Strona główna | Aktualności | O klubie | Członkowie | Wyjazdy | Wyprawy | Kursy | Biblioteka | Materiały szkoleniowe | Galeria | Inne strony | Dla administratorów

Relacje:NORWEGIA 2017

TREKKING W NORWEGII

22.08 - 02.09.2017
Uczestnicy: Łukasz Piskorek, Asia Przymus

Od dłuższego czasu zarówno mi, jak i Łukaszowi chodziło po głowie, aby pojechać do Norwegii. Więc kiedy okazało się, że nasze plany urlopowe uległy zmianie i oboje nie mamy nic w zastępstwie na ten czas, szybko sprawdziliśmy ceny biletów lotniczych. Lekko modyfikując terminy udało nam się zakupić bilety zarówno na samolot, jak i na pociąg w przystępnej cenie.

Kiedy w przeciągu godziny zdecydowaliśmy się na Norwegię i przypieczętowaliśmy to zakupem biletów, nie było drogi odwrotu :) Trzeba było przemyśleć dokładną trasę i zaplanować potrzebne bagaże, co trzeba załatwić przed wyjazdem, co kupić, a co będziemy musieli znaleźć na miejscu. To nie byle co! nosić swój domek przez 10 dni! Łukasz był już zaprawiony w takich wycieczkach, dla mnie miał to być pierwszy raz. Wszystko jednak jakoś ,,samo" się poukładało i w końcu nadszedł dzień przed wyjazdem.

Na trekking wybraliśmy rejon w centralnej Norwegii, na styku trzech okręgów Hodaland, Buskerud oraz Sogn og Fjordane, częściowo mieliśmy się poruszać po terenie parku narodowego Hallingskarvet.

Podczas pakowania, zmieściliśmy się na styk do 32kg bagażu i dwóch toreb podręcznych. Na dzień przed wylotem, rozwiązywałam jeszcze problem ze sklepem, w którym zamówiliśmy kartusze z gazem. Mimo, że tydzień wcześniej dostałam potwierdzenie, że wszystko z naszym zmówieniem jest w porządku, to w poniedziałek okazało się, że zamówienie zostało anulowane… Całe szczęście, po wymianie maili udało się wszystko wyjaśnić i w ramach przeprosin dostaliśmy nawet zniżkę na nasz zakup.


22.08 Wtorek

Pierwszy dzień spędziliśmy na podróży. Po wyjściu z samolotu rozdzieliliśmy bagaże na dwa plecaki, które trochę zaskoczyły nas swoją ciężkością. Następnie, zamiast wsiąść do autobusu zawożącego prosto na stację kolejową, wybraliśmy się w naszą pierwszą pieszą trasę. Musieliśmy odebrać zamówione kartusze z gazem, a następnie poszliśmy do ,,miasta", na drobne zakupy (chleb, masło, po jednym napoju, żeby mieć butelki na resztę pobytu) i na dworzec kolejowy, gdzie spędziliśmy kilka godzin dzielące nas od wejścia do pociągu w stronę Drammen, by tam przesiąść się na jadący z Oslo pociąg, do Finse, gdzie wysiedliśmy o godzinie 4 rano.


23.08 Środa

Wybraliśmy się do Norwegii, zbyt późno, aby móc przeżyć jasną noc. Dlatego wysiadaliśmy w kompletnych ciemnościach. Pomimo całonocnej podróży byliśmy zbyt podekscytowani, aby rozbić namiot i chwilę się przespać, dlatego po krótkiej reorganizacji bagażu od razu ruszyliśmy na szlak. Szybko zaczęło się przejaśniać i zobaczyliśmy górski, surowy krajobraz, który miał nam towarzyszyć przez większą część tego dnia. Kamienie, kamienie, śnieg, kamienie, kamienie, potok, kamienie, kamienie, rwący potok, kamienie, śnieg, owca, kamienie…. Podczas śniadania na szlaku mgła ustąpiła. Według wszelkich prognoz, jakie oglądaliśmy przed wyjazdem, miało padać przez cały nasz pobyt, jednak mieliśmy szczęście i dni deszczowe były w mniejszości, nawet udało nam się nieznacznie opalić.

Park Narodowegy Hallingskarvet
Park Narodowegy Hallingskarvet
Przejście przez góry było bardzo absorbujące, poza skałami, przeprawialiśmy się przez oblodzone połacie śniegu, jedna nawet wymagała od nas zejścia do poziomu parteru. Zjazd na tyłku był jedynym bezpiecznym sposobem, do pokonania jej bez raków.

Po dojściu do Geiterygghytty, przeszliśmy jeszcze trochę szutrową drogą i zaczęliśmy się rozglądać za ustronnym i osłoniętym od wiatru miejscem z dostępem do wody na biwak. O to ostatnie nie musieliśmy się martwić, czysta woda w Norwegii jest na każdym kroku. Po rozbici namiotu poszłam po wodę trafiając na uroczą polankę nad jeziorem (rzeką? jednym z ciągu jezior połączonych wodospadami?) Łukasz widząc z góry, że miejsce, w którym się znalazłam jest pod każdym względem lepsze od tego w którym się rozbiliśmy (bardziej ustronne, bliżej wody, mniej wiatru), zarządził przeprowadzkę. Szybki obiad i…. spanie.

Nieprzespana noc i pierwsze zderzenie z ciężkimi plecakami wyciągnęła z nas sporo sił (nie na co dzień sypia się 15-17 godzin, ale też mogliśmy sobie na to pozwolić, ze względu na wczesna godzinę startu i rozbicia biwaku).


24.08 Czwartek

Rano trochę pomarudziliśmy przy śniadaniu, długo dobudzając się po hiperdługim śnie. Postanowiliśmy zaoszczędzić trochę czasu i początkowy odcinek przejść wzdłuż drogi. To był dobry wybór, samochody mijały nas sporadycznie, a po wejściu na szlak po 8km asfaltu, nasze tempo spadło drastycznie, jednak nie było możliwości, aby i ten odcinek pokonać jezdnią, ponieważ droga przejeżdżała przez dwa tunele (zakaz wstępu pieszym). W oddali widzieliśmy drugi tunel, za którym mieliśmy schodzić ze szlaku. Nie przybliżał się on ani trochę przez bardzo długi czas.

W dole biegnie droga
W dole biegnie droga
Z jednej strony zastanawialiśmy się czy nie rozbić biwaku wcześniej, ale z drugiej wiedzieliśmy, że powinniśmy dojść przynajmniej w pobliże miejsca, w którym zaplanowaliśmy nocleg. Przy końcówce szlaku natknęliśmy się na bramkę (spotyka się je co chwilę, zazwyczaj przy początku i końcu szlaku, odgradzają tereny, na których mogą się wypasać zwierzęta, dlatego trzeba pilnować, aby je zamykać, na jednej nawet było po angielsku napisane, że wg. norweskiego prawa, za ucieczkę zwierząt odpowiedzialny prawnie jest ten, kto nie domknął bramki), po przejściu której za rogu wyskoczyła koza z owcą, jakby tylko na nas czekały! Początkowo przestraszyliśmy się ich groźnych min, ale po chwili okazało się, że są przyjaźnie nastawione, tylko czekają na jakiegoś naiwnego turystę, który otworzy im bramkę :)

W końcu zeszliśmy do miejscowości Østerbø, w której nie było nic poza schroniskami i polem kempingowym, my jednak woleliśmy nocleg w bardziej dzikim miejscu, dlatego zapuściliśmy się w chaszcze, przeskoczyliśmy odnogę rzeki i znaleźliśmy uroczy biwak na kamienistej plaży. Tylko do wody było trochę daleko, ponieważ nie byliśmy początkowo przekonani do picia jej z leniwie płynącej odnogi, która miejscami była trochę zazieleniona. Jednak po wykorzystaniu całej wody którą nanieśliśmy, dostaliśmy klasycznego ,,lenia” i jednak skorzystaliśmy z tej wzbogaconej glonami. O dziwo nawet glony muszą tam być czyste, bo żadnego z nas nie dopadły żadne dolegliwości żołądkowe (ani po wypiciu tej wody, ani żadnej innej, przez cały wyjazd).


25.08 Piątek

Tego dnia do przejścia mieliśmy dolinę Aurlandsdalen, na niektórych internetowych stronach zwaną nawet Norweskim Wielkim Kanionem.

Uwaga! wysoko
Uwaga! wysoko
Początkowo nic nie wskazywało, żeby widoki miały odbiegać od tych z poprzedniego dnia. Przy chatach opisanych tabliczką Nesbo zrobiliśmy chwilę przerwy, zapatrując się na kolejne urokliwe jezioro. Potem zaczęliśmy się zagłębiać w dolinę. Rzeka po naszej lewej stronie zaczęła się coraz bardziej wcinać w dolinę, a szlak od niej oddalać, z początku wrażenie robiły wielkie głazy leżące w rzece, aż w pewnym momencie otworzył nam się widok na ogromną dolinę, jezioro w dole, urwisko po drugiej stronie. Krajobraz jak z Jurasic Parku. Tylko czekałam, aż obok przeleci jakiś pterodaktyl…

Dalej szlak uciekał od głównej części doliny, by później znowu prowadzić powyżej rzeki (cały czas płynącej gdzieś w dole i spadającej kaskadami i wodospadami coraz niżej). Dalej dolina nieco się rozszerzyła, odeszliśmy od rzeki, zboczyliśmy z trasy, aby zobaczyć znaną atrakcję Vetlahelvete, często w opisach określaną jako jaskinia. Choć wiedziałam, że nią nie jest to i tak z niecierpliwością oglądałam każdą tabliczkę, czekając aż pojawi się kierunkowskaz prowadzący do Vetlahelvette. Jest to dość duży kocioł wirowy, oddzielony od rzeki, a stagnująca w nim woda przybrała bardzo intensywny rdzawy kolor, który im dalej od brzegu (im głębiej), tym bardziej przechodzi w kolor czarny.

Przy końcu dolina ponownie się poszerzała i pokazywała swój ogrom, wtedy przez myśl mi przeszło, że te nasze Tatry są malusieńkie w porównaniu z tym co tam widziałam. Praktycznie aż do wyjścia z doliny nie udało nam się zbliżyć do rzeki. Późnej mieliśmy problem ze znalezieniem miejsca na biwak z powodu domów i ogrodzeń, jakie cały czas znajdowały się przy drodze. Dopiero po przejściu znacznej części Vassbygdi znaleźliśmy kawałek polanki między krzakami. Miejsce chyba było znane turystom, bo jakiś czas po nas, po drugiej stronie krzaków pojawiła się drugi namiot.


26.08 Sobota

Po ponownym przekalkulowaniu trasy doszliśmy do wniosku, że jesteśmy dzień do tyłu i powinniśmy to nadrobić. Poza tym nie ubywało wagi z plecaków (choć bardzo się o to podczas obiadów staraliśmy!) i perspektywa wdrapywania się 1400m pod górę na odcinku zaledwie kilku km nie budziła w nas zapału. Jedyną drogą na ominięcie grzbietu, był asfalt (a wg. wcześniejszych planów góra była jedyną drogą ominięcia jezdni z tunelami, którymi nie mogliśmy przecież iść!).

Nad Aurlandsfjorden
Nad Aurlandsfjorden
Żeby pokonać drogę musieliśmy wsiąść do autobusu, ale do niego też mieliśmy jeszcze kilka km do przejścia. Wyruszyliśmy z Vassbygdi do Aurlandsvangen. Na wysokości jeziora Vassbygdevatnet, droga prowadziła tunelem, tym razem wiedzieliśmy o obejściu dla pieszych w stronę którego się skierowaliśmy. Niezrażeni żółtą tabliczką i łańcuchem poszliśmy jak totalni ignoranci do przodu, przez małe tunele wykute w skale (trochę w nich przyspieszaliśmy, bo gdzieniegdzie leżały poobrywane głazy) i dopiero przy końcu natknęliśmy się na prawdopodobną przyczynę postawienia znaków - wielką wyrwę przeoraną głazami, prowadzącą prosto do jeziora. Całe szczęście okazało się, że da się przejść, tylko trzeba przykleić się do ściany i uważać, żeby się nie obślizgnąć - żadne z nas nie miało ochoty na kąpiel w jeziorze z plecakiem na plecach...

Po dotarciu do miasta zrobiliśmy zakupy, potem poszliśmy popatrzeć na Aurlandsfjorden - odnogę Sognefjorden, najdłuższego w Norwegii i drugiego najdłuższego na świecie fiordu (205km). Potem już tylko czekaliśmy na autobus, który w godzinę przejechał to na co my potrzebowalibyśmy trzech dni (63km). Wysiedliśmy po drugiej stronie pasma górskiego w Oppheim. Przeszliśmy wzdłuż całego jeziora i rozbiliśmy namiot na początku szlaku łączącego Oppheim z Lemme.


27.08 Niedziela

Może znajdzie się ktoś kto zrozumie...
Może znajdzie się ktoś kto zrozumie...
Najprzyjemniejszy pod względem pogody dzień! Trasa prowadziła przez góry, dość sympatyczna roślinność, która szybko okazała się roślinnością mokradeł... Wystarczyło nadepnąć i wokół buta pojawiała się kałuża wody. Płaskie góry, bo tak wyglądały - połacie ziemi, jeziorka, kawałek podejścia i znowu płasko. Na szczycie (najbardziej wybitny punkt na płaszczyźnie) spotkaliśmy biegacza, chwilę porozmawialiśmy i pobiegł. Wpisaliśmy się do książki (przyznaliśmy się do klubu i narysowaliśmy koślawego nietoperza). Droga w dół podobna, tylko przechodziła jeszcze przez trzy szczyty. Nagle zaczęli pojawiać się ludzie, dużo ludzi, ludzie z dziećmi i ludzie jedzący obiad na kamieniu. Tajemnica szybko się rozwiązała. Kawałek poniżej tego miejsca znajdował się parking. Dużo, dużo poniżej, stała budka, w której uiszczało się opłatę za wjazd. Pieniążek należało wrzucić do puszki, nie potrzebna była żadna pani z kasą…

Poszliśmy dalej drogą i po dojściu do Urdland zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem. Nie było to proste, ponieważ droga znajdowała się nad urwiskiem. Zeszliśmy prywatną drogą nad rzekę i tam ukryliśmy głębiej w lesie, pamiętając o zamknięciu bramki na moście, żeby konie nie uciekły (prośba do ,,drogich kajakarzy”, od właściciela, umieszczona na początku drogi).


28.08 Poniedziałek

I w końcu pogoda się popsuła, jeśli miałabym wybierać dzień, w którym miałabym iść w deszczu, to pewnie wybrałabym ten. Cały dzień szliśmy drogą (z małym skrótem przez las, gdzie przemoczyłam buty - no bo po co męczyć stopy na asfalcie, można iść w adidasach), niezbyt stromą i krótko. Zdążyliśmy sobie po raz kolejny przekalkulować trasę i wiedzieliśmy, że asfalt możemy rozłożyć na dwa dni. Dlatego też po przejściu połowy od razu szukaliśmy odpowiedniego skrawka ziemi na nocleg.

Deszcz trochę zweryfikował nasze poglądy na ,,wygodnie" oraz ,,na uboczu" i dlatego rozbiliśmy się w pierwszym miejscu, gdzie pojawiło się kilka drzew oraz woda. W związku z tym układając się do snu mościliśmy się pomiędzy co większymi kępami trawy, które wybijały się spod podłogi namiotu.


29.08 Wtorek

Drugi odcinek asfaltu pokonywaliśmy z większym optymizmem, choć pochmurnie to nie padało. Trochę energii dodawała nam myśl o sklepie, który miał być w Mjølfjell. Całą drogę wyobrażaliśmy sobie co dobrego sobie kupimy. I cole, i lody, i owoce, i coś na obiad, żeby nie jeść znowu pulpy, i słodycze.... Rozczarowaliśmy się, ponieważ zamiast sklepu znaleźliśmy restaurację dla rowerzystów, od tego zamkniętą w poniedziałki i wtorki...

Na końcu drogi znajdowało się schronisko Mjølfjell Ungdomsherberge, trochę kusiła tabliczka z napisem ,,heated pool", ale uznaliśmy, że na to przyjdzie czas po powrocie i weszliśmy na Rallarvegen (droga powstała na początku XX wieku podczas budowy linii kolejowej Oslo-Bergen, pierwotnie służyła robotnikom do przewozu materiałów i sprzętu, a po uruchomieniu linii wykorzystywana była przez obsługę kolei, obecnie jest jedną z najbardziej znanych tras rowerowych w Norwegii). I dość szybko zostaliśmy zmuszeni do rozbicia się, z powodu ulewy. Pierwsze dogodne miejsce okazało się kolejnym mokradełkiem i buty, które tak skrupulatnie suszyłam na nogach cały dzień, po raz kolejny zostały przemoczone :(


30.08 Środa

Kolejny dzień z przeprawą przez góry. Do Upset szliśmy po Rallerwagen, stamtąd odbiliśmy na szlak turystyczny. Chwilę rozważaliśmy, czy przeczekać zbliżającą się ulewę pod dachem, na werandzie którejś z pozamykanych chat, czy iść i liczyć, że ulewa nas ominie.

widoki z Myrdal
widoki z Myrdal
Choć nie szliśmy w nawałnicy, to jednak cały czas padało. Podejście nie było ciężkie, ale też szliśmy powoli, ostrożnie sprawdzając, czy kamienie nie są śliskie, więc zdobywanie wysokości wcale nas nie męczyło. W pewnym momencie przegapiliśmy rozwidlenie szlaków i poszliśmy prosto, nie tą drogą, którą mieliśmy. Łukasz szybko się zorientował i zawróciliśmy, a żeby nie nadrabiać całej odległości zaryzykowaliśmy przejściem pomiędzy jeziorami (a tam jeziora zazwyczaj połączone są przynajmniej potokiem, jak nie rwącą rzeką) w kulminacyjnym momencie ratując się skokami po kamieniach przez potok (część kamieni musieliśmy uzupełnić, bo nie starczyło by nam skoków).

Dalej zaczęliśmy wchodzić w dolinę, zapewne bardzo ładną, jeślibym tylko się jej dłużej poprzyglądała, zamiast patrzeć pod nogi. Na końcu dolina urywała się, dochodziła do drugiej, poprzecznej, w którą skręciliśmy i szliśmy szlakiem już nie dnem a po zboczu.

W końcu doszliśmy do Myrdal (gdybyśmy byli zmęczeni, albo mieli niedostatek czasu moglibyśmy już tutaj wsiąść do naszego pociągu, przezornie bilety powrotne kupiliśmy na dłuższe trasy). Spaliśmy nad jeziorem Seltuftvatnet.


31.08 Czwartek

idziemy szlakiem Rallervegen
idziemy szlakiem Rallervegen
Teraz podzieliliśmy pozostałą drogę na pół, tak jak wcześniej zrobiliśmy z drogą asfaltową. Ruszyliśmy pod górę, aby z powrotem dojść do Rallerwagen. Pięliśmy się wzdłuż wodospadów, które przelewają wodę do coraz to niższych poziomów jezior, by doprowadzić ją do fiordu. Pierwszy odcinek był najbardziej widowiskowy. Musieliśmy tylko uważać na roboty drogowe (szlakowe).

Podejścia były nieodczuwalne, zresztą plecaki też ważyły sporo mniej, namiot też już przesechł więc wrócił do normalnej wagi. Ludzi spotykaliśmy zdecydowanie więcej, głównie rowerzystów, pieszych zaledwie kilku.

Tu już nie było drzew ani krzaków, dlatego nie pozostało nam nic innego jak rozbić się na widoku. Chwilę później znowu zaczęło kropić, ale w połączeniu z porywistym wiatrem namiot i tak pozostał w miarę suchy.


01.09 Piątek

Tego dnia nie działo się zupełnie nic, po prostu szliśmy, nawet specjalnie się nie spiesząc, nie mieliśmy wiele do przejścia, a bilety mieliśmy wykupione dopiero na pociąg w środku nocy. Po drodze mieliśmy okazję oglądać, jak wygląda transport materiałów budowlanych w wersji norweskiej. Parokrotnie ciekawił nas odgłos latającego helikoptera, aż doszliśmy do miejsca, w którym mieliśmy możliwość go zobaczyć oraz ładunek jaki miał podczepiony i szybki rozładunek jaki zrobił, potem odleciał, a po jakimś czasie zobaczyliśmy go znowu z ładunkiem i tak cały ranek 😃

Skończyliśmy pętlę i naszą wycieczkę :(
Skończyliśmy pętlę i naszą wycieczkę :(
Na stacji mieliśmy dużo czasu do spożytkowania. Pierwszą potrzebą jaką chciałam spełnić było wymycie się w ciepłej wodzie. Weszłam do łazienki, w przerwie między przyjeżdżającymi pociągami, aby nikomu nie utrudniać dostępu do łazienki i jako tako obmyłam się w maleńkiej umywalce, większym wyzwaniem było wymycie włosów, ale i to mi się udało. Kiedy zgłodnieliśmy, wygrzebaliśmy resztkę naszego jedzenia i zrobiliśmy je w ostatniej chwili nim przyszła kolejna fala deszczu. Z wszystkich pożywnych i dobrych obiadów, piure z gorącymi kubkami był najmniej smaczny :D

Chwila drzemki i o godzinie 22 zostaliśmy wyproszeni z głównej poczekalni… całe szczęście pan zgodził się byśmy przeczekali do naszego pociągu w małym pokoiku przy wejściu, inaczej chyba byśmy zamarzli czekając na dworze (Finse, nie dość, że w górach to jeszcze znajduje się w niedalekiej odległości od lodowca Hardangerjøkulen).

Stamtąd mieliśmy dobry widok na akcję rozładunkową towarów z pociągu, dla hotelu. Znowu ślinka nam pociekła na widok smakołyków dla hotelowych gości. I znowu zaczęliśmy litanię, co dobrego do jedzenia sobie kupimy po powrocie. O pierwszej wsiadaliśmy do pociągu, prawie od razu zasnęliśmy.


02.09 Sobota

Obudziłam się około 6 rano, parę stacji przed Oslo, gdzie mielimy przesiadkę. Potem mieliśmy godzinę czekania na następny pociąg (nie wykupiliśmy biletu na wcześniejsze połączenie z obawy przed opóźnieniami). Tym razem wykazaliśmy się sprytem i postanowiliśmy nie jechać do samego Sandefjord, a wyjść wcześniej, koło lotniska (,,koło” - 2m od niego 😃), ku naszemu zaskoczeniu, stał tam autobus z napisem po angielsku ,,darmowy dojazd na lotnisko”. Na miejscu znowu przepakowaliśmy dwa plecaki do jednego i dwóch toreb podróżnych. Podczas ważenia bagażu okazało się, że ubyło nam 10kg (prawie całe jedzenie). Jeszcze dwie godziny lotu i byliśmy z powrotem w Polsce.


Trochę liczbowego podsumowania:

Nasze nogi pokonały: 180km

Łączna suma podejść: 5500m

Liczba przechodzonych dni: 10 dni


Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z naszego wyjazdu!

http://foto.nocek.pl/index.php?showall=&path=.%2F2017%2Fnorwegia&startat=1

Tę stronę ostatnio zmodyfikowano 05:55, 14 wrz 2017.
zaloguj się