Strona główna | Aktualności | O klubie | Członkowie | Wyjazdy | Wyprawy | Kursy | Biblioteka | Materiały szkoleniowe | Galeria | Inne strony | Dla administratorów

Relacje:Oman 2018

SUŁTANAT OMANU - wyprawa klubowa

11 - 21 01 2018
Uczestnicy: Mateusz Golicz – kierownik, Kaja, Damian Szołtysik, Teresa Szołtysik, Henryk Tomanek, Piotr Strzelecki, Karol Pastuszka, Iwona Pastuszka, Joanna Przymus, Sylwia Solarczyk (Speleoklub Tatrzański)

Prolog

Oczekiwanie na samolot

Swoimi opowieściami o Sułtanacie Omanu oczarował nas rok temu Mateusz, który odwiedził ten kraj kilkukrotnie. Między opowieści wplótł propozycję wspólnego klubowego wyjazdu. W ten sposób, w październiku każdy z nas musiał w dość krótkim czasie podjąć decyzję, czy chce dołączyć do wyprawy. Poza Mateuszem i Kają, którzy planowali wyjazd tak jak w poprzednim roku, 8 osób powiedziało ,,tak”. Machina ruszyła, zaczęły się spotkania, omawianie planów, wymiana maili, pertraktacje, kto bierze namiot, kto palniki, kto zostanie kierowcą, a kto pasażerem.

Każdy z nas z niecierpliwością wyczekiwał wyjazdu, żeby uciec od szarej zimy, poznać nowy kraj, ludzi i ich kulturę. Każdy wyjechał ze swoimi planami w głowie, część udało się zrealizować, część została na następny raz. Choć gdyby spytać każdego po powrocie o wrażenia, to sądzę, że każdy z nas powiedziałby, że wszelkie oczekiwania jakie można było postawić, zostały spełnione.


Dzień przed wyjazdem.

Oczekiwanie pierwsze: zmieścić sprzęt, jaskiniowy, wspinaczkowy, biwakowy i ubrania do ograniczonego bagażu.
Pierwszy biwak

Patrząc na chaos powstały po wyłożeniu na ziemi wszystkiego co planowałam zabrać, nie wierzyłam, że jest to możliwe by zmieścić to w torbie i plecaku podręcznym. Nie trzeba jednak było magicznej torby bez dna, a jedynie trochę doświadczenia wyniesionego z gry tetris, by upakować wszystko do dwóch toreb.

W tym miejscu trzeba nadmienić, że pakowanie i wybieranie rzeczy zostało znacznie ułatwione przez Mateusza i Kaję, którzy podzielili się swoimi doświadczeniami z poprzednich wyjazdów oraz przybliżyli nam kulturę Omanu (co miało znaczenie szczególnie dla dziewczyn, które chciały pogodzić swoje przyzwyczajenia i przekonania z szacunkiem dla odwiedzanego kraju).


Dzień wyjazdu (11.01)

Oczekiwanie: zaznać trochę ciepła zimą.
Widok na Wadi Al Abyad

Wylot wczesnym rankiem, odprawa, dojazd na lotnisko - chyba nikt nie spał dłużej niż 3 godziny, niemniej wszyscy dotarli na czas i bez problemów znaleźli się na pokładzie samolotu. Trasę jaką pokonaliśmy, można by w skrócie przedstawić tak:


Grzanie się pod pierzyną w zimowej Polsce -> lotnisko w Krakowie -> lotnisko w Monachium -> lotnisko w Zurychu -> metro na inny terminal -> inny terminal w Zurychu -> tankowanie w Dubaju -> Muscat -> hotelowe łóżko i spanie przy otwartym oknie w zimowym Omanie

Przed spaniem zdążyliśmy jeszcze wypożyczyć samochody, poczuć ciepły klimat (Muscat znajduje się niewiele powyżej zwrotnika Raka) oraz wybawić z opresji Pitera, podejrzanego o planowanie szpiegowania Omanu w nocy.

Celnik: Do czego to służy [pokazując na lornetę Piotrka w plecaku podręcznym]

Piter i ja: Do oglądania ’stars’

Celnik: Stars? Night? [poruszenie i konsternacja]

My: Tak, tak, night! [spokój i radość z dogadania się]

Celnik: Night!!!!!!!!!!!!! [nerwowość i wołanie wsparcia]

Pierwszym, który zrozumiał naszą katastrofalną logikę przyrównującą oglądanie gwiazd do oglądania nocy był Mateusz. Poruszył się równie mocno jak celnik, wołając, że właśnie przyznaliśmy się do przemycania noktowizora, a nie przewożenia zwykłej lornetki! Całe szczęście sprawa się wyjaśniła i dalej już bez przeszkód (tylko z jedną kontrolą zdjęć jakie wykonał Heniek przy stanowiskach wizowych) weszliśmy na teren Sułtanatu Omanu.


Dzień pierwszy - organizacyjny (12.01)

Oczekiwanie: spotkanie z inną kulturą, odnalezienie Moho.
Zdobywamy szczyty

Dzień rozpoczęliśmy od śniadania w hotelu, gdzie jeszcze czekały na nas europejskie kąski, choć już przeplatane jedzeniem dla nas egzotycznym. Przekonał się o tym zwłaszcza Piter, zaprawiając swoją kawę ‘mlekiem’. Mleko okazało się jakimś dziwnym przysmakiem, a w połączeniu z kawą tworzyło mieszankę nie do wypicia.

Po naradzie (co ironiczniej nazywanej przez niektórych zebraniem) ustaliliśmy, że nie potrzeba 10 osób do zrobienia zakupów (w carrefourze!!!) i że połowa może zrobić sobie w tym czasie wycieczkę.

Nie byłam obecna podczas zakupów, ale z zasłyszanych opowieści wiem, że nie odbiegały znacznie od tych robionych w europie, jedynie niektóre produkty na półkach i ludzie obecni w sklepie przypomniały, że jest to Carrefour na Półwyspie Arabskim, a nie w Rudzie Śląskiej…

Pozostała zaś piątka poszła na spacer krótkim szlakiem geoturystycznym Mutrah Geotrek, a następnie promenadą, wysłuchując co jakiś czas nawoływań Muezzin’a - i to rzeczywiście sprawiało, że czuliśmy, że dotykamy obcej kultury oraz poznajemy zwyczaje z którymi nie stykamy się na codzień. I nawet teraz, przywołując wspomnienia, słyszę w głowie również te pieśni, które dodają wszystkim pojawiającym się obrazom niepowtarzalnego uroku.

Tego dnia przejechaliśmy do wadi Al Abyad (wadi Far) na nocleg. I ten opis byłby niepełny, gdyby nie wspomnieć o Moho. Choć nie znalezione, to wspominane w żartach do końca wyjazdu. Zostałam na czas lotu, wyposażona przez Mateusza, w przewodnik geoturystyczny, który przypomniał mi, że w Omanie znajduje się strefa nieciągłości Mohorovičicia (w skrócie Moho). Jest to ,,granica pomiędzy skorupą ziemską i płaszczem ziemi. (...) Leży na różnych głębokościach, pod oceanami średnio na głębokości 5-8 km, natomiast pod kontynentami znacznie głębiej – około 35 km. (...) Wskutek ruchów tektonicznych w przeszłości, w szeregu miejsc na Ziemi doszło do wyniesienia dawnej granicy Moho i jej odsłonięcia (...)”. I właśnie jednym z takich niewielu miejsc jest dolina Al Abyad. Dolina była po drodze więc nie można nie było nie skorzystać z okazji zobaczenia Moho. Jeszcze wieczorem po przyjeździe w dolinę, wyruszyliśmy z najdalszego miejsca w jakie dały radę wjechać nasze samochody, szukając Moho. Nie potrafiłam dobrze wytłumaczyć kolegom jak ma wyglądać TO Moho, ani GDZIE dokładnie się znajduje, w związku z czym każdy napotkany przez nas kamień był potencjalnym skarbem, a każdy zakręt miał odkryć przed nami tajemnicę ziemi. Niestety, ograniczyło nas zachodzące słońce, które uniemożliwiło dalsze poszukiwania. Widać Ziemia, jeszcze nie była gotowa by się tym z nami podzielić.


Dzień drugi - pierwsze spotkanie z górami (13.01)

Oczekiwanie: zdobyć jakąś górę!
Kasa na wejściu do Fortu w Nizwie

Gór mieliśmy pod dostatkiem, wybrać należało jedynie dogodny moment na ich zdobywanie. Po uzupełnieniu prowiantu i benzyny wjechaliśmy na drogę, która miała nas przeprowadzić przez góry. Droga ta odbiegała znacznie od naszych oczekiwań, głównie z tego powodu, że nie spotkaliśmy się wcześniej z takimi drogami. Utwardzone, szutrowe drogi wiodące pomiędzy grzbietami, wzdłuż skarp i będące zalane betonem jedynie tam, gdzie połączenie zakrętów 180 st i stromizny, absorbowało całą moc naszych aut 4x4. Zatrzymaliśmy się przed kanionem Little Snake (tłum. Mały wąż). Na rozgrzewkę, przed dużym wężem (Snake Gorge), którego przejście rozważaliśmy następnego dnia. Kanion bardzo przyjemny, bezsprzętowy i jak większość dolin, czy wadi po jakich chodziliśmy, był usłany dużymi i wielkimi głazami (oczywiście wygładzonymi przez wodę), dzięki którym spacer zamieniał się w parkour’ową przygodę.

Jak wspomniałam, kanion nie wymaga użycia sprzętu, ale miał być rozgrzewką - otóż znajdował się w nim odcinek wodny - 50m, którego nie szło ominąć, ale nikt nie widział przeszkody we wskoczeniu tam w ubraniu i przepłynięciu dalej. W połowie jednak była łacha piasku, na której dało się stanąć. Łacha ta stała się miejscem głębokich rozważań ,,iść dalej, czy nie iść dalej” - woda niezwykle zimna jak na panujący wokół upał, stała się przystępniejsza dopiero po przeschnięciu i powrocie, kiedy nasze ciała nie były już tak nagrzane. Zrobiła w naszych głowach spory zamęt. Co jeśli duży snejk też będzie tak mroził? I to nie jednym odcinkiem, a ciągle przez 4 godziny? Tam już nie ma możliwości zawrócenia. Każdy by poszedł, ale brakowało nam neoprenów, które zalecały inne ekipy, które już tam były….

Kąpiel z atrakcjami

Spod kanionu pojechaliśmy do Balad Sayt - niewielkiej wioski, do której jednym z wejść jest stromy i raczej suchy kanion. Stamtąd wyruszyliśmy zdobywać szczyty! To znaczy jeden. Choć pozornie wydawało się, że jest tak blisko, to podczas wchodzenia do góry (miejscami dwójkowej wspinaczki), koniec wcale się nie przybliżał. Za to słońce do horyzontu tak. Na piękny zachód słońca spóźniliśmy się jakieś 10 minut, z góry schodziliśmy po ciemku i tym razem nie widząc żadnych elementów szlaku, ani przepaści szliśmy trochę pewniej. Światła wioski przybliżały się znacznie szybciej niż szczyt. Spowalniały nas jedynie kolce akacji, które podstępnie wbijały się do rąk, albo przykuwały podeszwy adidasów i zatrzymywały się na stopie.

Wieczorem przy grillu długo nikt nie chciał pierwszy powiedzieć, że Snake'a trzeba odpuścić, każdy chciał spróbować, ale Mały Snake pokazał nam, że trzeba być lepiej przygotowanym na taką przygodę nawet jeśli wydaje się nam, że w kraju takim jak Oman o hipotermii nie słyszano.


Dzień trzeci - Nizwa (14.01)

Oczekiwanie: spotkanie z przeszłością
Biwak na wysadzie solnym

Nizwa to jedno z większych miast w Omanie, znajduje się po drugiej stronie pasma górskiego Al-Hajar. W Nizwie zwiedzaliśmy Fort , wybudowany w 1668 roku. Chcieliśmy jeszcze poczuć klimat miasta, ale te było jak wymarłe. Z postanowieniem powrotu wieczorem, kiedy miasto już odżyje, pojechaliśmy do kolejnego wadi, gdzie poruszaliśmy się w górę wzdłuż falaj'a (czyli akweduktu, którym woda spływa z głębi wadi do wioski), schodząc z drogi tylko pasterzowi wołającemu swoje kozy. Po dotarciu do odpowiedniego zagłębienia wypełnionego wodą, rozpoczęliśmy relaks. Miejsce to było odpowiednio oddalone od ludzi, aby dziewczyny mogły swobodnie przebrać się i pokazać w kostiumach kąpielowych, odpowiednio chłodne i mokre by spędzić w nim najgorętszą porę dnia, z wodą o temperaturze gwarantującej ochłodę, ale nie hipotermię, na tyle duże, by każdy mógł trochę popływać oraz głębokie i otoczone skałami by móc skakać do woli!!! Z boku nawet znajdował się mały wodospad którym spływała rozgrzana woda i co większe zmarzluchy mogły się pod nim wygrzać. W drodze powrotnej ustępowaliśmy drogi kozom wracającym na wypas i radzącym sobie doskonale w poruszaniu się po falaj'u.

Wieczór spędziliśmy z Niziwe na kupowaniu pamiątek i lokalnych przysmaków i dalej w samochodzie, jako że mieliśmy kaprys zobaczyć jaskinie solne w egzemacie solnym gdzieś pośrodku niczego.


Dzień czwarty - wizyta na marsie (15.01)

Oczekiwanie: Zobaczyć jaskinie jakich jeszcze nie widzieliśmy!
Pustynia Wahibah

Krajobraz w jakim się obudziliśmy bliższy był widokom z marsjańskiego łazika niż widokówkom z ciepłych krajów, ale za to byle wyjście ,,na stronę” owocowało odnalezieniem brył soli, albo jakieś wnęki w niej powstałej. Miejscami, gdzie widoczne były ślady łupania przez poprzednich pasjonatów dziwnych i odludnych miejsc, ziemia pokryta była drobnymi kryształkami, czystymi i odbijającymi światło.

Po śniadaniu poszliśmy zwiedzić jaskinie. Była to sieć kilku korytarzy w miejscach wypłukanej (albo wykruszonej) spod skał soli. Bawiliśmy się tam przez jakiś czas w odkrywców jaskiń i poszukiwaczy soli. Temperatura w środku jaskiń wg. zapowiedzi Mateusza była znacznie wyższa niż na zewnątrz (w razie wątpliwości należy przypomnieć sobie wykłady kursowe - w jaskini panuje średnia roczna temperatura powietrza na danym obszarze, dlatego zimą w jaskini jest cieplej niż na zewnątrz).

Po zwiedzaniu przyszła pora na etap samochodowy. Początkowo trasa wiodła przez dość surowy krajobraz, zero roślin, kamienie, widoczne w oddali fatamorgany oraz płonące wieże towarzyszące wydobyciu ropy naftowej.

Miłym przeżyciem było robienie zakupów nie w supermarkecie, a w mniejszym mieście gdzie wyraźni czuć było, że jesteśmy naprawdę daleko od europy. Omańczyk poproszony o wskazanie sklepu, gdzie można kupić mięso zaprowadził nas przed sklep w którym to mięso robiło się na oczach kupujących, niestety cała koza była za duża na naszego grilla więc nie skorzystaliśmy z zakupów w tym sklepie. Pod innym sklepem staliśmy się (stałyśmy się) widowiskiem dla gromadki omańskich chłopców, którzy wychylali się zza regałów i witryny sklepiku, witając się z nami raz po raz.

Biwak według planu został rozbity na piaszczystej pustyni Wahibah, w miejscu, które wydawało nam się wystarczająco dalekie, by było odludne.


Dzień piąty - bawimy się (16.01)

Oczekiwanie: zobaczyć wschód słońca nad pustynią, poczuć wiatr we włosach, odwiedzić naturalny Aquapark.
Pustynia Wahibah


Miejsce nie było wystarczająco odludne, pierwszą wskazówka był przejazd terenówki w środku nocy, zaraz koło naszych namiotów, drugą to że jeszcze przed świtem na drodze w dole zaczęły jeździć ciężkie samochody. Zaplanowaliśmy pobudkę na wschód słońca i znowu zapomnieliśmy, że ciągle jest zima i do tego znajdujemy się na pustyni i nawzajem podśmiechiwaliśmy się z siebie stojąc w puchówkach, owinięci śpiworami.

Wschód słońca był piękny, piękne były ślady chodzenia, kroczenia i pełzania pozostawione na piasku przez setki unikających naszego wzroku stworzeń, piękna była zagroda dla kóz dwie wydmy dalej i jeszcze piękniejszy kamieniołom oraz ,,kopalnia” piasku kawałek dalej.

Jednak cały czas nie czuliśmy się jakbyśmy byli na pustyni. Wystające gdzieniegdzie krzewy burzyły nasze wyobrażenie o piaszczystej pustyni. Dlatego przed dalszą trasą zajechaliśmy jeszcze dalej w głąb pustyni (nie nie po piachu, tak na pustyni też można zbudować utwardzoną drogę szutrową) do miejsca, gdzie roślinność zniknęła, a wydmy urosły. Wybraliśmy najwyższą, znacznie oddaloną od drogi, ustanawiając ja celem. Po drodze jak i na samej wydmie, mieliśmy kupę zabawy, piach amortyzujący wszelkie upadki pozwalał na różnego rodzaju szaleństwa, eksperymenty fotograficzne, a deptanie miejsc w których jeszcze nie było śladów kolegów dawało taką samą radość, jak przecieranie szlaku w górach!

Podczas dalszej drogi, tym razem w stronę Sur, zatrzymaliśmy się przy forcie Ja’alan Bani Bu Hasan, odrestaurowanym tradycyjnymi metodami i miejscami wyposażonym, tak by poczuć się jak mieszkaniec.

Po południu i po przejechaniu kolejnego odcinka wybraliśmy się do wadi al Shab, miejsca raczej turystycznego, ale zachwalanego przez przewodniki. Niespodzianka pierwsza: most do wadi się zawalił, trzeba wykupić przejazd łódką, niespodzianka druga: mamy mało czasu ostatni powrotny przejazd za 2 godziny, niespodzianka trzecia: dolina jest naprawdę piękna i było warto.

Wadi Al Shab

Od pierwszego jeziorka, można iść wodą dalej w głąb doliny. Najdalej dochodzimy w trójkę (Iwona, Mateusz i Ja), do miejsca, gdzie kończy się woda. Wracając bez pośpiechu (zjeżdżalnie, skoki do wody, zdjęcia podwodne), zapominamy jak mało czasu mamy. Po powrocie nad brzeg pierwszego jeziorka, zastajemy tam tylko gotowego do drogi Karola. Dajemy mu cały sprzęt elektroniczny i każemy biec, ile sił, żeby zdążył na ostatnią łódkę powrotną. Sami, po przebraniu się też biegniemy, choć oswojeni z myślą, że na końcu doliny czeka nas jeszcze jedna kąpiel, żeby wrócić na drugi brzeg. Dobiegliśmy chwilę po tym, jak ostania łódka odbiła od brzegu, całe szczęście wypełniona naszą ekipą, każącą zawrócić przewoźnikowi, dzięki czemu i my wracamy susi do samochodów. Przed noclegiem pokonujemy jeszcze kilka serpentyn, co dało nam następnego poranka przewagę nad upływającym czasem.


Dzień szósty - jaskinia 7th Hole (17.01)

Oczekiwanie: zobaczyć wielką dziurę w ziemi
Zjazd do 7th Hole

Rano zaczynamy mozolną trasę do góry, ze względu na stromizny i zakręty nasze samochody powolnie toczą się do góry, mijając po drodze wielbłądy, których wypatrywaliśmy od przyjazdu, ale nie sądziliśmy, że będziemy je musieli przeganiać sprzed kół! Mijamy też wioskę (która nazajutrz okazała się opuszczoną), oraz kilka gospodarstw. Na płaskowyżu Salmah, niedaleko jaskini natrafiamy na obóz francuskich grotołazów z którymi zamieniamy parę słów.

Dojeżdżamy pod jaskinię 7th Hole - ogromna dziura w ziemi jest widoczna z daleka! Dreszczyk przechodzi na myśl o zjeździe na dół stu metrowym odcinkiem liny! Połowa ekipy zjeżdża na dół 250m studni, finalnie będąc zmuszonymi do wycofania się z trawersu i powrotu drogą zjazdu przez wodę, która zalała jaskinię w dalszych partiach. Druga część ekipy w tym czasie uzupełnia zapasy, rozbija biwak i próbuje trochę się ogrzać nad namiastką ogniska i czeka na powrót reszty.


Dzień siódmy - wycieczki polsko-francuskie (18.01)

Oczekiwanie: jeszcze raz zasmakować w wielkiej jaskini. Przekonać się, że na ludzi można liczyć.

Szczegółowy plan odwiedzenia jaskini Kahf Tahry został ustalony ze szczegółami o godzinie 5 rano, kiedy wróciła ekipa z jaskini 7th Hole. Jednak rano, wraz z pojawieniem się zdyszanego francuza w naszym obozie, uległ całkowitej zmianie. Jego ekipa miała problem z akumulatorem, brak kabli oraz ludności w pobliskiej (opuszczonej) wiosce spowodował, że zdecydowaliśmy się rozdzielić - Mateusz wraz z częścią zagranicznej ekipy zjechał z gór. W zamian znajomy już francuz poszedł z nami do jaskini, by pokazać nam drogę dojścia zamiast Mateusza. Całe poranne zamieszanie sprawiło, że wyszliśmy do jaskini znacznie później niż planowaliśmy, co pozwoliło nam na spenetrowanie jej tylko do miejsca, w którym zaczynały się liny.

7th Hole

Od początku trasa dojścia oferowała niesamowity krajobraz - szliśmy wzdłuż ściany wielkiego kanionu, z daleka było widać w nim ogromne głazy (większe nawet niż nasze jurajskie skałki) i nagle naszym oczom ukazał się otwór, tak wielki, że rosły w nim drzewa (a raczej w jego dolnej części), od zobaczenia go, trzeba było jeszcze iść jakieś 15 minut klucząc pomiędzy blokami skalnymi, które odpadły ze stropu. Sama jaskinia w środku była równie wielka (jak niektórzy stwierdzili ,,wielka jak hangar”), wszystko co było w środku również było wielkie - jakby ktoś nas zmniejszył, albo powiększył Tatrzańską jaskinię wraz z wszystkimi elementami wnętrza.

W drodze powrotnej zgubiliśmy drogę we mglę, ale udało nam się wrócić na czas. Mateusz i reszta ekipy również obwieścili nam sukces swojej misji. Mogliśmy zjechać z gór z poczuciem spełnienia.

Droga jaką mieliśmy zjechać okazała się nieprzejezdna, całkowicie zniszczona przez któryś z zaledwie kilku deszczy, jakie w ciągu roku spadają w Omanie i jeszcze nieodbudowana. Straciliśmy tam sporo czasu i po powrocie na drogę, którą mogliśmy zjechać z gór było już całkowicie ciemno, co trochę spowolniło i tak powolne toczenie się na dół.


Dzień ósmy - wspinaczka, buldering i parkour (19.01)

Oczekiwanie: wspinać się w Omanie
Otwór Kahf Tahry

Obudziliśmy się w wadi Dibah, całą noc towarzyszyło nam rechotanie żab w jeziorku przy którym spaliśmy. Na nasze niepocieszenie, jeziorko było błotniste i mętne tak, że nikt nie zdecydował się na kąpiel.

Część ekipy pojechała wykąpać się w oceanie i zbierać muszelki. Druga część pojechała do Wadi Daykach, żeby się wspinać.

Znaleźliśmy w Wadi odpowiednie miejsce, obok grupy wyglądającej na tubylczą. Wzrok przyciągały zwłaszcza kobiety, które pokazywały, że można pogodzić uprawianie sportu (nawet tak ekstremalnego jak wspinaczka), z islamskimi zwyczajami. Dotychczas zdarzyło nam się widzieć tyko jedną pływaczkę w stroju kąpielowym dokładnie zakrywającym jej ciało, tu dziewczynom spod kasków wystawały chusty okrywające ich głowy.

Poprowadziliśmy kilka dróg, które następne osoby wspinały na wędkę. Wybraliśmy drogi, które według posiadanego topo, miały odpowiadać naszym umiejętnościom, szybko się jednak okazało, że nikomu z nas nie sprawiają one większej trudności. Czyżby wyślizgane tysiącami rąk jurajskie skały tak bardzo zaciemniały nam obraz naszych umiejętności? Ciężko stwierdzić, faktem jest, że tarcie na Omańskich skałach było doskonałe, stojąc i łapiąc za małe krawądki, można było czuć się pewnie.

Po dość krótkim czasie przejechaliśmy do Wadi As Suwayh, po drodze wjeżdżając na tamę w górnej części wadi Daykah. W As Suwayh najpierw się wykąpaliśmy w jeziorkach przed wioską, po czym poszliśmy dalej zwiedzać. Tutaj znowu pojawiły się duże głazy i buldery. Rozochocona po porannej wspinaczce, omijałam drogi biegnące po dnie doliny, a wybierałam wspinaczkę przez buldery, dalej wszyscy szliśmy kolejnym Falaj’em, do miejsca, w którym znaleźliśmy kolejne krystalicznie czyste jeziorko. Wróciliśmy inną drogą, prowadzącą przez plantację daktyli. Przejście przez wioskę była dla nas po raz kolejny bardzo miłym przeżyciem. Każdy napotkany mieszkaniec uśmiechał się do nas i pozdrawiał, nawet najmniejsze dzieciaczki, wołały do nas ,,Hi, how are you?” i przyjaźnie machały.

Ostatnią noc spędziliśmy na plaży Kuerm, nad Oceanem Indyjskim.


Dzień dziewiąty - pożegnanie z Omanem (20.01)

Oczekiwanie: Zwiedzić Wielki Meczet, wykąpać się w oceanie Indyjskim.
Wspinanie w Wadi Daykah


Wielki Meczet Sułtana Quaboos'a dla innowierców otwarty był pomiędzy 8, a 11. Stąd nasza wczesna pobudka i możliwość zobaczenia wschodu słońca nas oceanem...

Przed wizytą w meczecie, odwiedziliśmy myjnie samochodowe, ponieważ nasze pojazdy były brudne, nawet jak na polskie standardy i obawialiśmy się, że zaparkowanie ich w takim stanie, pod Wielkim Meczetem mogłoby zostać odebrane jako obraza majestatu Sułtana.

Tutaj nie było taryfy ulgowej, należało ubrać się stosownie, zakrywając kostki, nadgarstki, obojczyki i głowy. Kaja i Sylwia zdecydowały się na wypożyczenie tradycyjnych strojów. Mieliśmy okazję zobaczyć miejsce, które nie byłyby normalnie dostępne dla innowierców czy nawet kobiet. Przechadzaliśmy się boso po śnieżnobiałych lśniących posadzkach, wzdłuż dziesiątek mozaik. Największe wrażenie robiła sala modlitw mężczyzn, z ogromnymi żyrandolami i drugim największym dywanem na świecie (był pierwszy, póki Arabia Saudyjska nie poczuła potrzeby posiadania ,,naj” w swoim dorobku). Co parę kroków stali imamowie, którzy opowiadali o Meczecie i jego budowie.

Zaczepieni przez nauczycieli koranu, daliśmy się skusić na chwilę rozmowy. Kobieta, do której nas zaprowadzono ku naszemu zdziwieniu przywitała nas po polsku! Spędziliśmy z nią kilka chwil, na rozmowie (dość luźnej, nie tylko na tematy religijne) i poczęstunku daktylami, chałwą daktylową i kawą. Po wyjściu od niej musieliśmy opuścić meczet, ponieważ kończył się czas, w którym mogliśmy w nim przebywać.

Zaproszeni na pogawędkę w meczecie

Dalej dzień potoczył się szybko, zakupy, przepakowanie torb do samolotu, czyszczenie samochodów, chwila oddechu na plaży i wreszcie kąpiel w oceanie Indyjskim. Czy zamoczenie nóg do kolan to kąpiel? Mam nadzieję, że tak, bo w natłoku tylu zajęć i rzeczy do zobaczenia, ten ocean, który cały czas był gdzieś z boku nam umkną. Ostatniego dnia mieliśmy dopiero czas by przyjrzeć się mu z bliska, ale bagaże były już zapakowane, dlatego tylko chłopcy zdecydowali się na pełną kąpiel, dziewczyny wobec obcej kultury postanowiły nie afiszować się swoją bielizną na publicznej plaży, stąd moczenie się tylko do kolan….

Wieczorem pojechaliśmy na targ, by kupić bardziej tradycyjne pamiątki i poczuć jeszcze raz klimat tego miasta i kraju. Posłuchać raz jeszcze nawoływań Muezzin'a i porozmawiać z ludźmi.

Zanim trafiliśmy do samolotu, wybraliśmy się na uroczystą kolację do Indyjskiej restauracji.


Epilog
Na suku w Muskacie

Oczekiwanie: przeżyć przygodę życia!

Późniejsza droga do domu, działa się szybko. Oddanie samochodów, kontrole na lotnisku, samolot, w którym wszyscy zmęczeni, zasnęli od razu. Przylot do Europy, kolejne kontrole i szarość za oknem. Całe szczęście Polska na nasze przywitanie trochę się przybieliła ukrywając wszystko to co mogłoby nam boleśnie przypomnieć jak bardzo słoneczny Oman różni się od naszego kraju.

Mam nadzieję, że zarówno dla tych z nas, którzy mają na sumieniu dopiero kawałek świata jak i ci, którzy ten świat już zdążyli złapać garściami, każdy wyjazd i spotkanie z inną kulturą, przyrodą, ludźmi, szczególnie w gronie przyjaciół jest zawsze przygodą życia!


I kończąc moją relację, po umieszczeniu tutaj prologu, epilogu i rozdziałów, zamieścić muszę też przypis by wyjaśnić jedną dręczącą mnie sprawę

Moho - Dogłębna powyprawowa analiza problemu nieodnalezionego Moho. Dzięki porównaniu materiałów odnalezionych w Internecie, z szacowanym miejscem naszego pobytu w wadi Al-Abyad, udało się stwierdzić, że mityczne Moho zostało przez nas w najlepszym przypadku niezauważone przed nosem, w najgorszym zaś bezczelnie zdeptane bez należytej uwagi. Po analizie materiałów filmowych oraz zdjęciowych nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, które z powyższych.


Asia Przymus


Zapraszam do obejrzenia zdjęć zrobionych prze podczas wyprawy: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2018%2FOman

Tę stronę ostatnio zmodyfikowano 08:25, 31 sty 2018.
zaloguj się