Strona główna | Aktualności | O klubie | Członkowie | Wyjazdy | Wyprawy | Kursy | Biblioteka | Materiały szkoleniowe | Galeria | Inne strony | Dla administratorów

Relacje:Lofoty 2011

Norwegia, Lofoty - Wspinaczka

30 06 - 14 07 2011
Uczestnicy: Mateusz Górowski, Karol Jagoda, Wojtek Sitko, Damian Żmuda

Wyjazd na wspinanie do Norwegii chodził mi po głowie dawno. Mateusza ciągnie tam zawsze, już teraz wiem dlaczego. Norwegia wspinaczkowo i górsko ma potencjał nie do wyczerpania. I urok, który każe tam wracać. Już teraz wiem.

Lofoty są daleko. Taki banał. Kiedy gdzieś daleko lecimy samolotem albo jedziemy kradnącymi przestrzeń autostradami nie do końca dociera do nas co znaczy to banalne zdanie. Zrozumienie daje PODRÓŻ. Podróż – 30 czerwca-2 lipca. 3000km, 3 doby. Samolot, pociąg, autobusy, prom, autostop. Garść informacji praktycznych dotyczących dojazdu: Lot z Pyrzowic do Oslo (Wizzair). Z lotniska Oslo-Torp darmowy bus do stacji kolejowej Torp. Dalej pociągiami (kilka przesiadek) przez Trondeheim do Bodo. 1500 km, łącznie 20h. Stąd prom na wyspy i dojazd autobusem do miejsca docelowego. Dla nas łączny koszt podróży w obie strony wyniósł po 900zł na osobę. Norweska kolej funkcjonuje świetnie. Widoki z okna pociągu fenomenalne. Poznaje się krajobrazy niemal całego kraju. Magiczne krajobrazy. Jako, że był to dla mnie pierwszy kontakt z Norwegią wrażenie było silne. Na tyle silne, że w pociągu co pewien czas muszę je zapisać. Po prostu wstawiam tu te zapiski: „Jak określić przesuwający się za oknem krajobraz? Prostota, przejrzystość i uporządkowanie. Budowa krystaliczna. Przestrzeń wydaje się być zrobiona z metalu. W każdym punkcie północnej Norwegii składa się z trzch elementów: nieba, morza i zieleni. Zachmurzone, przygniatające niebo zdaje się wisieć kilka metrów nad pociągiem. Ma kolor ołowiu. Morze jest jak z płynnej rtęci - srebrne i ciężkie. Najdziwniejsza jest zieleń – niesamowicie gęsta, zwarta, zagarniająca. Brzmi to absurdalnie, ale jest tak gęsta i zimna, że równiż zdaje się być z metalu. Zielona ściana aluminium. Płaskowyż północny – przekraczamy koło polarne. Ta część kraju nie przystaje do niczego co znam i rozumiem. To inny fragment planety – jakiś zupełnie nielogiczny. Pustkowie. Wyżyny przeraźliwie monotonne i martwe. Trudno nawet powiedzieć czy jest tu ładnie. Jest obco. Krajobraz absolutnie nieludzki. I ekspansywny. Zamieszkać w takim miejscu to praktycznie skazać się na samobójstwo albo chorobę psychiczną. Tak to czuję. A jednak ludzie tu mieszkają. Mijamy domy. I właśnie te domy są dla mnie niepojęte. Stoją samotnie, kilkanaście kilometrów jeden od drugiego. Na śnieżnym pustkowiu. Przeżycie w nich w trakcie polarnej zimy zależne być musi w 100% od sprawności infrastruktury – odśnieżenia drogi, utrzymania lini energetycznej itp. W tych niezwykle trudnych warunkach to gigantyczne koszty – dla jednego domu!”

Z Bodo prom na Lofoty. Mieliśmy płynąć szybkim katamaranem do Svolvear, skąd jest ok 30 kilometrów do naszej pierwszej planowanej bazy w Heninngsvear. Pomiędzy Svolvear a Heninngsvear kursują koszmarnie drogie autobusy. Niestety okazuje się, że na katamaran nie ma już miejsc i mamy do wyboru 24h czekania w Bodo na kolejny albo prom na południe Lofotów, do Mosskenes i przejechanie jakoś (czyli stopem) ok 120 km z Mosskenes do Henningvaer. Mateusz próbował autostopu podczas wcześniejszego pobytu i jest mocno sceptyczny, ale perspektywa kiblowania bezczynnie całej doby przemawia do wyobraźni. Okazuje się, że nie jest wcale tak źle. W czterech facetów z wielkimi plecakami przestopowujemy całkiem sprawnie i po południu rozbijamy namioty w Henningvaer.

Lofoty – Znowu odmienne widoki. Pięknie. Jak z folderów reklamowych biur podróży. Ale to banał. I pozór... Nie ma palm, hoteli, tłumów i bezmyślnej komercji. Tu rządzi wciąż natura nie pieniądz.

Lofoty to krople skał rzucone na morze. Znajoma przysyła smsa „I nie gap się tylko na te swoje góry, pamiętaj też o morzu...”. Tu można by równie dobrze powiedzieć „pamiętaj o powietrzu”. Morze jest wszędzie. Z każdego miejsca się je widzi, wszędzie słychać szum fal i wrzaski mew. Zawsze czujesz jego zapach. Skały też są wszędzie. Skała i morze przenikają się i uzupełniają. Szorstka skała rani dłonie, które po zejściu należy umyć w morskiej wodzie fenomenalnie przyspieszającej ich gojenie. Jin i Jang. I specyfika klimatu wysp. Słońce i wiatr są nierozłączne. Kiedy nie ma słońca nie wieje. Wiatr jest arktyczny. Słońce grzeje mocno, czasem bardzo mocno. Właściwie nie wiadomo: upał czy zimno?


Namioty rozbite. Długie kilometry wyczekiwania, żeby wreszcie dotknąć tego granitu motywują. Do końca pobytu na wyspach wspinamy się codziennie. Pogoda nie przeszkodziła tym ani jednergo dnia. Niżej mały dzinnik wyjazdu i informacje o drogach.

3 lipca – Pianokrakken. Ścianka 60m, dwie dwuwyciągowe drogi VI – „Applecake Arrete” i „Lys og Skygge” (Światło i Cień). Powrót do podstawy ściany jednym długim wolnym zjazdem. Drogi oferowały wspinanie po zróżnicowanych formacjach skalnych i niewygórowanych trudnościach. Dobry wstęp dalszego wspinania, dający „lofockim nowicjuszom” pojęcie o charakterystyce i trudnościach dróg oraz fantastycznych możliwościach asekuracji w tamtejszym młodym granicie.

4 lipca, Djupfjord, „Bare Blabaer” (Tylko jagody), V+, 236m, 7 wyciągów. Klasyk Lofotów. Popularna i uczęszczana droga. Opinie o niej były wśród nas podzielone. Przytoczmy: Prezes: „Mordercze podejście. Zdaniem Mateusza miało trwać 1h, tymczasem my, do podstawy ściany przedzieraliśmy się 2h gęstwinami północy w iście równikowym upale.Po to aby pod drogą ujrzeć cztery konkurencyjne zespoły. Mit dzikich i dziewiczych ścian prysł jak mydlana bańka. Sama droga praktycznie jednowyciągowa (syty pierwszy wyciąg, niemal mnie zrzucił). Reszta okazała się typową „popierdółką” o nachyleniu pastwiska...” Pozostała część ekipy uznała drogę za bardzo łądną. Wyrażę to słowami Wojtka: „biegnie fantastycznymi rysami w pięknej, litej skale oferując niespotykane w naszym kraju wspinanie”.

5 lipca – „Na podbój norweskiej szóstki” - Gandalf Naszym najważniejszym celem wspinaczkowym wyjazdu miało być zrobienie zachodniego filara Presten o norweskim stopniu trudności 6, czyli około VI.1 Musieliśmy więc zweryfikować swoje umiejętności na drogach o takich trudnościach. Wybieramy położoną niemalże obok namiotów stumetrową ścianę o nazwie Gandalf. Dzielimy się na zespoły, w których nazajutrz idziemy na Westpillaren. Wybór dróg jest nieprzypadkowy. Ja i Mateusz przechodzimy linię o nazwie nomen omen „Stary Lis” (Gamle rev) natomiast Karol z Wojtkiem ekspresowo robią „Ekspres do Tromso” (Tromso Ekspressen). Przed wejściem w ścianę rozmiękcza naszą psychę zespół norwegów intensywnie telegrafujący w trudnościach pierwszego wyciągu... nam tymczasem szósty stopień wydał się łatwy. Następny dzień skutecznie zweryfikował te opinie 

6 lipca – Presten Westpillaren. (Zachodni filar), VI.1, 400m, 12 wyciągów. Estetyka wspinania w tych wielkich granitowych ścianach nie ma sobie równej. Linie dróg są wspaniałe – czyste i logiczne. W ponad czterystometrowej ścianie bez najmniejszego problemu identyfikujemy z dołu każdy wyciąg. Formacje skalne ewidentne, badzo równe trudności – tylko ostatni wyciąg (wyjście na grań) jest w łatwy. Pozostałe jedenaście jest pomiędzy V+ a VI.1. Walka zaczyna się już na drugim – jest na tyle solidnie, że próbuję małego obejścia, w efekcie ładuję się w jeszcze gorszy teren – jakieś trawersy po mikrostopieńkach z zapinaniem na słabych krawądkach. Męcząco i na granicy odpadnięcia. Nastpny wyciąg jeszcze konkretniej – kluczowe czujne sięganie wysoooko do chwytu. Porządne VI.1. Nie wiem jakim cudem nie zaliczyłem lotu... Mateusz idąc na drugiego odpadł. Robimy jeszcze jeden, łatwiejszy już wyciąg i wychodzimy na Storhyllę – wielką półkę przecinającą całą ścianę. Stąd można się jeszcze wycofać (linia zjazdów). Cały czas wieje mocny, zimny wiatr. Tempo wspinaczki słabiutkie, trudności zrobiły wrażenie... w efekcie następuje załamanie ducha bojowego w części ekipy. Po dłuższej dyskusji Mateusz i Wojtek decydują się na wycof. Ja z Karolem idziemy do góry. Karol jest w świetnej formie, więc zmieniamy się na prowadzeniu tak, że on robi najtrudniejsze wyciągi. Jest na czym powalczyć. I coraz piękniejsze wspinanie. Wąskie pionowe ryski, wiszące stanowisko, cały wyciąg dilfera po odstrzelonych płytach, sławne, groźnie prezentujące się skośne zacięcie, psychiczny trawers bez przelotu na przedostatnim wyciągu... trzyma niemal do końca. Wspaniałości. Najtrudniejsza i chyba najpiękniejsza górska droga skalna jaką robiłem. Wreszcie szczyt. Panorama 360* Dokoła tylko góry i morze, wszędzie, po horyzont. Jeszcze tylko eksponowane zejście z grani, trochę monotonnego dreptania w dół i wreszcie namiot. Po 19h od wyjścia z niego. I zasłużone zimne, zabójczo drogie piwko. (Jedyny alkohol jaki wypiliśmy przez te dwa tygodnie). Długo nie zapomnę tego dnia.

7 lipca – rest po Prestenie, wspinanie w skałkach. Ospitowane (rzadkość tutaj), krótkie ale ładne drogi pomiędzy V a VI.1. Karol uczy się chodzić po skale jak zwierzę – na nogach  Dziś moja psycha nie pozwalała na nic innego niż wspinanie po spitach.

8 lipca – Puffriset Zmiana rejonu. Przenosimy si€ do Kalle. Chyba najlepsze miejsce biwakowe na Lofotach. Darmowy kamp z bierzcą wodą, ubikacją i plażą. Sielankowo i komfortowo. W pobliżu kilka pięknych ścian, rejon skałkowy i bulderowy oraz największa ściana Lofotów. Storpillaren, 800m filar, wyłącznie bardzo trudne drogi, również big wall. W tym mityczna, wytyczona przez rodzeństwo Jaspersów Freya (8, A3+, 24 wyciągi, czas przejścia ok. 5 dni, biwaki w portaladge). Freja to nordycka bogini miłości, płodności, wojny i poległych wojowników – odpowiednia partonka dla takiej drogi. Przyglądamy się ścianie z podziwem... i załorzeniem, że pewnego dnia...  Tymczasem idziemy na Puffriset (Wietrzna Rysa) VI, 110m, 4 wyciągi. Wspomnienia: drugi wyciąg – piękna, ascetyczna wąska ryska przecinająca granitowe lustro. Trudności w sam raz, świetna asekuracja, przyjemność. Dla odmiany trzeci wyciąg włącza strach. Czujne wspinanie po płytach. W sporej części nieasekurowalnych. Trzeba w 100% zawierzyć świetnemu tarciu. Stopni i chwytów brak, nawet minimalnych. Ściana staje coraz bardziej dęba, od ostatniego przelotu kilkanaście metrów skośnego trawersu. Czujnie do niewielkiego ząbka. Na nim przelot. Najcieńsza taśma ze spectry, zaciśnięta wyblinką – byle tylko nie spadła... bo wyżej trudno, a ewentualny lot kończyłby się na półkach kilkanaście metrów niżej. Dalej bardzo delikatnie cztery metry w górę do odstrzelonej płytki w podchwyt. Jedyne miejsce na punkt. Mam! Żółty cam (Nr 2) pasuje idealnie. Nic innego by nie siadło. Na szczęście. Bo wyjście z podchwytu to najtrudniejszy i najdelikatniejszy ruch na drodze. O czym przekonuję się chwilę później – niedokładne wyważenie ciała i lot... friend Metoliusa zadziałał pewnie  Drugie podejście puszcza już gładko. Po locie opada psychiczne napięcie i okazuje się, że jest to niemal łatwe. Dalej to już spacer.

9 lipca – Paradiset. Paradiset to popularny rejon skałkowy na Lofotach. Sporo estetycznych, stosunkowo krótkich (do ok. 20m) dróg o różnych trudnościach (od IV do VI.5). Rajska sceneria – klify, seledynowe morze, wspaniałe góry w tle. Brakuje tylko jednego elementu typowych rejonów skałkowych – boltów. Paradiset to rejon tradowy. Spity dostrzec można tylko sporadycznie, w miejscach gdzie tradycyjna asekuracja jest całkowicie niemożliwa. Karol prowadzi (ale z blokami) technicznie najtrudniejszą na tym wyjeździe drogę na własniej protekcji – Svenske Diedret (Szweckie Zacięcie). 22m, w skali norweskiej 6+, czyli nasze VI.1/VI.1+. Pozostała część ekipy czuje się jedynie na powtórzenie drogi na wędkę... W sumie jedno trudniejsze miejsce a dalej zwykły difler, asekuracja dobra. Należało prowadzić – miękka fajka ze mnie! Ten dzień był też najcieplejszym podczas naszego pobytu – do południa upał uniemożliwiał wspinanie.

10 lipca – Myggapillaren (Filar komarów), VI, 240m 8 wyciągów. Nazwa drogi nieprzypadkowa. Komary gryzą jak opętane. Na drodze miejscami bujna wegetacja roślinna, czyli wspinanie „w ogrodach botanicznych”. Drugi wyciąg – ponad 20m piątkowego trawersu po płytach, bez przelotu. Niby łatwo, ale nieprzyjemnie. Częściowo defekty te wynagradza ostatni, podobno najtrudniejszy wyciąg. Kilkumetrowy trawers w pełnej ekspozycji. Efektownie.

11 lipca – Svolvear Przenosimy się z Kalle (stopem, z rosyjskimi wspinaczami, od których dostaję mnóstwo informacji praktycznych do planowanego na wrzesień wyjazdu wspinaczkowego na Krym) i czekamy na prom z wysp. Pogoda zła – pełne zachmurzenie, przelotny deszcz, dość zimno. Mimo to Wojtek i Karol idą się wspinać. Na górę będącą wizytówką rejonu – Svolveargeita, czyli Koza ze Svolvear. Nazwa bierze się z charakterystycznego kształtu góry. Wierzchołek zwieńczają dwie turniczki przypominające rogi kozy, pomiędzy którymi należy wykonać efektowny przeskok schodząc ze szczytu. Chłopaki wybierają krótką ale podobno bardzo ładną drogę Rappelruta (48m VI-). Zaliczają drogę i obowiązkowy skok, przy którym Wojtek nadwyręża ścięgno i wraca kuśtykając.

12-14 lipca. Bezproblemowa, ale dłużąca się podróż powrotna.


Niekończący się polarny dzień dla nas się skończył. Przez wyobraźnie wciąż przetaczają się obrazy idealnych rys i zacięć, jak z okładek amerykańskich magazynów górskich. Nienasycenie. Właśnie po takich drogach chcę się wspinać.

Teraz już wiem.

Tę stronę ostatnio zmodyfikowano 19:07, 24 lip 2011.
zaloguj się