podjazd. Na przełęczy na jednym z starych tarasów rozbijamy namiot i spędzamy spokojną noc.

Kontynuując dalszą jazdę to w gorę to w dół zbliżamy się do Enshi. Tereny nadal z przewagą wapienia. Tego też dnia bardzo niebezpieczne zdarzenie. Staliśmy obaj na poboczu drogi gdy nagle samochód przejechał tak blisko ze urwał Krzyskowi sakwę. Facet zatrzymał się zaraz przyszedł upewnić się co się stało. Na szczęście obeszło się tylko na strachu. Gość składał ręce jak do modlitwy i sie kłaniał. Był przerażony nie bardziej niż my. Dało nam to jednak sporo do myślenia. Kilka cm więcej i wolimy nie myśleć. Na noc znów znajdujemy miejsce w łożysku wyschniętego strumienia przez nikogo niewidoczne.

Nazajutrz pogoda się poprawia. Docieramy do dużego Enshi gdzie w samym centrum znajdujemy taniutki hostel a nieopodal internet.

CHINY: Tiankeng Xiaozhai i inne ciekawostki

30 03 - 1 04 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Po opuszczeniu Enshi kierujemy się na północ w stronę rzeki Jangcy. Do pokonania dość wysokie pasma górskie. Pierwszym celem jest jednak dotarcie do Tiankengu Xiaozhai. To monstrualna dziura w ziemi o głębokości ponad 600 m. Droga jednak wiedzie mocno w gorę. Każdy kilometr wydaje się trwać wieki. Wszędzie dookoła potężne, wapienne pasma górskie. Tu są wspaniale tereny do eksploracji jaskiniowej. Co pewien czas w ścianach skalnych widnieją czarne otwory. Czy zbadane. Wątpimy. Po długim podjeździe kapitalny zjazd. Za tunelem (pokonywanie długich tunelów zawsze jest dla nas stresem) osiągamy Xinlong. Tu wg opisów jest już blisko do naszego celu. Dzień jednak miał się ku końcowi a z noclegiem było krucho. Dosłownie w przedostatniej chacie na rubieżach Xinlong załatwiamy kapitalny nocleg. Śpimy w łóżku. Rodzina zajmowała się wyrobem miejscowego bimbru. Nawet pokazali nam swoją „Kanę Galilejską”. Wspaniali ludzie.

Po wygodnym noclegu raźno ruszamy do pobliskiej wioski Huangjiaping. Po drodze natrafiamy na potężną jeżeli chodzi o kubaturę jaskinię przy samej drodze. Damian idzie do końca przestronnego korytarza ok 800. Potem korytarze robią się mniejsze. Szerokość korytarza wahała się na ok. 50 - 70 m a wys. ok 20 m. W Huangjiaping w małym "hoteliku" załatwiamy sobie nocleg (13 zl). Zostawiamy tez bagaż i tylko na rowerach ruszamy niespełna 2 km do owego tiankengu. Słowo tiankeng jest synonimem leja czy tez studni krasowej o potężnych rozmiarach. Obawialiśmy się ze będzie trudno trafić do celu lecz Chińczycy już zdołali zagospodarować otoczenie dla potrzeb turystycznych. Nawet trzeba uiścić opłatę (25 zl). Rowery zostawiamy przy kasie. Ludzi tu niewiele i większość podąża tylko na taras położony jakieś 200 m niżej. W dół studni prowadzą schody, czasem strome, wykute w skalnej ścianie lub po stromym zboczu. Lufa jest niesamowita. Krzysiek naliczył 2715 schodów. Na dole płynie rzeka. Wypływa z jednej czeluści następnie przepływa dnem studni i wpada do drugiej "bramy" obok. Osiągamy dno. Jest to najłatwiejsza osiągnięta przez nas deniwelacja -630 m ale można się trochę zapocić. Z dołu wrażenie jest nie do opisania. Potężne pokłady wapienia otaczają nas ze wszystkich stron. Tiankeng ten powstał przez rozpuszczanie wapienia i w efekcie zapniecie się stropu na podziemnej rzece. Rzeka ta płynie kilkanaście km od ponoru powyżej Huangjiaping do wywierzyska w okolicach Jingzhu. Najlepiej zobaczyć zdjęcia. To największy tego typu tiankeng na świecie. Wyjście do góry po schodkach pozwala ekscytować się każdym szczegółem zamkniętej w skalach prehistorii procesów geologicznych.

Następny dzień to bardzoooooo długi zjazd do dolin opadających do rzeki Jangcy. Ok 40 km trasy o profilu opadającym więcej lub mniej w dół. Trasa wiedzie do głębokiego wąwozu a właściwie kanionu o niemal pionowych, wapiennych ścianach. Jeżeli tu są jaskinie to mogą mieć znaczne głębokości. W dole płynie wartko Jimpan River. W miejscowości Fengjie osiągamy most na rzece Jangcy. To już prowincja Chongoing. Mętna Jangcy po zbudowaniu tamy Trzech Przełomów nie wydaje nam się ciekawym obiektem do rejsu statkiem. Decydujemy się wiec jechać dalej na północ w stronę Xi'an.

CHINY: Na polnoc od Jangcy

01 04 - 06 04 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Zostawiamy powoli za sobą dolinę Jangcy z jej mętnymi wodami i chaotyczną zabudową miast. Zostawiamy powoli gdyż droga z doliny pięła się setkami zakrętów w kolejny górski masyw. Blade słońce, blada mgiełka i szarawy krajobraz. Jadąc kilka godzin w górę ciągle widzimy dolinę Jangcy. Trochę to frustruje ale co zrobić. Najbliższym celem jest Wuxi do którego wg naszej mapy ma być 29 km. Faktycznie jest niemal 100. Mapa, którą posiadaliśmy (skala 1:2 000 000) musi być niezbyt dokładana ale odległości mogli podać solidniej. 4 razy przekłamanie było na naszą niekorzyść a 1 raz na nasza korzyść. Przekłąmania te sięgają jednak więcej jak 100% wiec burzy to czasem nasze kalkulacje i plany. W jednej z wiosek w pobliżu chatki dostajemy pozwolenie na rozbicie namiotu, tuż obok kilku grobowców. Jak Krzysiek tłumaczył gospodarzowi o co nam chodzi (położył się na trawie) to gość położył się obok niego. Jak rozbiliśmy namiot to przychodzi nas oglądać kilkanaście osób z pobliskich chat. Patrzą na namiot, jak jemy, jakie mamy rowery. Wszyscy zwyczajowo charkają i plują. To akurat jest pikuś w porównaniu z "dogadaniem" się. Denerwuje nas że jak widzą iż nie potrafimy ich zrozumieć to piszą to "krzaczkami" na kartce i dają nam do czytania. Liczby na palcach podają w inny sposób niż my. Widząc że ich nie rozumiemy dalej mówią do nas tyle, że głośniej. Co by jednak nie powiedzieć są z reguły bardzo uczynni, gościnni ponad miarę. Tak wiec noc upływa spokojnie choć później padał deszcz.

Ranek mokry. Dalej setkami zakrętów, podjazdów, zjazdów docieramy do dużego Wuxi. Tu zatrzymuje nas patrol policji (mówią dobrze po angielsku) w celu sprawdzenia naszych wiz. Z tego miasta wjeżdżamy do kolejnego wąwozu o stromych wapiennych ścianach pełnych jaskiń a niżej wykutych sztolni, którego dnem płynęła rzeka. W jednej z takich opuszczonych sztolni zostajemy na noc.

Kolejny dzien i kolejny podjazd. Już policjanci w Wuxi ostrzegali nas przed potężnym podjazdem. Gdy na rozstaju dróg (nazwy miast uczyliśmy się z mapy zapamiętując szczegóły poszczególnych "krzaczków") zatrzymaliśmy się do wytyczania dalszego kierunku nagle podjeżdża facet truckiem i zapraszającym gestem pokazuje na pustą pakę. Jedzie na drugą stronę przełęczy (góry Daba Shan) zgodnie z naszym kierunkiem. Długo nie myślimy. Wkrótce tez siedzimy w szoferce dziękując opatrzności za takie zrządzenie losu. 25 km non stop stromo w gore. Przez gościa zaoszczędziliśmy co najmniej pół dnia podjazdu. Na przełęczy Chińczyk prowadzi nas do miejsca gdzie rzekomo znajdował się środek historycznego państwa chińskiego. Zjeżdżamy razem do Zhemping. To już prowincja Shanxi. Z tego miasta już na rowerach za radą naszego "zbawiciela" jedziemy inną drogą do Pingli. Okazało się to dobrym posunięciem. Noc spędzamy w "hoteliku" (13 zl) gdyż nie było innej możliwości noclegu. Tak w ogole to przynajmniej w tej części Chin jest bardzo trudno znaleźć miejsce na biwak. Wszędzie znajdują się albo tarasy albo zabudowania. Trzeba wiec biwakować w pobliżu domów a w miastach zostają tylko "hotele". Na szczęście są tanie.

Dalsza droga najpierw w gore a potem przez prawie 30 km bardziej lub mniej w dół sprowadza nas do Pingli. Stąd na zachód znów przez monotonny teren w szerokiej dolinie. W dodatku się rozpadało. W jednej z małych miejscowości rozbijamy namiot przy domu gdzie były same dziewczyny. Na szczęście w szkole maja angielski wiec jakoś się dogadujemy. Cala noc leje.

Dalej leje. Dziewczyny zapraszają nas na chińskie śniadanie składające się z ryżu z dodatkami. Było to akurat dobre. Ciągle w deszczu osiągamy Ankang. Droga na zachód to ciągle większe lub mniejsze miejscowości. Po 108 km zatrzymujemy się za Hanyin w małym miasteczku gdzie u fryzjera znajduje się pokój gościnny. Doprowadza nas tu dziewczyna, która jak się okazało była w miejscowej szkole nauczycielka angielskiego. Co za traf. Pomaga nam wszystko załatwić. Za 15 zl na łeba mamy strzyżenie, golenie, mycie włosów i nocleg. Siedząc już przy kolacji nagle do naszego pokoju zapukała policja. Sprawdzają paszporty i wizy. Każą nam jechać z nimi na komisariat. Radiowozem wiec dojeżdżamy na szczęście nie daleko do budynku policji. Oczywiście w żaden sposób nie możemy ich zrozumieć. Z pomocą przychodzi owa "Angielka". Tłumaczy nam ze to rutynowe postępowanie. Po wnikliwych oględzinach naszych dokumentów, otrzymujemy je spowrotem i możemy spokojnie odejść i wrócić do naszej kolacji.

Robimy tu dzień restu, reperując rowery i trochę siebie.

UWAGI DOT. EWENTUALNEJ EKSPLORACJI

M.in. celem naszego wyjazdu do Chin jest rozpoznanie terenu pod względem eksploracji jaskiniowej. Kraj ten posiada rozlegle tereny gdzie potencjalnie istnieć mogą głębokie jaskinie. To co zaobserwowaliśmy:

Teren: Na północ od Jishou aż do Pingli szczególnie zaś miedzy Enshi a Wuxi znajduje się obszar wapiennych gór o dużych deniwelacjach miedzy partiami szczytowymi a dnem rzecznych dolin. Wg naszych szacunków to różnica grubo ponad 1000 m. Często warstwy wapienia ukształtowane pionowo. W ścianach skalnych wiele widocznych otworów. Wątpliwe by zbadanych.

Możliwości: W dolinach i w wszystkich nadających się do egzystencji miejscach znajdują się wioski, miasta, tarasy z uprawami lub cmentarze. Dosłownie wszędzie. Dopóki góra nie jest tak stroma by po niej iść jest zagospodarowana. Nie ma żadnych ścieżek czy szlaków w naszym rozumieniu. Człowiek bardzo ingeruje w środowisko.

Ludzie: Jak wszędzie na świecie tacy i tacy. Tu jednak istnieje potężna bariera w komunikacji. Miejscowi mogą znać położenie otworów ale jak im to wytłumaczyć. Bez tłumacza chińskiego chyba lepiej nie brać się tu za robotę. My od opuszczenia Guilin nie spotkaliśmy żadnego białego.

Organizacje: Przypadkowo w Guilin widzieliśmy budynek instytutu krasu. To jednak kraj gdzie jaskinie wykorzystuje się głownie do odprowadzania wody, ścieków, śmietniki. Kilka razy w kamieniołomach widzieliśmy jaskinie. Wątpliwe by ktoś się tym przejmował. Biorąc się za organizacje ewentualnej wyprawy najlepiej mieć poparcie jakiejś organizacji. Po prostu wyprawa nie pasowała by do krajobrazu.

Jedzenie: W dużych miastach można jeszcze cos kupić. W małych dla białego z Europy a zwłaszcza z Polski jest już gorzej. Najbardziej dotkliwy jest brak chleba. Trudno kupić dobre konserwy.

Transport: Oczywiście najlepiej posiadać własny środek lokomocji. Kursują autobusy, pociągi itd. ale nie wyobrażalne jest transportowanie większej ilości sprzętu takim transportem.

CHINY: Do Xi'an i dalej

07 04 - 13 04 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Po drugim noclegu w "hotelu fryzjerskim" ruszamy w dalsza drogę tym razem przy nieśmiało święcącym słońcu. Za Siquan droga skręca raptownie na N-E w wysokie pasmo górskie. Znów się wznosimy coraz wyżej. Teren jednak jest trochę dzikszy. Obszar wciąż krasowy. Widzimy kilka dużych otworów jaskiń. Potem przeważają skały krystaliczne. Mniej ingerencji człowieka w środowisko. Nawet w miarę czysta woda w rzece. Wioski z mniejszą ilością śmieci i jakoś tak spokojnie. W jednej z wiosek pytamy o rozbicie namiotu. Udaje nam się go rozbić na małym podwórku w pobliżu zagrody dla świń. Miejsce było bardzo spokojne i dobrze się spało.

W Chinach plusem wędrowania jest możliwość kupienia żywności (słaby wybór ale jest) w wszędobylskich "sklepach" oraz 'barach" przydrożnych. Oczywiście w takiej UE bary te nie miały by racji bytu m. in. z powodu przepisów sanitarnych i innych głupot. Tu zawsze można kupić ryż lub zupę z makaronem w rożny sposób przyprawione. Po za tym jest zawsze duży termos z gorącą wodą. Korzystamy przy zalewaniu kawy czy herbaty. Bardzo mało sami gotujemy chyba że śpimy na dziko. Ceny posiłków są podobne do polskich w tych barach taniej (zupa ok. 2 zl, ryz z dodatkami 4 - 8 zl). Bardziej opłaca się cos zjeść w barze niż marnować kasę na gotowanie na benzynie. Nawet śpiąc w pobliżu zabudowań w najgorszym wypadku zawsze dostawaliśmy wrzątek. Tak było i tym razem. Po śniadaniu ruszamy w 25 km podjazdu. Teren ciekawy a na drodze w zasadzie ruch nie istnieje. Po kilku godzinach osiągamy przełęcz na wys. 2300 m. Jest bardzo zimno. Ubieramy się wiec stosownie do długiego zjazdu. Znów plus minus te 25 km w dół do drugiej doliny i historia się powtarza. Po drodze jednak śpimy za rzeką (trzeba było przejść po rozlatującym się wiszącym moście). Za dużym głazem rozbijamy namiot i jak zwykle odwiedzają nas pobliscy mieszkańcy by zobaczyć białych dziwaków. Jeden facet (chyba był trochę upośledzony) długo z nami "rozmawia". Widząc że nie bardzo rozumiemy pisze nam "krzaczki" na kartce. Krzysiek pokazuje mu naszą książeczkę obrazkową. To był błąd. Gość kartka po kartce przegląda i zgaduje co jest na obrazku. Cieszy się jak dziecko jak to potwierdzamy. Najbardziej nas jednak rozbawił gdy doszedł na stronę z sprzętem do nurkowania. Płetwy skojarzyły mu się z kopaczkami. Chwalił się że takim sprzętem pracuje. Gdy widział wspinacza na skale pokazał na nas myśląc że wspinacz leży na ziemi a my tez będziemy leżeć w namiocie. Gdy odszedł odetchnęliśmy z ulga. Odwiedził nas jeszcze w późno w nocy z latarką ale udawaliśmy że śpimy wiec odszedł.

Następny ranek i następny podjazd. Znowu ok. 30 km ostro w gorę. Może pól dnia zajmuje podjazd przez najwyższą przełęcz gor Qin Ling (2700). Na przełęczy płaty świeżego śniegu. Wieje lodowaty wiatr. Ubieramy niemal wszystkie ciuchy. Pędzimy w dół do dolin i wąwozów osiągając powoli kotlinę w której leży ogromne Xi'an. Ten odcinek drogi można zaliczyć do ciekawszych pod względem różnorodności krajobrazu. Nie był tak zdewastowany przez "industrializacje" jak inne części tego kraju. Im niżej tym cieplej. Wkrótce znów jedziemy w letnim ubiorze. Góry też nagle znikają za nami a my wjeżdżamy w charakterystyczny do wielkich aglomeracji obszar zabudowy. Tu w tanim hoteliku spędzamy noc by nie wpakować się wieczorem w centrum.

Po kalkulacjach i analizach naszych planów doszliśmy wspólnie do wniosku ze nie mamy dużych szans w ramach ważności wiz dotrzeć do granicy z Kazachstanem jadąc górskim terenem na rowerach. Musimy znów skorzystać z publicznej komunikacji. Dodatkowy powód to rozległość aglomeracji Xi'an. Cala kotlina jest zajęta przez rożnego typu zabudowania, przemysł itp. Wydostać się stad to też strata czasu.

Tak wiec przygotowani mentalnie na dalsze wydarzenia osiągamy przed południem mury legendarnego Xi'an. To tu zaczynał się lub kończył Jedwabny Szlak wiodący tysiącami kilometrów do Azji Środkowej i dalekiej Europy. Setki lat zjeżdżały się tu karawany z rożnych stron Azji i nie tylko. Miasto miało swoje lata świetności a istnieje już tych lat 3000. Mury otaczające miasto nadal stoją choć ich rola z obronnej zmieniła się w turystyczną. Jest tu kilka szacownych budowli ale to można poczytać lub wybrać się na wycieczkę zorganizowaną. Spodziewaliśmy się spotkać tu białych ale nic z tego. Prawie miesiąc nie widzieliśmy żadnego. My natomiast niczym amanci filmowi musimy się co rusz fotografować z rożnymi ludźmi bo to okazja zrobić sobie zdjęcie z tak odmiennym i egzotycznym człowiekiem. Zwłaszcza dziewczyny chcą mieć pamiątki. Czasem jest to już męczące.

Próbowaliśmy kupić bilet kolejowy do Hami (to już prowincja Xinyang). To co dzieje się na stacji jakoś mi trudno opisać (w skrócie jeden wielki harmider w wydaniu chińskim). Wszystko napisane po chińsku. Przypadkowo zaczepia nas facet z słabą znajomością angielskiego i widząc naszą nieporadność proponuje załatwienie biletu na autobus. Był to strzał w "10". Kupujemy bilet na następny dzień a popołudnie spędzamy na zwiedzaniu Xi'an. Dużym ciosem była utrata 2 kluczowych map. Straciliśmy je przy kupowaniu biletów. Noc spędzamy niestety znów w hotelu (35 zl).

Nasz przejazd z Xi'an do Hami to temat na dłuższe opowiadanie ale zamkniemy się tylko w kilku zdaniach.

Tak wiec bojąc się czy nas nie oszukano udajemy się o wyznaczonej godzinie (12.00) na dworzec skąd rzekomo autobus miał odjechać o 16.30. 3 godziny wcześniej istotnie podstawiono mały autobus i bez większych problemów (odkręciliśmy tylko pedały i wyjęliśmy koła) wstawiliśmy bagaż do luku. W autobusie siedzieliśmy 3 godziny (działała klima). Przed planowanym odjazdem doszło do jakiś przepychanek bo nie zgadzała się liczba pasażerów. Jak spóźniony ruszył to w korku staliśmy może pól godziny a potem dojechaliśmy do właściwego dworca gdzie trzeba było przesiądź się do większego autobusu. To się też udało. Po może 2 godzinnym wyjeżdżaniu z centrum na stacji benzynowej okazało się że autobus jest zepsuty i trzeba było się przesiądź znowu do innego autobusu. Potem już jechaliśmy 28 godzin. Oczywiście jako jedyni biali. Plucie i charkanie w autobusie na podłogę to rzecz tak normalna jak oddychanie. Trzeba tylko trochę uważać by nie zostać przypadkowo trafionym. Taka jazda to tez ciekawe przeżycie. Co by nie powiedzieć o Chinach autostrady mają świetne. Przejechaliśmy setki kilometrów w tunelach i wysokich wiaduktach. Byliśmy pełni podziwu do tego co zrobili. To obecny Jedwabny Szlak. Step jest przeorany w rożnych konfiguracjach. Tysiące słupów energetycznych, wiatraków, masztów i innych budowli przemysłowych szpecą krajobraz. W końcu tez osiągamy wyżynny obszar z północy i z południa zamknięty wysokimi górami (ponad 5000 m i pokrytymi śniegiem). Dalsza droga wiedzie przez bardziej lub mniej rozległy step. Wiele kilometrów jedziemy wzdłuż pozostałości wielkiego Chińskiego Muru. Mijamy obronne bastiony. Zatrzymując się co kilka godzin na przerwy przejeżdżamy całą prowincję Gansu i po ponad dobie już w nocy docieramy do Hami. Wysiadamy po ciemku przy jakiejś stacji benzynowej i tu w ustronnym miejscu za jakimiś gratami śpimy pod gołym niebem.

Do granicy zostało 1300 km. W Hami znajdujemy tani "hotelik" i tu spędzamy 2 dni na przygotowaniu do dalszej drogi rowerami przez pustynie. Jesteśmy też już w autonomicznej prowincji Xinjang. W mieście już wielu muzułmanów, głównie Ujgurów.

CHINY: Na Jedwabnym Szlaku

14 04 - 27 04 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Od Hami posuwamy się na zachód. Trudno z dostępem do Internetu. Praktycznie to niemożliwe dla obcokrajowców. Nie możemy wysłać maili. Ostatnie 12 dni obfitowało w wiele ciekawych i zmiennych zdarzeń. Od upałów żwirowo - piaskowych pustyń po śnieżyce wysokich płaskowyżów. W dodatku poważne usterki rowerów (pęknięta felga i opona, zatarte pedały), które zaburzyły nasze plany i kalkulacje. Szosą G217 przedarliśmy się przez przełęcz dobrze ponad 3000 m do doliny rzeki Kas. W górnych partiach wszystko w śniegach.. Nie możemy się zanadto śpieszyć bo wizy kazachskie zaczynają się 8 maja.

Jedwabny Szlak

Przedzierając się wzdłuż dawnego Jedwabnego Szlaku na zachód nie sądziliśmy ze czeka nas tyle "ciekawych" i ciekawych zdarzeń. Jak to nie pierwszy raz w tym kraju bywało cały wachlarz skrajnych odczuć. Tu raczej trudno o jakąś średnią. Komu sie chce poczytac wiecej to mniej wiecej tak to wygladalo:

Z Hami do Turphan (największa depresja Chin -154 m.) próbowaliśmy się przedostać drogą 312 wiodącą mniej więcej równolegle do autostrady G30. Zabraliśmy prowiantu na ok 3 dni i kilka litrów wody na głowę (brak tam miejscowości). Za Hami zaczyna się step przechodzący w żwirowo - piasczystą pustynię. Po może 37 km droga nagle kończy się na autostradzie gdzie rowerami nie wolno wjechać. Obok wiedzie jakaś piaszczysta droga którą próbujemy się przedrzeć dalej na zachód. Kilkanaście kilometrów brniemy w piachach co chwila zsiadając i wsiadając na rower. Jedna droga się kończy, inna zaczyna. Wszystkie kończą się nagle przy jakiś żwirowiskach, słupach energetycznych lub prowadzą do nikąd. Motamy się w tym pustkowiu (w środku była autostrada ale dla nas niedostępna). Przecież przed nami co najmniej 300 km takich fałszywych dróg. Upał się nasilał. Na północy widzimy jakieś jezioro, które przecież nie istniało na żadnej mapie. To zwykła fotomorgana. Po iluś tam próbach i nadziejach ze może ta akurat ścieżka wyprowadzi nas dalej na zachód przychodzimy po rozum do głowy. Musimy jechać alternatywna drogą S305 wiodącą północną stroną wysokich na ponad 4000 m gór. Tam nie ma ograniczeń dla rowerzystów. Z ciężkim sercem wracamy do Hami. Niemal 100 km na daremno. Opuszczamy wiec definitywnie Hami kierując się na północ na S305. Droga ciągle się wznosi w stronę ośnieżonych gór. 20 km na N od Hami na pustkowiu nieopodal drogi stała stara, gliniana warownia strzegąca niegdyś tego strategicznego traktu. Jedziemy ja zobaczyć. Były tu 2 wojskowe namioty i kilku pracowników remontujących obiekt. Możemy się tu zatrzymać na nocleg. Dają nam dobry posiłek i wodę.

Kolejny dzień to niemal nieprzerwany podjazd. 60 km ciągle w gorę, nie stromo ale w gorę. Droga skalistym wąwozem przełamuje się przez skaliste (piaskowce) góry wzdłuż bystrej rzeki. W drugiej części dnia osiągamy potężny stepowy płaskowyż ograniczony z północy i południa zaśnieżonymi górami o znacznych wysokościach. Jest coraz zimniej. Krzysiek stwierdza w swoim rowerze pękniętą felgę (tylnie koło) Pojawia się coraz więcej jurt a miejscowi to głownie Ujgurzy. Choć nie znamy chińskiego to z słuchania można wywnioskować że mówią innym językiem niż mandaryński. W drugiej części dnia (to setny dzień naszej wędrówki) zdajmy obiad za 100 Y. Za małym miasteczkiem zatrzymujemy się na nocleg w gospodarstwie Ujgurów. Gospodarz zaprasza nas do spania w łóżkach w pokoju. Po kilkunastu minutach gdy wymienialiśmy łańcuchy zjawia się nagle policja i nakazuje nam powrót do "miasteczka". Kontrola i zdjęcia dokumentów, gdzieś dzwonią. W końcu wskazują nam nie złe miejsce na rozbicie namiotu obok stacji wyciągu krzesełkowego. Przynoszą nam nawet jedzenie. Noc zimna.

Rano odmeldowujemy się na posterunku policji i ruszamy dalej na zachód. Step tu jeszcze zagospodarowany, często rozkopany, jakieś gospodarstwa rolne, gliniane chatki, wielu konnych pasterzy z stadami owiec, bydła lub nawet wielbłądów. Po ok. 60 km docieramy do miasteczka na stepie gdzie w tanim hoteliku załatwiamy nocleg. W miejscowej internet cafe odmawiają nam dostępu do neta. Zaopatrujemy się w żywność.

Tak na marginesie to biwakowanie jest tu dla nas monstrualnym problemem. Miejscowi widocznie nie mogą przyjmować obcych. Jest tez chyba zakaz używania neta przez obcych. W hotelach można spać ale tylko w tych wyznaczonych. Ciężko nam to wszystko zrozumieć wiec cały czas mamy jakieś obawy. Biwakowanie na dziko wchodzi w grę tylko jak nikt nie widzi. Ale jak to zrobić na stepie gdzie widać na dziesiątki kilometrów lub przy polach gdzie ciągle ktoś chodzi, pracuje, mieszka. U ludzi również trudno. To wszystko jest dla nas dużym obciążeniem psychicznym. Czujemy się ciągle obserwowani, śledzeni. Ale cóż można zrobić, jakoś musimy tu przetrwać. Po za tym nocleg w tanim hotelu pozwala na wzięcie ciepłego prysznicu, upranie rzeczy i spokojniejszego wypoczynku. Jesteśmy wiec czasem wręcz skazani na takie noclegi.

Dzień zapowiadał się pochmurny. Następne "miasto" znajdowało się ponad 85 km dalej. Na tym odcinku nie było nic oprócz drogi i otwartego stepu. Bezmiar przestrzeni, szare, groźne niebo, sporadyczny ruch trochę deprymująco wpływało na nasze nastroje. Łykamy jednak kolejne kilometry pustki by jak najszybciej przebyć tą białą plamę na mapie. Po 3 godzinach stało się najgorsze czego można się było spodziewać na stepie. Najpierw deszcz. Potem silny boczno-przedni wiatr i śnieżyca. Zakutani w niemal wszystkie nasze ubrania walczymy z przeciwnościami jak tylko idzie. Ręce mamy zmarznięte że nawet zrobienie zdjęcia nie za bardzo wchodzi w grę. Śnieżna krupa sypała niemal poziomo a silny wiatr potęgował uczucie zimna. Nasze stopy wkrótce oklejają się skorupami lodu. Przed nami jeszcze dobre 50 km niczego. Nie ma się gdzie schronić. Jedyna stara warownia została daleko za nami. Jak okiem sięgnąć tylko pustka. Nagle Krzysiek stwierdza rozwaloną już bardziej felgę. Schodzimy z rowerów. Dalej jechać nie można bo za chwilę strzeli felga razem z dętka. Najbliższym miejscem gdzie można kupić felgę jest oddalone o ponad 400 km Urmuczi. Sytuacja beznadziejna. Ale to co dalej nastąpiło jest happy endem jak z cudownej bajki. Widząc co się dzieje Damian zatrzymuje nadjeżdżającego (o dziwo, samochody jeżdżą tu nader rzadko) traka. Trzeba dostać się do Urumczi obojętnie w jaki sposób. Co się okazuje. Faceci jadą (było ich 3) do Urumczi. Pakujemy się jak dwie bryły lodu do cieplej szoferki a rowery lądują na pace. Co za szczęście. Jadąc już dalej trackiem obserwujemy niemal bezludny, smagany wiatrami nawilżany śniegiem to deszczem teren. Na południu nadal wysokie i ośnieżone góry. Szczyty na które zapewne nikt nie wchodził, doliny które bez wartości dla działalności ludzkiej nikt nie odwiedzał. Brr. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy w tym 2 razy na posiłek. Późno w nocy dojeżdżamy do Changi (to takie przedmieścia Urumczi). Za radą naszych wybawicieli zostajemy w wypasionym hotelu gdzie ceny były równie odstraszające co pogoda na płaskowyżu. Facet jednak załatwia nam tam nocleg w zupełnie przystępnej cenie (35 zl). Trudno się dogadać wiec czasem jest wiele niedomówień. Jutro trzeba naprawić rower.

Następny dzień i następne niespodzianki. Facet który nas przywiózł (dorzuciliśmy się do paliwa) przychodzi rano do nas i każe jechać do sklepu rowerowego. Niespodziewanie po około 3 godzinach Krzysiek ma przeplecione koło z dobrą felgą a Damian wymienił pedały, które się zacierały. Zegnamy się już definitywnie z naszym dobroczyńcą (niestety nie wiemy jak się nazywał, chińskie imiona są dla nas nie do wymówienia) i na własną rękę pragniemy znaleźć tańszy jeszcze hotel. Niespodziewanie pomoc oferuje miła dziewczyna, która pracowała w sklepie rowerowym. Bierze swój rower, my podążamy za nią mknąc przez ruchliwe ulice miasta z ignorancją wszelkich przepisów. 10 km i nie można znaleźć konkretnego hotelu. Wkrótce dołącza przyjaciel tej dziewczyny. Koniec końców znajdują jakiś drogi hotel. Krzysiek idzie wybrać do banku pieniądze. Na domiar złego wciągło mu kartę Visa a urzędnik nie chciał jej wydać bez podania numeru karty, którego Krzysiek nie potrafił znaleźć. W końcu jednak (też dzięki tej Chince) udało się odzyskać kartę a my hotel mieliśmy za darmo. Nie wiemy dlaczego ale dziewczyna powiedziała że nic nie płacimy (mówiła nawet dobrze po angielsku). Byliśmy im bardzo wdzięczni za tak nieocenioną pomoc. Wkrótce się żegnamy.

Nareszcie słonce na niebie. Z ulgą opuszczamy aglomerację Urumczi kierując się na zachód. Wkrótce też nienaganna nawierzchnia G312 nagle się kończy, dalej trwa budowa drogi. Znów w pyle jedziemy budowaną drogą do miejsca gdzie dalej się nie dało. Robotnicy kierują nas na właściwy kierunek jakąś boczną drogą. Przez Jinghzi przedzieramy się ciągle w kurzu. Potem lepiej. Przed Manas zacierają się "nowe" pedały w rowerze u Damiana. Zmieniamy je na stare. Trochę dalej kolejna opona Shwalbe Maraton w rowerze Damiana pęka na bocznym kordzie. Zmieniamy ja na zapasową brazylijską. W Manas kwaterujemy się w podrzędnym hotelu. Przypadkowo spotykamy w mieście Kazacha, który dobrze mówił po rosyjsku wiec bez problemu załatwiamy sklep rowerowy (kupujemy oponę) a także internet (nam odmówili ale Kazach załogował się swoją kartą i mogliśmy wysłać pocztę). Cały dzień spędzamy w Manas i dopiero nazajutrz ruszamy dalej.

Dość monotonną drogą S115 docieramy do Dushanzi. Najpierw obok jakichś hut wśród nieciekawych budowli dojeżdżamy do szerokiej drogi a nią do zupełnie innego niż otoczenie miasta Dushanshi. Miasto jest piękne, nowoczesne i czyste. Młody człowiek zaprowadza nas do taniego hotelu ale tu nas nie przyjmą (obcokrajowcy). Pokazuje tez warsztat gdzie Damian od ręki wymienia pedały. Poprzednie wytrzymały zaledwie 200 km). Wkrótce też znajduje nas policja. Znowu na komisariat. Skrupulatna kontrola dokumentów. Dokładnie musimy tłumaczyć w jaki sposób przemierzamy Chiny i gdzie chcemy jeszcze jechać. Autostradą nie można więc musimy znowu przedrzeć się przez góry drogą 217. Potem idą nam pokazać hotel w którym możemy spać. W asyście kilku funkcjonariuszy podchodzimy pod wypasiony hotel gdzie jednak cen nie mrzemy zaakceptować. Gdzieś dzwonią, dają nam telefon w którym po angielsku słyszymy od babki że jeżeli chcemy tańszy hotel to musimy jechać do innego miasta. Cóż. Policja nas wypuszcza a my pospiesznie robiąc tylko niezbędne zakupy opuszczamy piękne Dushanzi kierując sie na południe. Za miastem od razu zaczyna się szeroki step z majaczącymi na południu wysokimi i białymi górami. Może po 5 km zatrzymujemy się przy 2 jurtach. Mieszkający (czy tez bardziej pracujący) tu Kazachowie przydzielają nam jedną jurtę w której spędzamy wygodnie noc.

Pogodny ranek zachęca do wysiłku. Dziękując gospodarzom za bezcenną gościnność ruszamy w drogę. Kazachowie odradzają nam ten kierunek pokazując na migi że droga jakoby jest nieprzejezdna. Nie mamy jednak wyjścia. Musimy spróbować. Spotykamy też 3 miejscowych bikerow podążających w naszym kierunku (dają nam snikersy). Zostawiamy ich wkrótce z tylu jadąc naszym tempem. Potem mijamy jakieś "pielgrzymki" głownie młodzieży podążającej pieszo do oddalonego o 25 km "miasteczka". Dziewczyny znowu robią sobie z nami zdjęcia. W "miasteczku" nie ma ani jednego sklepu. Znów "mówią" nam aby dalej nie jechać bo droga zablokowana. Nie można jednak zrozumieć co blokuje drogę. Tylko wymowne krzyżowanie palca i dłoni. Jedziemy dalej. Auta jeżdżą tu bardzo rzadko, jak już to ciężarówki do pobliskiego kamieniołomu. Windujemy się wysoko serpentynami. Droga w wielu miejscach zasypana opadającymi ze stromych zboczy kamieniami. Z dość wysokiej przełęczy ostry zjazd do następnej doliny gdzie zatrzymuje nas szlaban i posterunek policji. Tu jemy drogi posiłek a funkcjonariusz zezwala jechać nam dalej twierdząc ze droga OK. Tu tez jeszcze raz spotykamy owych bikerow. Jechali jednak tylko do kamienia z chińskimi znakami i zawracali. My jedziemy dalej na południe. Tu ruch w zasadzie nie istnieje. Droga w wielu miejscach mocno uszkodzona. Prowadzi skalnym wąwozem po wykutej polce w skalnej ścianie. W dole w kanionie rwie rzeka. Musimy się stresować jadąc pod skalnymi ścianami wiszącymi nad naszymi głowami. Na drodze pełno obsuniętych fragmentów skał. Ciągle w gorę i w górę. Wąwóz jest bardzo piękny, wciśnięty w niebosiężne góry, których szczyty pokryte są białymi czapami. Mija nas kilka dżipów. Jeden kierowca się zatrzymuje tłumacząc na migi byśmy wracali bo nie przejdziemy. Nie mamy jednak nic do stracenia, dla nas inna droga nie istniała. Chcemy dojechać do owej przeszkody i naocznie sprawdzić czy nie da się np. przenieś rowerów. Pojawia się coraz więcej płatów śniegu, przez które musimy przeprowadzać rowery. Doprawdy bardzo piękny i intrygujący trakt. Już u schyłku dnia nagle wyprzedza nas rozklekotana bagażówka z materiałami budowlanymi. Sądziliśmy że remontują drogę. Zatrzymali się tuz przed nami. Oczywiście zdjęcia z białymi to już tu obyczajowy kanon. Twierdzili ze można przejechać na drugą stronę do Czarmy (miejscowość w sąsiedniej dolinie) ale my nie byliśmy pewni czy dobrze rozumiemy. Nasza ciekawość była tak duża że postanawiamy zabrać się z nimi do góry i jak najszybciej zobaczyć gdzie droga się skończy. Jedzenia mieliśmy tylko na jeden posiłek. Wrzucamy wiec sprzęt na pakę i malej szoferce ściskamy się w 4 osoby. Dosłownie po kilku kilometrach stromych serpentyn zaczynają się śniegi. Droga na szerokość 2 kół jest jako tako przejezdna. Potem już po śniegu do tunelu za którym zaczynała się druga dolina. Widok nas zaskakuje. Tu po prostu panuje zima. Wszystko wkoło tonie w bieli. Buksując to po lodzie to po śniegu, jadąc w śnieżnym wąwozie tracimy wysokość. Na szczęście im niżej tym śniegu mniej. Dziesiątkami serpentyn tracimy wysokość uciekając z krainy śniegu i zimna. Niebawem wysiadamy bo droga się kończy a bagażówka skręca na jakąś budowę. Od razu zjeżdżamy do szerokiej trawiastej doliny gdzie w ostatnich poświatach zachodu rozbijamy namiot. Uff. Byliśmy z drugiej strony a to oznaczało możliwość jazdy dalej na zachód. Byliśmy bardzo zmęczeni. 90 km niemal nieustannego podjazdu, niesamowite krajobrazy, wrażenia, napięcie i niespodziewany transport przez przełęcz trochę nas wypompowały zarówno fizycznie jak i psychicznie. Noc spędzamy spokojnie. Jest tu bardzo zimno.

Słoneczny ranek, wspaniały krajobraz w biało - zielone barwy. Wkoło nas buszowały pieski ziemne (nie wiemy dokładnie jak zwierzaki się nazywają, przypominały trochę świstaki). Zjeżdżamy do malutkiej Czarmy, osady składającej się z kilku domów. Wszystko się budziło do życia. W miejscowej knajpce zjadamy drogi posiłek i robimy jeszcze droższe zakupy żywności. Drożyzna (ok 100%) w tym zapomnianym zakątku jest zrozumiała przeto jak najszybciej wskakujemy na rowery i zaczynającą się tu droga S315 łagodnie zjeżdżamy w dół. Szeroka dolina rozdziela dwa potężne pasma górskie, pokryte śniegami góry sięgające nawet 5000 m. Środkiem doliny płynie rzeka Kas, tocząc swe wody do Ile a ta do wciąż odległego jeziora Bałchasz w Kazachstanie. Jest tu naprawdę pięknie. Można by rzec że pierwszy raz w Chinach można fascynować się w miarę nie skażonym krajobrazem. Mija nas tu więcej konnych niż zmotoryzowanych. W malutkiej wiosce jemy chińską zupkę a za wioską w lesie nad rzeką biwakujemy w ładnym miejscu.

Zostało nam ok. 300 km do granicy wiec nie musimy się zanadto śpieszyć. Postanawiamy być dłużej na "łonie natury". Po 30 km zatrzymujemy się obok 2 jurt kazachskich jak się później okazało. Rozbijamy namiot nad potokiem (w pobliżu ludzie wyrzucali śmieci). Rodzina zaprasza nas na obiad a później kolację. Mąż kobiety która pozwoliła nam się tam rozbić dobrze mówił po rosyjsku. Często jeździł do Kazachstanu a zajmował sie pszczelarstwem. Posiłek jedliśmy siedząc na dywanach przy niskim stoliku. Bardzo sympatyczni ludzie. W nocy leje.

Następny dzień to tylko 10 km do "miasteczka" Tambla. "Hotel" za 15Y (ok 7 zl) na leb był okazją nie do pogardzenia. Kwaterujemy się, robimy zakupy żywności i odpoczywamy. Chcemy tu zostać 2 dni.

Rano idąc na zakupy zatrzymuje nas miejscowa policja. Znowu idziemy na komisariat. Tym razem siedzimy tam 3 godziny. Sprawdzają nasze dokumenty, fotografują, dzwonią gdzieś. Dają nam telefon gdzie kobieta po angielsku wypytuje o nasza drogę, cele itp. Okazuje się że nie możemy spać w byle jakim hotelu tylko w wyznaczonym przez władze. Po przesłuchaniu funkcjonariusze prowadzą nas do lepszego hotelu gdzie są tez droższe noclegi (30 zl). Opiekują się nami. Najważniejsze że zaprowadzili nas do cafe internet gdzie możemy coś napisać.

CHINY: Jedwabny Szlak - c. d.

28 04 - 04 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Zachodni Xinjang (czyt. Sindziang) i dolina rzeki Kas to teren zamieszkały głownie przez Kazachów. Oczywiście żyją tu również Ujgurzy i Chińczycy. Po ubiorach ludzi oraz wielu meczetach widać że teren zdominowany jest przez wyznawców islamu. Na wszystkich jednak ważniejszych budynkach powiewają flagi chińskie aby nie było żadnych wątpliwości kto sprawuje tu władzę. My od kilku dni tkwimy w owej dolinie zamkniętej od północy wysokimi pasmami gór Borhoro Shan a od południa potężnym pasmem Tien Shan (tu niektóre szczyty sięgają 6000 m, oddalone bardziej na południe). W pobliżu rzeki wierzchołki gór są jednak bardziej połogie i trawiaste a wszelkie wolne przestrzenie skrupulatnie wykorzystywane są na pastwisko lub pod uprawę. Jak w poprzedniej relacji wspominaliśmy posuwamy się bardzo wolno do granicy więc mamy czas wtopić się trochę w tutejsze życie. Bardzo ciekawe doświadczenie. Ręczymy że takich atrakcji i widoków żadne biuro turystyczne nie zapewni. Co znaczy żyć codziennym życiem w takiej zakurzonej (lub zabłoconej w czasie deszczów) Tembli, być w społeczności katolickiej w Mongosi, czy tez mieć wątpliwą przyjemność zwiedzania kolejnych napotkanych po drodze policyjnych komisariatów to wiemy chyba tylko my lub ci co podobne podróże podejmowali.

Kolejne dni wyglądały wiec następująco:

28 04

Leje od rana. Siedzimy długo w przydzielonym nam hotelowym pokoju. Tak sobie żartując i nucąc melodie z filmu "Stawka większa niż życie" nagle słyszymy stukanie do drzwi. Jak właśnie w tym scenariuszu nasi znajomi już policjanci przyszli troskliwie zapytać co słychać i zrobić kolejną sesję zdjęciową. Powoli dostajemy obsesji na tym tle. Po tej wizycie znów udajemy się do internet cafe a potem odwiedzamy znajome już sklepiki lub jadłodajnie. Już wiemy gdzieś co zjeść, gdzie najlepiej ominąć błoto, gdzie kupić najlepsze owoce. Wszyscy tez już nas tam znają. Patrzymy jak toczy się tu codzienne życie mieszkańców. Miejscowi sklepikarze siedzą niemal cały dzień przy swoich towarach, w knajpkach serwują niemal te same dania, ulice przemierzają konni i piesi podążając do swoich zajęć, w ulicznych warsztatach wykonywane są różne naprawy. Wszystko na jednej drodze-ulicy ściśniętej górami. Atmosferę zapomnienia i oddalenia dopełnia deszczowa szaruga.

29 04

Ranek nie zmienia sytuacji. Po zjedzeniu dobrych bułeczek z nadzieniem "u muslima" idziemy pożegnać się na komisariat. Nawet nie musimy wchodzić na piętro, czekali na dole. Chyba się cieszyli pozbywając się obcych. My również. Deszcz ciągle pada. Droga często rozkopana zamienia się w wielu miejscach w gliniaste bajora. Wkrótce też my i nasze rowery wyglądają adekwatnie do otaczającej scenerii. Tym razem na buty zakładamy worki foliowe co chroni je od brudu i przemoczenia. Po drodze musimy objechać sztuczne jezioro. Znowu serpentynami po trawiastych górach. Objazd jest długi bo jezioro wypełniło boczne doliny. Ciekawym incydentem była "ucieczka" 2 koni przed nami. Nagle pasące się gdzieś z boku na trawie konie rzuciły się cwałem do ucieczki drogą przed nami. Po kilkuset metrach jeden z nich upadł. Wyglądało to dość groźnie ale też spowodowało że konie uciekły na trawę obok drogi. Cieszymy się gdy wreszcie osiągamy właściwą drogę 315. Na stacji benzynowej kupujemy zupki chińskie i gdy już chcieliśmy je zalewać wodą dziewczyny obsługujące stację zapraszają nas na obiad na zaplecze. Dobry ryż, mięso, ziemniaki. Ach... Chiny są the best. Kilka kilometrów za stacją następna niespodzianka. Natrafiamy na pierwszy w Chinach kościół katolicki. Oczywiście idziemy go zobaczyć. Akurat trafiamy tam na kilku parafian i księdza wykonujących jakieś prace przy kościele. Krzysiek swoją obrazkową książeczką "rozmawia" z księdzem. Mamy załatwiony nocleg w salce przy kościele. Pomieszczenie schludne, co najważniejsze są łóżka a ksiądz nie chce słyszeć o żadnych śpiworach i przygotowuje pościel. Wieczorem msza po chińsku. To było tez ciekawe. Na mszy około 16 osób. Ostatni raz byliśmy w kościele w brazylijskiej Curytybie gdzieś 3 miesiące temu.

30 04

Pochmurno a prognozy nie ciekawe. Father Sun (tak nazywali ksiedza, on przedstawił się jako Jakobo) zaprasza po mszy na śniadanie (jedliśmy zresztą u niego wszystkie posiłki razem z ludźmi pracującymi na rzecz parafii). Wśród ludzi była dziewczyna mówiąca nieźle po angielsku. Przedstawiła sie jako Dzentin (wymowa fonetyczna), lekarka z Yning. Zaprosiła nas na cały dzień do swojego rodzinnego domu ok 3 km od kościoła. Autem razem z jej bratem jedziemy wiec na to ciekawe spotkanie. Poznajemy całą rodzinę. Przybyli tu w latach wielkiego głodu z Gansu. Dzięki Dzentin możemy dowiedzieć się więcej o jej pracy, rodzinie, życiu. Długo by można pisać. Kościół zbudowali miejscowi parafianie własnym sumptem. Okazało się że młodzi ludzie nie mają problemów z znalezieniem pracy po studiach. Praca może niezbyt dobrze płatna ale są zadowoleni. Potem jedziemy autem nad rzekę Kas, w której utopił się jej brat (pokazuje nam miejsce gdzie co roku ktoś się topi). Istotnie rwący nurt na pewno jest tu niebezpieczny. Wieczorem odwożą nas "do domu". W kościele msza.

1 05

Pada dalej. Ksiądz Jakobo wymownym gestem snu nakazuje nam jeszcze zostać. Jak fajnie pospać trochę dużej. W zasadzie cały dzień minął na odpoczynku i jedzeniu. Na nabożeństwie ludzie modlą się różaniec na półśpiewająco. Przypomina to nucenie jakiejś mantry.

2 05

Nareszcie nieśmiało wychodzi słońce. Po serdecznym pożegnaniu ruszamy w dalszą drogę do pobliskiej Nilki. Tu od razu dzięki pewnemu Kazachowi znajdujemy tani hostelik. Cena raczej adekwatna do standardu. Po podłodze biegały karaluchy. Właścicielka nie wiedzieć czemu meldowała nas dopiero późno w nocy. Noc nie była spokojna, ciągle jakieś gwary, stuki.

3 05

Bez sentymentów opuszczamy nasza noclegownię ruszając dalej na zachód. Dalej góry. Te dalsze pokryte płatami śniegu, bliżej porosłe trawą. Małe wioski lub pustkowia. Docieramy do miasteczka na drodze 218. Myślimy o hostelu w tym mieście. Krzysiek wpada na pomysł zapytania o taką możliwość w paszczy lawa. Policjant od raz wezwał posiłki. Jedziemy za nimi na komisariat. Znów cala procedura skrupulatnego sprawdzania, skanowania, fotografowania dokumentów. Sprawdzania w komputerach, telefonowania. Trwa to jednak tym razem nie zbyt długo. "You can't sleep here. You must go to Yining!" Rzadko policjanci znali tak angielski ale my cieszymy się że możemy wskoczyć na rowery i rwać do Yning. Tu procedury z hotelami się powtarzają. W tańszych hotelach nam odmawiają. Musi mieć licencje na zagranicznych. Pewien Kazach mówiący po rosyjsku pomaga nam dotrzeć do takiego hotelu. Wyglądał początkowo na bardzo drogi i taki też był cennik ale wkrótce okazało się ze nie ma tak źle. (35 zl/glowe w tym dostęp do internetu). Nie mamy zresztą innego wyjścia. Możemy nadrobić znów zaległości w sieci.

4 05

Siedzimy dalej w Yning. Trochę spacerujemy po mieście. Tu ogromna przewaga społeczności muzułmańskiej. Widać już inne rysy twarzy. Mężczyźni ubrani w swoje charakterystyczne (bardziej dla Turcji) czapki. Kobiety na modłę muzułmańską ale z gustem, czasem nawet dość prowokacyjnie. Dziarscy dziadkowie czasem grają na jakichś ludowych instrumentach. Wszystko to sprawia, ze czujemy się bardziej jak w kraju innego rejonu. Nad wszystkim czuwa oczywiście policja. Przechadzając się po bazarach dodatkowo można zobaczyć i poczuć a nawet skosztować miejscowej kuchni. Bardzo dobre pierożki nadziewane mięsem. Większy wybór jedzenia niż na wschodzie.

CHINY: epilog

28 04 - 04 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Huraaaa!!!!!!!!! Opuściliśmy Chiny.

Ostatnie 3 dni to przejazd z Yining do Khorgas i pobyt w tych miastach. Niespełna 100 km zajmuje nam dzien. Na południu dalej potężne i ośnieżone Tien Shan a na północy szczyty sięgające 4000 również pokryte śniegiem. Droga jest plaska i wiedzie szeroką płaszczyzną zamkniętą właśnie tymi dwoma pasmami. Miasteczek trochę więcej. W Khorgas w hotelu zatrzymujemy się na 2 dni by tam poczekać do 8 maja gdyż w tym dniu zaczynały nam się wizy kazachskie. Samo Khorgas nawet nie źle się prezentuje. Czuć tu już atmosferę granicznego miasta. Wiele napisów rosyjskich. W pokoju mieliśmy neta wiec uzupełniamy zalegle sprawy. W nerwowości oczekiwaliśmy na przekroczenie granicy z uwagi na te wszystkie numery z policja. Czort wie co oni tam na nas mieli. Przejście graniczne otwierane jest tylko na kilka godzin dziennie. W święta nieczynne. W kolejce kilkudziesięciu Kazachów (na ogół drobnych handlarzy) wreszcie docieramy do właściwych okienek. Nasze bagaże przeszły przez tunel do wykrywania niedozwolonych przedmiotów. Gdy po nerwowym wyczekiwaniu na analizowaniu danych z naszych paszportów przez granicznych funkcjonariuszy, stukania komputerowej klawiatury usłyszeliśmy trzask przybitych pieczątek w naszych paszportach poczuliśmy się naprawdę wolni.

Przed nami był Kazachstan.

Czas wiec na podsumowanie Chin.

Przejechaliśmy Chiny od Hongkongu do Khorgas. To prawie 6000 km. Z tego 3000 km rowerami a niemal drugie tyle innymi środkami lokomocji. Było to podyktowane głownie charakterem drogi. Mianowicie w wielu miejscach droga 312 przecinająca cały kraj wpada na autostradę na której jazda rowerem jest tu niedozwolona (po za tym co to za jazda rowerem po autostradzie). Jadąc drogami alternatywnymi musielibyśmy nadrobić wiele kilometrów a i to z uwagi na leżące wysoko w górach śniegi mogło nie być możliwe. Tak wiec odcinek Shenzhen - Guilin i Xi'an - Hami pokonaliśmy autobusem co na swój sposób też było interesujące. Raz jechaliśmy trakiem co było podyktowane poważnym defektem roweru (pęknięta felga) a raz zabrał nas przypadkowy kierowca tak sobie przez wysoką przełęcz na granicy prowincji Chonging i Sanxi. Same drogi są bardzo rożne. Liczba przejechanych kilometrów może nie wiele mówić. Bo jak tu porównać kilometry śmigane np. w Nowej Zelandii wręcz w idealnych warunkach do kilometrów chińskich. Często były to drogi dobre ale zdecydowana większość wiodła przez tereny górskie o dużych deniwelacjach. Wtedy nawet na zjazdach trudno odpocząć. W takich właśnie miejscach często są dziury lub zgoła brak utwardzonej nawierzchni. Często się zdarzało ze idealna droga nagle zmieniała się w szlak off-roadowy. Po deszczach brnęliśmy w błocie, w upale dusiliśmy się kurzem. Wszystko to powodować musiało ciągłe korekcje naszych dość ambitnych planów na realne sytuacje. W Chinach również pierwszeństwa udziela się pojazdom większym. Kilka razy mieliśmy groźne sytuacje choć trzeba przyznać ze tez nigdzie (nawet w Polsce) nie czuliśmy się tak bezpiecznie przy wyprzedzaniu przez inne pojazdy. Niemal zawsze zachowywali bardzo duży dystans. Samochody jeżdżą znacznie wolniej niż w innych krajach. Przy wyprzedzaniu lub mijaniu mają chyba nakaz używania klaksonu. To akurat nam więcej przeszkadzało. Chiny to kraj potężny, wielkością równy całej Europie. Zróżnicowany geograficznie i etnicznie. Trudno wiec mówić o jednolitym krajobrazie. Niemal cala nasza droga wiodła przez tereny wyżynno - górskie. Mimo ciekawego ukształtowania terenu wszędzie niemal widać ingerencje człowieka. Każdy spłacheć ziemi w jakiś sposób jest zagospodarowany. Tarasy uprawnych poletek zapewne są pracą setek pokoleń ludzi. Obecnie doliny rzek grodzi się tamami, wszędzie coś się buduje. Kraj ten przypomina jeden wielki plac budowy. Często wygląda to fatalnie, brzydko a nawet potwornie. Będąc jeszcze w Chinach z obawy przed cenzurą obawialiśmy się pisać więcej więc teraz jeszcze kilka istotnych uwag.

Postanowiliśmy nie fotografować żadnych obiektów militarnych i przemysłowych by nie być posądzonym o szpiegostwo. Jednak w okolicach Guilin widzieliśmy kolumnę wojska, tysiące młodych żołnierzy (nawet nie wiemy czy mieli 18 lat) maszerowało z ciężkimi karabinami i sprzętem drogą którą jechaliśmy busem. Niektórzy z nich słaniali się na nogach ze zmęczenia. Groźnie to wyglądało. Widzieliśmy również wypasione komitety partyjne kontrastujące z otaczającymi potworkami z pustaków. Często śmieci walające się na ulicach. Również byliśmy świadkami aresztowania. Akcja rozgrywała się na autostradzie. Policja zatrzymała busa. Wywlekli wszystkich na pobocze. Ludzie ci od razu klękali, schylali się niemal do ziemi a ręce od razu kładli na karku. Przy każdym stał zaraz policjant trzymając za fragment ubrania. Jednego dziadka wywlekli na leżąco i ułożyli na asfalcie. Nie były to bynajmniej kadry do sensacyjnego filmu. Wszystko fotografowali. Nas samych kontrolowali 15 razy a zdjęć nam i naszym paszportom zrobiono setki. (Krzysiek prowadził wszystkie statystyki bardzo skrupulatnie). Policja tu jest zresztą wszechobecna. Tu wszystkie blogi, fora, portale społecznościowe, serwisy muzyczne i filmowe są zablokowane. Wracając jeszcze do przygody w Tembli gdzie na posterunku policji spędziliśmy 3 fatalne godziny. Tam czuliśmy się co najmniej podejrzani. "Przypadkowo" posadzili nas przed telewizorem plazmowym gdzie była transmisja z jakiegoś procesu. W przerwach pokazywali "skruszonych" przestępców. Jakieś materiały "dowodowe". Szczytem wszystkiego było jak na naszą prośbę pójścia do ubikacji posłali z nami policjantów. Ubikacje w Chinach to na ogol dziury w podłodze o wymiarach 25 na 60 cm. W dole można obserwować fekalia. Akurat w tej policyjnej ubikacji poziom fekalii znajdował się jakieś 3 metry niżej. Od biedy szczupła osoba mogła by się tam próbować przedostać w razie ucieczki. Ubikacje to tylko takie boksy bez drzwi. Jak sikaliśmy to gość stal 2 metry za nami. A nuż spróbujemy uciekać. Tu już czuliśmy się nie jak podejrzani ale wręcz jak aresztowani. Na samym komisariacie nasze paszporty przeszły przez setki rąk. Na niemiecki paszport Krzyśka jeden z policjantów zareagował słowem: "Hitler". Można by długo pisać na ten temat. Może oni tylko spełniali swoje obowiązki a my wbijaliśmy sobie do głowy rożne teorie. Może dla awansu przydało by się złapać zachodnich szpiegów. Może chcą z nas zrobić wywrotowców albo cholera jeszcze wie jakiego haka na nas mają. Wykonali setki telefonów. Po godzinnym "przesłuchaniu" jeden z funkcjonariuszy po angielsku zapytał czy mówimy po chińsku. Mimo że byliśmy czyści jak przysłowiowe łzy to po takich przypadkach każdemu w serce zaczynają się wdzierać wątpliwości a jak się to mówi paragraf zawsze się znajdzie. Spreparowanie zarzutów nie jest znów takie trudne. Dla tego właśnie obawialiśmy się granicy.

Z innych rzeczy godnych podkreślenia to na pewno nie zbyt urozmaicone jedzenie. Dobre to ono jest w chińskich restauracjach w Europie lub Ameryce. Tu to głownie ryż lub makaron z rożnymi pikantnymi do granic absurdu zielami. Muzułmańska kuchnia na zachodzie kraju była już lepsza. Brak chleba też może dobijać. Kilka rzeczy które kupiliśmy w sklepie musieliśmy wyrzucić bo dżem okazał się super pikantną przyprawą, cukier też i jeszcze było kilka innych przypadków. To łączy się z problemem komunikacji. Angielski jest znany głownie z pozdrowień "Hallo" lub "yes". Na każde postawione pytanie angielskie Chińczyk odpowie "yes". Oni nawet na palcach inaczej liczą ale to my opanowaliśmy i używaliśmy chińskiego sposobu liczenia na palcach.

Dość jednak tego narzekania. Teraz to co nam się tu bardzo podobało. Przede wszystkim otwartość i gościnność ludzi. Mimo że biedni setki razy wyciągali nam pomocną dłoń. Zapraszali do siebie, częstowali jedzeniem choć sami wiele nie mieli. Może nawet ryzykowali bo obcokrajowców przyjmować nie mogą nawet w prywatnych domach. Nie widzieliśmy tu również żebraków czy bezdomnych. Ludzie są niezmiernie pracowici. To jest wręcz nie do pojęcia. Gdzie by nie spojrzeć zawsze ktoś coś robi. Trudno dostrzec ludzi bezczynnych. Ludzie maja prace, zwłaszcza młodzi. Po studiach są rozchwytywani. Podziw budzić może sieć autostrad i wiele innej infrastruktury.

Trudno zrozumieć Chiny. Nie tylko lingwistycznie. Aby je poznać naprawdę trzeba ruszyć na prowincję. Po Shenzhen czy Guillin mięliśmy tez inne pojecie. Trudno tu cokolwiek uśredniać.

KAZACHSTAN: Góry, stepy i Szaryński Kanion

08 - 13 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Dalej na zachód:

Opuściliśmy Chiny ale aby dostać sie do Kazachstanu jeszcze trzeba trochę wycierpieć. Tak wiec kilku żołnierzy z kalasznkowami sprawdza nasze paszporty. Do kazachskiego punktu odpraw granicznych było zaledwie 200 metrów ale droga miedzy dwoma płotami z drutu kolczastego i kamerą co 50 m trzeba jechać prawie 8 km taka duża pętla tam i z powrotem. Potem przez jakies placyki i furtki do właściwej "sali odpraw". Tu każą nam czekać bo jakaś ekskursia miała jechać do Chin. Odprawa odbywa się albo w jedną albo w druga stronę. Jeden z nich taki "komandos" podciągał się tam na drążku. Potrafił nawet z podciągnięcia przejść do podporu. Po krótkiej wymianie zdań proponuje nam spróbowanie. Podciągamy się po 5 razy nachwytem co kwituje "wot małodcy". Ponownie przez elektroniczne bramki, furtki, placyki po około 3 godzinach wydostajemy się do Korgos po stronie kazachskiej. Wymiana reszty yauanow na tenge, kupno żywności i w drogę. Niebawem tez okazuje się że w trakcie kontroli elektronicznej znikły dane na kartach w kamerze i aparacie fotograficznym. To prawdziwy cios bo tam mieliśmy większość materiałów z Chin. Cóż jedziemy dalej ciesząc się wolnością. Nareszcie wiatr w żagle. Piękny step. Brak tej chińskiej szpetoty. W sklepie był chleb. Budynki już takie swojskie nie wspominając o języku (w naszych młodych czasach w szkołach uczono rosyjskiego). Jeszcze po kilku kilometrach natrafiamy na szlaban. Dopiero tu jesteśmy na dobre w Kazachstanie. Żeby nie było zbyt sielsko musimy się do 5 dni zameldować w określonym posterunku policji. Najbliższy okazał się o oddalonym o 30 km od granicy Żarkencie. Okazało się to jednak problemem bo nie dali nam na granicy jakiejś dodatkowej pieczątki i albo wrócimy na granice albo pojedziemy do Almaty. Przypadkowo natrafiamy na policjanta (był z naszego rocznika), który w czasach ZSRR służył w Legnicy. Dzięki niemu udaje nam się pokonać wszystkie biurokratyczne bariery. Dzwonią gdzie trzeba, kserują, piszą i po następnych 4 godzinach mamy okrągłą pieczątkę meldunkową. Tego dnia tylko robimy niezbędne zakupy i w małym zagajniku za miastem stawiamy namiot (co za ulga znów spać w namiocie). Noc upływa spokojnie.

9 05

Przez Koktal pustą stepową drogą jedziemy do Shonzhy. W Taszkarasu zatrzymujemy się na jedzenie. Akurat jest tu jakieś spotkanie weteranów wojny ojczyźnianej. Dziadki po osiemdziesiątce obwieszeni medalami kręcili się przed knajpką. Dalej jedziemy do Shonzhy. Na południu wysokie góry Ałtaju zamykały horyzont. Witały nas z daleka odgłosami burzy. Co chwilę błyskawice przecinały niebo. W Shonzhy robimy zakupy na 3 dni, wchodzimy na internet i gdy chcieliśmy już wyjeżdżać nagle zerwał się silny wiatr. Wszystko wirowało w powietrzu a unoszący się tu wszędobylski kurz ograniczył widoczność do kilkunastu zaledwie metrów. Nawałnica wisiała w powietrzu. Na jednym z podwórek zauważamy wiatę i od razu tam wchodzimy. Kobieta z tego domu zaprasza nas do środka. Sytuacja zmienia się diametralnie. Trafiamy na nakryty stół. Rodzina obchodzi Dzień Zwycięstwa. Możemy się najeść do syta i wypić 3 kieliszki ruskiej wódki. Co w takim dniu trudno odmówić. Oczywiście opowiadamy o swej wyprawie a sami dowiadujemy się wiele ciekawych rzeczy o tutejszym życiu (była to rodzina ujgurska). Śpimy na werandzie w tropiku.

10 05

Rano opuszczamy Shonzy kierując się wprost na zachód do doliny rzeki Szaryn. Naszym celem jest dotarcie to kanionu, który na przestrzeni 150 km rozcina stepowy płaskowyż opadający do gór Ałtaj. Sama rzeka wypływa z tych gór a uchodzi do rzeki Ile. Teren zupełnie pusty, stepy ograniczone daleko na południu i północy górami. Za rzeką Szaryn skręcamy w gruntową drogę w step. Droga "tarkowa", fatalna do jazdy rowerem. 26 km jedziemy nią na południe nim docieramy do kontenera gdzie mieści się wejście do parku narodowego Szaryn. Po drodze spotykamy jednego bikera podążającego w przeciwnym kierunku. Po uiszczeniu 600 tenge (ok. 13 zl) na głowę możemy jechać dalej. Rangersi dali nam jeszcze 2 ogórki i 5 litrów wody. Kanion ten to naprawdę przepiękne miejsce. Piękno zamarłe w skalach rzeźbionych milionami lat przez wodę i wiatr. Najlepiej to ilustrują załączone zdjęcia. Zjeżdżamy bocznym kanionem na dno do rzeki Szaryn i w fajnym miejscu rozbijamy namiot. Było tu jeszcze kilka osób.

11 05

Jak fajnie wstać jak śpiewają ptaki, szumi rzeka, pachnie powietrze. Tak właśnie było w kanionie. Po kąpieli w rzece wycieczka z elementami wspinaczki i kanoningu w odgałęzieniach głównego kanionu. Wieczorem spotykamy po raz pierwszy w Azji dwie Polki: Basie i Dankę, nauczycielki angielskiego pracujące w Almaty.

12 05

Opuszczamy to cudowne miejsce. Trochę inną drogą wydostajemy się na płaskowyż. 10 km stepowej wyboistej drogi a potem asfalt (dziurawy) wśród bezmiernych stepów. Docieramy do malutkiego Kokpeka. Kilka domów i chyba więcej sklepów. Byliśmy głodni bo jedzenie w kanionie było już mocno dozowane. Tak wiec wszystko uzupełniamy. Śpimy na granicy stepu przy domu Kazachów (pomagamy trochę przy noszeniu kamieni na ogrodzenie). Obserwujemy też prace przy owcach. Jeden z nich na koniu zaganiał owce. Widać było od razu że w siodle spędził chyba większość swojego życia. Z podziwem patrzyliśmy jak powodował koniem. Siodło i cały rząd to domowa robota. Może u nas znalazł by się w muzeum. Tu jednak to jakoś wszystko pasuje. Obchodzimy też urodziny Eriki, żony Krzyska.

13 05

Beczące owce obok namiotu są naszym budzikiem. Wstajemy i na śniadanie idziemy do "znajomego" Kazacha. Nawet zagrał nam na bałałajce. Po sutym śniadaniu jedziemy do Shilik. Pogoda słoneczna.

KAZACHSTAN: w kierunku Almaty

13 - 16 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Kilka wrażeń z naszej dalszej podroży przez przepiękny Kazachstan:

Tu można zobaczyć zdjęcia:

http://hilustour.blogspot.de/p/blog-page_14.html

13 05

W Kazachstanie w przeciwieństwie do Chin nie ma problemu z rozbijaniem namiotu. Rozbijamy namiot przy jednym z ostatnich domów Shelek. Ujgur przynosi nam na kolacje lokalne potrawę (ryz z mięsem i placki). Noc spokojna choć pada deszcz.

14 05.

W tym dniu choć ujechaliśmy zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów mieliśmy wrażeń moc. Deszczowe chmury rano szybko gdzieś się straciły a na niebie zagościło słońce. Jechaliśmy drogą przez szmaragdowy step ograniczony z południa potężnym pasmem, ośnieżonego Ałtaju. Trudno oderwać wzrok od tych potężnych szczytów. Szybko tez docieramy do wioski Karaturyk. W jednym z sklepów kupujemy żywność i kawę. Pytamy oczywiście o kipiatok (wrzątek). Sprzedawczyni zaprasza nas na zaplecze domu. Przynosi ciasto i chleb. Wkrótce poznajemy synów i jej męża. Nurik bo tak nazywał się jej mąż od razu mówi:

“Zostaniecie z 2 dni, barana zariezam, szaszłyki zdiełamy, wodku budiem pit.” Potraktowaliśmy to jako grzeczność lecz w chwilę potem zjawia się Aliek, kolega Nurika i powtarza zaproszenie. Tłumaczy że ma pusty dom (zajmował się tylko wnuczkiem) i można u niego spać. Przypadli nam obaj do serca (byli w podobnym co my wieku). Zostajemy ale nie po to by pić wódkę ale by zobaczyć jak na takiej wsi kazachskiej się żyje. Oni byli Ujgurami a u nich gościnność to rzecz święta. Byli muzułmanami. W czasach ZSRR służyli w NRD, w Polsce i na Ukrainie. Akurat zmarł jeden z starszych mieszkańców wsi i Aliek swoim Moskwiczem (rocznik 1976) zabrał nas na muzułmański pogrzeb. Jest to o tyle ciekawe, że człowieka wkłada się do grobu bez trumny (tylko zawiniętego) nogami w stronę Mekki. Potem okłada się kamieniami i zasypuje grób. Robią to sami ludzie z pogrzebu. W pogrzebach nie mogą brać udział kobiety (nawet jak umrze kobieta). Poznajemy tu tez miejscowego imama, który objaśnia nam niektóre zwyczaje. Po pogrzebie jedziemy do domu Alieka. Opowiada mnóstwo ciekawych rzeczy o tutejszym życiu co było by jednak tematem na inną opowieść. Jako radykalny muzułmanin nie pił alkoholu I nie mógł też zrozumieć jak tam w Europie kobiety mogą coś nakazywać mężczyzną. Przychodzi jeszcze Nurik i imprezujemy do późna w nocy. Śpimy więc w jednym z pokoi pod dachem.

15 05

Aliek proponuje nam wycieczkę w pobliskie góry. Zabieramy jeszcze Omara i jeszcze jednego starszego faceta. Wszyscy mieścimy się w Moskiwiczu. Owy Moskwicz w Polsce pewno by leżał juz swoje lata na złomowisku (w zasadzie tam się nadawał) ale tu ludzie mają inną miarę praktyczności. Siedząc już w aucie widzimy jak owy starszy gość otwarł wódkę 0.7, nalał sobie pełny plastikowy kubek i wypił całą zawartość duszkiem. Nie zagryzł niczym ani nie zapił. Zrobiło nam się zimno na ten widok. Koniec końców pojechaliśmy w pobliskie góry. Kilka razy przez potok przejechaliśmy bez problemu. Na samym końcu przy próbie forsowania już dość głębokiej wody zatrzymaliśmy się w środku nurtu. Woda wlewała się do auta. Wszyscy spokojnie wyszli. Aliek tylko powiedział aby my poszliśmy sobie na spacer w ową dolinę a oni będą na nasz czekać. Tak też robimy. Dolina jest wąska i potok a właściwie rzeka wypełnia niemal całą jej szerokość. Po kilku forsowaniach rzeki w brud w końcu rezygnujemy bo prąd był dość silny. Wracamy. Moskiwcz już stał na suchym gruncie. Wracamy do domu Alieka. Przybyła też niania do wnuczka. Starszy gość znów nalewał sobie wódki a Omar widząc nasze zdziwione miny rzekł tylko: “eto wtoraja”. Było dopiero południe. Zjadamy jeszcze posiłek. Aliek przyniósł nam na drogę kilka dużych słoików z ogórkami i innymi specjałami ale to nawet w aucie by zajęło dużo miejsca. Musimy odmówić. Wkrótce zegnamy się jak starzy przyjaciele i ruszamy w dalsza drogę. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na obiad a właściwie na przyjęcie urodzinowe. Damian obchodził swoje 56. Na noc namiot rozbijamy na podwórku jednego z gospodarzy w Kulzy.

16 05

Już dość ruchliwą droga docieramy do pobliskiej Almaty. Dalej piękne góry na południu. Nie mamy rosyjskich wiz wiec na Ukrainę przedostać chcemy się drogą lotniczą. Tak wiec siedzimy nie daleko lotniska i piszemy te słowa. Dalej będzie Kijów.

KAZACHSTAN: zakończenie

16 - 17 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Kilka wrażeń z naszej dalszej podroży przez przepiękny Kazachstan:

Ostatnie 2 dni w Kazachstanie to pobyt Ałmaty. Jak wcześniej wspominaliśmy nie posiadaliśmy wiz rosyjskich (wystawiane są tylko nie wcześniej niż 3 miesiące przed planowanym wyjazdem i tylko w kraju zamieszkania) więc musimy w jakiś sposób przeskoczyć lub ominąć Rosję. Po przeanalizowaniu i przekalkulowaniu logicznych możliwości decydujemy się na przelot samolotem bezpośrednio z Ałmaty do Kijowa. Pominiemy w ten sposób Rosję ale również bezmiar płaskich kazachstańskich stepów oraz wschodnie równiny Ukrainy. Nie mamy obiekcji gdyż monotonna jazda całymi tygodniami przez równinny teren jakoś dla nas "górali" nie za bardzo przemawiała. Są ciekawsze rzeczy do roboty. Nocleg poprzedzający wylot spędzamy niespełna 2 km od lotniska na jakiejś prywatnej posesji. Była ogrodzona płotem, były kamery, był struż i 2 psy. Mogliśmy się więc spokojnie wyspać.

Ostatni dzień pobytu to przejazd na lotnisko i spakowanie rowerów. Tym razem wszystko odbywa się bardzo spokojnie. Lotnisko jest małe ale kameralne. Odprawa sprawna a linie Air Astana zasługują tylko na słowa uznania pod każdym względem. Nasz bagaż zamknął się w 20 kg (rower + osprzęt) oraz 7,5 kg bagażu podręcznego (śpiwór i inne graty). W końcu też późnym popołudniem odrywamy się od kazachskiej ziemi by w kilka godzin przemieścić się ok. 4000 km na zachód. Jaki więć był ten Kazachstan?

Choć byliliśmy tu zaledwie 10 dniu kraj ten zaskoczył nas niemal pod każdym względem. Byliśmy chyba w najciekawszych rejonach kraju. Niebosiężne góry, zielone stepy, kaniony, jeziora, rzeki. Brak ogrodzeń, płotków (tak jak to jest w innych krajach), step jest dla wszystkich. Najważniejsze to bardzo otwarci, przyjaźnie nastawieni Ujgurzy i Kazachowie. Dobre jedzenie i piękne kobiety. Gorsze może drogi ale dla nas nie miało to większego znaczenia. W naszej pamięci Kazachstan pozostanie na pewno jako najbardziej przyjazny kraj w Azji.

UKRAINA: witaj Europo

17 - 21 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Nareszcie w Europie. Zapadał zmierzch gdy opuściliśmy samolot i sympatyczną załogę Air Astana. Po załatwieniu formalności granicznych w niemal pustej sali przylotów poskładaliśmy nasze rowery. Było już bardzo późno a na dworze rozszalał się wiatr. W przytulnym kącie sali układamy się do snu by o świcie zerwać się w drogę. Lotnisko znajduje się w Borispolu 30 km na wschód od Kijowa.

210 km, 198 km, 160 km. W tych trzech etapach zamkliśmy zachodnią Ukrainę. Śmigaliśmy szybko za uciekającym słońcem po równej jak stół drodze. Teren dla nas nieciekawy ale bliskość domu dodaje nam sił. Pierwszy nocleg spędzamy w pięknym miejscu w lesie za Żytomirem. Strasznie kąsały komary ale to szczegół. Dalej przez Riwne. W jednej ze wsi zaproszono nas na wesele, które akurat odbywało się w plenerze. Odmówiliśmy udziału ale nie weselnych łakoci. Za Nowogradem Wołyńskim wjechaliśmy też na Wołyń i w dawne granice Rzeczypospolitej. Niemal każdy z spotkanych ludzi posiadał jakieś polskie pokrewieństwo. Drugi nocleg wypadł na prywatnej posesji za Riwnym. Dalej przez Łuck i Władymir Wołyński do Ustiług na granicy z Polską. Tu czekała nas największa "niespodzianka". Tuż przed granicą weszliśmy do sklepu żeby pozbyć się reszty hrywien. Dwie panie ekspedientki zainteresowane naszym bagażem wyszły przed sklep szczerze zaniepokojone o naszą formę. Pytały troskliwie czy nie dać nam jejść. Granica był tuż. Okazuje się jednak, że to przejście samochodowe więc rowerami nas tu nie przepuszczą. Możemy jednak przejechać z rowerami jako pasażerowie jakiegoś samochodu. Jeden Ukrainiec spotkany przy sklepie z busem miał dużo wolnego miejsca i za kilka dolców zgadza się nas przewieź przez most na Bugu. Zajmuje to około 4 godzina ale warto było. JESTEŚMY W POLSCE.

Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2013%2FUkraina

Wielka wyprawa - ostatnie dni

21 - 26 05 2013
Uczestnicy: Damian Szoltysik, Krzysztof Hilus (b. cz. klubu)

Tak więc wreszcie jesteśmy w raju. Wszystko jest tu piękne. Pogoda, krajobraz, przyroda, mowa, jedzenie. Przez Hrubieszów jedziemy w stronę Zamościa. W miejscowości Horyszów Ruski (choć obecnie tego przymiotnika już nie ma w nazwie) w sklepie robimy zakupy a potem pijemy kawę. Przypadkowo poznajemy kilku szacownych mieszkańców Horyszowa: pana Józefa (miejscowego nauczyciela), pana Bartłomieja Sęczawę (rzeźbiarza) oraz pana Dobka (miejscowego barda) a także sympatyczne małżeństwo właścicieli sklepu. Z planowanych kilku minut postoju robi się 2 godziny. Jeżeli to kiedykolwiek przeczytają to pozdrawiamy gorąco. Jedziemy dalej choć Horyszów będziemy długo wspominać. Trochę czasu spędzamy w pięknym Zamościu po czym już przy coraz gorszej pogodzie docieramy niemal do Szczebrzeszyna. Namiot rozbijamy u pana Witka z Bodaczowa w ogrodzie. Zaprosił nas na znakomitą kolację a co najważniejsze skorzystaliśmy z ciepłej kąpieli.

Jest słonecznie choć nie najcieplej. Dalsza droga wiedzie przez lasy Roztoczańskiego Parku Krajobrazowego. Mijamy Zwierzyniec, Biłgoraj i piękną doliną Tanwi zmierzamy w stronę Ulanowa. Nagle jednak niezgodnie z mapami główna droga się kończy a właściwie kontynuuje się jakimiś objazdami. Kilka kilometrów poruszamy się polnymi, piaskowymi bądź trawiastymi traktami kierując się kompasem i nurtem Tanwi na zachód. Za bardzo nam to nie przeszkadza bo teren jest malowniczy. Dobrze robimy bo wkrótce wydostajemy się na asfalt w Dąbrowicy i szybko osiągamy Ulanów gdzie zaczyna już padać. Potem po moście na Sanie wjeżdżamy na główną drogę do Niska. W lokalu „Polonez” jemy obiad a właściciel gdy dowiedział się skąd jedziemy dał nam duży upust i dodatkowo wyposażył w żywność na 2 dni. Dziękujemy i pozdrawiamy. Dalej przez Stalową Wolę docieramy do Tarnobrzegu skąd małym promem przeprawiamy się na drugą stronę Wisły gdzie w wsi Ciszyca na prywatnej posesji biwakujemy.

Pogoda gorsza. Jest zimno i pochmurno. Wciąż jedziemy na zachód. Przez Staszów docieramy do Jędrzejowa. 10 km za miastem śpimy w namiocie w lesie.

To w deszczu to w mżawce przez Szczekociny docieramy na naszą ukochaną Jurę. Wczesny biwak zakładamy w pobliżu skałek rzędkowickich. Pierwsze i ostatnie ognisko na naszej trasie.

Dalej zimno. Na skałkach kilku łojantów oraz jakieś chyba prywatne kursy. W południe ruszamy na Śląsk. Rozbijamy namiot na prywatnej posesji państwa Szczupaków w Orzechu. Przed wieczorem niespodzianka. Podjeżdża klubowy komitet powitalny. Jest Teresa Szołtysik, Rysiek i Marzena Widuch, Basia, Tadek i Aga Szmatłoch, Ziga Zbirenda, Heniek Tomanek, Sonia i Jusytna. Heniek odpala szampana zakłócając trochę spokój tutejszym mieszkańcom. Otrzymujemy również w darze chleb z solą oraz inna żywność. O zmroku się rozstajemy.

Ostatni dzień tej prawie 5-miesięcznej wyprawy to przejazd do Piekar Ślaskich (akurat jest pielgrzymka mężczyzn). Tu spotykamy kolejnych znajomych (Józka Klimasa i jego kuzyna, Zbyszka Szustera z chłopcami, Kamila Szołtysika, Kocika oraz nasze żony Teresę i Erikę a także nieocenionego Ryśka Widucha z ekipą lokalnej TV. Po mszy wracamy razem do Rudy Ślaskiej zatrzymani jeszcze w Goduli przez Sferę TV. (Tu "Wydarzenia" gdzie ukazał się ten materiał: http://www.sferatv.pl/vod/wydarzenia/audycje/1-wydarzenia.html )

Okrążyliśmy świat choć oczywiście nie ośmielimy się powiedzieć że na rowerach. Rowerami 8600 km, głównie górskich terenów na lądach 3 kontynentów, 4000 km innymi środkami lokomocji oraz wiele tysięcy kilometrów głównie nad oceanami w powietrzu. To chyba wszystko.

Tu zdjęcia z odcinka polskiego: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2013%2FPolska

Tę stronę ostatnio zmodyfikowano 09:25, 24 cze 2013.
zaloguj się