Strona główna | Aktualności | O klubie | Członkowie | Wyjazdy | Wyprawy | Kursy | Biblioteka | Materiały szkoleniowe | Galeria | Inne strony | Dla administratorów

Relacje:Serbia 2018

SERBIA - Wielka Majówka Spelo

30 04 - 06 05 2018
Uczestnicy: RKG Nocek: Karol Pastuszka, Iwona Pastuszka, Bogdan Posłuszny, Joanna Przymus, Kaja


Dlaczego znowu to ja piszę opis? Piszę, bo zaspałam… Jak mi Karol&spółka wyjaśnił, jest takie jaskiniowe przysłowie ,,Nie śpij, bo ci opis podrzucą”. No i właśnie ja zasnęłam pierwsza…


Od czego zacząć? Może od planu wyjazdu na majówkę do Rumunii i braku chętnych… I namiaru na Tomiego, który zna się na jaskiniach bałkańskich i którego miałam prosić o pomoc w załatwieniu zezwoleń na jaskinie Rumuńskie. Jak powiedział możliwe, aczkolwiek bardzo czasochłonne, tym bardziej ucieszyłam się, że zostaliśmy zaproszeni na organizowaną przez niego WIELKĄ MAJÓWKĘ SPELEO.


Czemu wielką? Bo było na niej duuuużo grotołazów, z kilku klubów z polski i trwała caaaałą dłuuugą majówkę. Dla nas z różnych przyczyn trochę krótszą, bo kiedy cała ekipa już zabawiała się w serbskich jaskiniach, my dopiero się pakowaliśmy.


PONIEDZIAŁEK 30.04

Pakowanie samochodu
Rano mieliśmy czas na ostanie zakupy, wymianę pieniędzy i (nieudaną) próbę zakupu kartusza turystycznego z odpowiednim gwintem do naszego palnika. Pojawiliśmy się z Bogdanem u Karola około godziny 14 i wspólnymi siłami zapakowaliśmy samochód (cztery osoby, cztery plecaki, posiłki dla wszystkich, cztery komplety szpeju jaskiniowego i ponad 300m lin z całym metalem do poręczowania), zostawiając tylko po kawałku miejsca dla siebie na tylnej kanapie. Później, popijając wodę i dogadując ostatnie szczegóły trasy, czekaliśmy, aż Iwona wróci z pracy. Udało nam się wyjechać około 17. Droga przebiegała sprawnie, jedynie z postojami na toaletę, winietki i granice. Dłuższe (godzinne) oczekiwanie na przejazd mieliśmy jedynie na granicy węgiersko-serbskiej.


WTOREK 01.05

Widok na Dunaj
Przebudzałam się słysząc rozmowy chłopaków komentujących ogromne wille obok których przejeżdżaliśmy, trochę bardziej, kiedy stanęli przed drewnianym mostem, lichej konstrukcji rozważając, czy należy go przejechać, czy szukać innej drogi. Przejechaliśmy. Rozbudziłam się zupełnie, by podziwiać widoki rozpościerające się wzdłuż drogi biegnącej równolegle do Dunaju, który początkowo, ze względu na rozmiar, został przez nas wzięty za jezioro. Mieliśmy namiar na wiejską szkołę (szkółkę dla 7 uczniów), przy której miała być baza. Prawie bez problemu trafiliśmy na boczną drogę, którą wjechaliśmy na górę plato i już zupełnie bez problemu odnaleźliśmy teren szkoły. Zarówno ustawione w rządku namioty, jak i schnące na płocie kombinezony były niemożliwe do przeoczenia.

Przyjechaliśmy w dobrym monecie, aczkolwiek godzinę za późno. Dowieźliśmy świeży zapas lin, który miał służyć do zaporęczowania kolejnych jaskiń, ale przyjechaliśmy o godzinnie 6, a koledzy grotołazi mieli ustalone, że jeśli nie dojedziemy do 5, to idą zdeporęczować część jaskiń, by mieć liny na działanie w następnych.

Jaskinia Bele Vode
Zmęczeni po podróży próbowaliśmy przespać się jeszcze chwilę, nie przeszkadzały nam ani głośne rozmowy, ani szczekanie zaprzyjaźnionej sfory psów, dopiero coraz mocniej grzejące słońce, którego dłużej nie mogliśmy ignorować, wygoniło nas z namiotów.

Pierwszy dzień zdecydowaliśmy się przeznaczyć na zaznajomienie z klimatem i na jakąś lekką akcję, by nabrać sił (i apetytu) na następne dni. W planie mieliśmy dwie jaskinie bezlinowe, w jednej miało odbyć się nurkowanie. W międzyczasie zwiedzanie pobliskiego miasteczka i obiad. Większość dnia spędziliśmy na szukaniu. Nieprecyzyjne wskazówki i zawodna pamięć sprawiły, że jeździliśmy od zatoczki do zatoczki, sprawdzając ,,czy to tu”. Ostatecznie udało się odnaleźć jaskinię Bele Vode, której otwór znajduje się w obudowanym ujściu pod drogą, paręnaście metrów nad powierzchnią Dunaju. Jaskinia krótka, kończąca się syfonem. Spędziliśmy w niej godzinę, wciskając się w każdą możliwą szczelinkę i robiąc zdjęcia nacieków. Później pojechaliśmy na obiad, a następnie szukać kolejnej jaskini - Sokolovica, której nie udało nam się znaleźć, ale mieliśmy okazję przejechać przez wieś Miroc, gdzie odbywał się festyn z okazji święta pracy, na który pojechaliśmy całą grupą wieczorem.


Wielkie ognisko na festynie w Miroc
Na festynie mogliśmy spróbować tradycyjnych potraw oraz posłuchać serbskiej muzyki (granej na żywo) przy ogromnym ognisku. Co jakiś czas zespół wygrywał tą samą melodię, a z tłumu zbierały się osoby w każdym wieku, łapiąc się za ręce i tańcząc w kole. Dołączaliśmy do nich, próbując wychwycić sekwencję kroków, jednak nawet po lekcji tańca, udzielonej przez serbską młodzież, nie udało nam się wtopić w tańczący korowód…




ŚRODA 02.05

Nasza pierwsza jaskinia i do tego z możliwością poręczowania (poprzedniej ekipie zabrakło lin na dokończenie zjazdów). Dostaliśmy tracka z dojazdem – którego nie dało się odczytać na gpsie, dostaliśmy namiar na otwór, który był nieprzydatny bez znajomości sieci mniej lub jeszcze mniej przejezdnych dróżek i dostaliśmy zrzuty ekranu z mapą dojazdu, które…. w zamieszaniu nie zostały przesłane na nasz telefon.

W jaskini Ibrin Ponor
Próbowaliśmy dojechać z pamięci, kiedy to zawiodło, postanowiliśmy wrócić na bazę, by poprosić o pomoc Serbów, którzy przyjechali poprzedniego wieczoru, by zaporęczować jaskinię Suvi Ponor dla swoich kursantów. Spotkaliśmy ich jeszcze po drodze, a trasa, którą zostaliśmy pokierowani była im nieznana (choć jak się później okazało, byliśmy na dobrej drodze), aż złapali się za głowy. Rozrysowali nam mapkę i wyjaśnili, jak dojechać. Kiedy (w końcu) znaleźliśmy się w pobliżu otworu, znowu poczuliśmy się zdezorientowani, ale postanowiliśmy zapytać miejscowych, przy których domu się znaleźliśmy. Ku naszemu (miłemu) zaskoczeniu zostaliśmy zaprowadzeni pod sam otwór! Stamtąd poszło już gładko.


Weszliśmy meandrem do jaskini i szybko znaleźliśmy się pod pierwszymi linami. Nieprzyzwyczajeni do pojawiających się co chwila nacieków jaskiniowych, przystawaliśmy co chwila by podziwiać przedziwne formy. Jaskinia szybko przeszła w ciąg aktywny i szliśmy w potoku, czasami w wodospadach, aż doszliśmy do ostatniej zaporęczowanej studni. Dołożyliśmy do całości dwie liny i kompletnie przemoczeni rozpoczęliśmy odwrót. Na bazie pojawiliśmy się pierwsi, ponieważ grupa biwakująca od początku majówki, miała dzień restowy na Rumuni.


CZWARTEK 03.05

Kolejny dzień i kolejna jaskinia, już znaliśmy część drogi, ponieważ jechaliśmy do zaporęczowanej przez Serbów jaskini. Jaskinia Suvi Ponor. Tym razem pamiętając o niespodziankach z dnia poprzedniego dopilnowaliśmy by mieć wystarczającą ilość zdjęć z trasą dojazdu. Dokładnie analizowaliśmy każdy zakręt i rozwidlenie, a i tak w pewnym monecie znowu poczuliśmy się wystarczająco zagubieni by przystanąć przy kolejnym domu i znowu poprosić o pomoc. Znowu się nie zawiedliśmy i zostaliśmy podprowadzeni prawie pod otwór jaskini.

Otwór jaskini Suvi Ponor

Nasza analiza mapy musiała gdzieś zawieść, ponieważ otwór znajdował się po złej stronie drogi…. Dzięki czemu wracając wg. mapy znaleźliśmy się przy samochodzie znacznie szybciej niż od niego odchodziliśmy…

Otwór jaskini robił wrażenie sam w sobie. Około dziesięciometrowej wysokości, z trawersem i zjazdem w świetle słonecznym. Jaskinia myta od samego początku, pierwsze liny to trawersy nad jeziorkami (choć trzeba zaznaczyć, że zarówno tutaj, jak i w dalszej części jaskini, duża ilość organiki i miejscowe przestoje wody dają się wyczuć „na węch”), dalej pojawiają się nacieki, misy martwicowe, kolumny naciekowe i wiele innych form, na które nazw nie znam, a były dość zaskakujące by co chwilę się wzajemnie poszturchiwać i mówić „popatrz na to”, „patrz jakie ładne”, „widziałaś takie coś?”.

Tu również jaskinia zrobiła się mokra, ale nie była to nieprzyjemna mokrość z dnia poprzedniego. Zjazdy doprowadziły nas do poziomego piętra, przez które przepływa ciek wodny, z jednej strony kończący się ponorem z pływającymi liśćmi, z drugiej strony znajduje się wypływ wody z zawaliska. Wyjście poszło nam zaskakująco szybko. Czego trochę żałujemy, bo była to chyba najładniejsza jaskinia jaką widziałam i każdy czuł niedosyt po tej akcji. Dzięki wczesnemu zakończeniu akcji, mogliśmy się przejechać na obiad do miasteczka i spędzić przyjemny wieczór przy ognisku.


PIĄTEK 04.05

Wyczekiwany przez nas dzień. Idziemy do jaskini Rakin Ponor. Najgłębszej serbskiej jaskini. O ile napisanie, że zrobiło się NAJ jaskinię w jakimś kraju może robić wrażenie, to napisanie, że było się w jaskini o głębokości -286m ustalonej nurkowaniem, a zejście na sucho możliwe jest średnio do poziomu –256m, jest osiągnięciem jedynie przeciętnym. Żeby trochę podnieść rangę wydarzenia zejścia do najgłębszej jaskini po linach, dopisać można, że wychodząc deporęczowaliśmy ją i robiliśmy szkic, szkicu technicznego.

Chyba zaczęliśmy się wczuwać w lokalny klimat i zaczęło na nas spływać zrozumienie lokalnej sieci dróg i dróżek. Pod otwór trafiliśmy bez niczyjej pomocy i bez błądzenia. Dokładnie tak jak się powinno iść.

Po pierwszych dwóch odcinkach liniowych znajduje się krótkie piętro poziome, które częściowo zwiedzamy schodząc na dół, częściowo przy wychodzeniu. Tu również znajdowały się nacieki, ale nie tak efektowne jak w Suvi Ponor. Większy zachwyt wzbudziły w nas ,,zęby” wymyte w stropie pochylni, którą schodzi się niżej. Pochylni, którą robi się znaczną głębokość i gdyby nie strop w zasięgu ręki, to prawdopodobnie i ona musiałby zostać zaporęczowana. Krótki odcinek i najdłuższa studnia. Zjeżdżamy nią ostrożnie, pomni na uwagę, że gdzieś po najdłuższym odcinku lina trze na krótkim odcinku. Lina tarła od tego miejsca do samego dołu, co stanowiło większy problem (głównie dla naszej psychiki i krótkich nóg) przy wychodzeniu. Poniżej znajdowała się kolejna pochylnia. Czy pisałam już, że ta jaskinia również była morka? Z aktywnym ciekiem wodnym? Nie? No więc była.

Ponor w jaskini Rakin Ponor
Pochylnia zaporęczowana była tylko w jednym miejscu, gdzie z mytej rynny przechodziła na chwilę w pionową szczelinę, ale i tak zaskakuje dość frywolne podejście do zaporęczowania tego miejsca, zapewne autor uznał, że nic złego nie może się stać po poślizgnięciu, albo przy przyborze wody, ponieważ ofiara co najwyżej zakończy zjazd kąpielą w ponorze. Następni grotołazi (tak, i w tym my), nie chcąc być uznani za mięczaków ciorają tyłkiem w wodospadzie starając się jak najbardziej zaklinować w rynnie, którą płynie woda. Zgodnie przyznaliśmy (sami przed sobą), że warto byłoby dołożyć jedną linę w miejscu, gdzie rynna się trochę wygładza i zwiększa spadek. Posiedzieliśmy chwilę nad ponorem, przypięci do jednego punktu ,,na wszelki wypadek” bo choć i tak przemoczeni, to nie mieliśmy ochoty moczyć się bardziej. Dalej wykonaliśmy starannie opracowany plan deporęczowania. Ja rysowałam kolejne przepinki, chłopaki deporęczowali, a wyżej obie z Iwoną wynosiłyśmy wory z pierwszymi linami pozostawiając Karola z Bogdanem i pozostałymi linami z plakietkami. Po powrocie na bazę, pomierzyliśmy jeszcze odcinki pomiędzy węzłami, by szkic techniczny był dokładny i poklarowaliśmy całość przyniesionego przez nas sprzętu.


SOBOTA 05.05

Obudziliśmy się rano i od razu zajęliśmy się kompletowaniem przywiezionego przez nas sprzętu. Kiedy wszyscy już przegrzebali wszystkie zakamarki plecaków i całość sprzętu wróciła do właścicieli, zabraliśmy się za śniadanie i pakowanie. Tak jak większość mieliśmy plan wyjechać z Serbii tego samego dnia, choć my jeszcze planowaliśmy całodzienną wycieczkę i zwiedzanie, nim zaczniemy wracać do domu.

Widziana z drogi, rumuńska rzeźba Chipul lui Decebal'a
Pierwszy przystanek Kladovo. Większe miasto, gdzie postanowiliśmy wydać resztę dinarów jakie nam zostały (polskie kantory nie obsługują tej waluty i żeby ją pozyskać w środku nocy, musieliśmy wybrać gotówkę z bankomatu). Tam zrobiliśmy zakupy lokalnych przysmaków, posiedzieliśmy chwilę w knajpce na deptaku i zwiedziliśmy lokalny targ. Za resztę pieniędzy zatankowaliśmy paliwo przed granicą i przejechaliśmy mostem przez Dunaj. Dunaj = granica, punty kontrolne znajdują się na jego dwóch brzegach.

Drugi przystanek Dubovo i jaskinia Pestera Ponicova. Tym razem ,,turystyczna”. Czyli bezlinowa. Dochodzi się do niej kanionem, raczej suchym. Skokami pomiędzy głazami, W dwóch miejscach znajdowały się chybotliwe drabiny. Otwór i główny ciąg były ogromne, miały parędziesiąt metrów wysokości i paręnaście szerokości, miejscami korytarz zwężał się do ,,zaledwie” kilku metrów. Zrobiliśmy ,,trawers” dochodząc na drugim końcu do otworu, przez który do jaskini wlewa się Dunaj (podpływające co chwilę motorówki świadczyły o dość dużej popularności tego miejsca od strony rzeki). W drodze powrotnej pozwiedzaliśmy ciągi boczne z naciekami. I to jakimi naciekami! Przybrudzone i nadgryzione zębem czasu i tak robiły wrażenie ze względu na swoje rozmiary, ilość i różnorodność.

Trzeci przystanek, to krótki postój na moście z widokiem na płaskorzeźbę Chipula lui Decebal'a, pięćdziesięciometrowa twarz, wykuta w skale, widoczna nawet z drugiego brzegu Dunaju.

Czwarty przystanek Băile Herculane. Miejscowość uzdrowiskowa z wodami leczniczymi i gorącymi źródłami, znana również przez wspinaczy. Zatrzymaliśmy się w nowszej części (nie wiedząc jeszcze, że jest starsza, czego bardzo żałuję) na obiadokolację. Po deserze składającego się z tradycyjnego rumuńskiego pączka z pączkiem (papanasi), wybraliśmy się na dzikie gorące źródła. Przejeżdżając przez starszą część i podziwiając architekturę opuszczonych budynków czułam jakbyśmy się przenieśli w czasie. Zastanawiające dla mnie jest, dlaczego postanowiono wybudować rzędy wysokich, nowoczesnych hoteli, zamiast odrestaurować stare miasto. Im więcej zdjęć oglądam, tym bardziej żałuję, że nie mieliśmy czasu pobyć w tym miejscu, przejść pomiędzy budynkami i wejść do któregoś z nich.

Dzikie, gorące źródło nie oznacza totalnej dzikości, lokujemy się w najmniej obleganym baseniku – jedynym nieokafelkowanym, a znajdującym się pomiędzy kamieniami. W miarę nastającego zmroku wprowadzamy własny, romantyczny klimat. Podpatrzony na wyjeździe patentem z lampką z baniaka wody, z własnego pomysłu umieszczamy w wodzie, przez co, cały ,,nasz" basen zostaje rozświetlony. Z żalem wychodzimy po podjęciu decyzji, że zamiast szukać noclegu lepiej będzie wrócić od razu do Polski. Bogdan z Karolem stanęli na wysokości zadania, robiąc przerwy tylko na zamianę miejsc za kierownicą, dzięki czemu w domu znaleźliśmy się w niedzielę rano, mając cały dzień na doprowadzenie siebie i całego szpeju do porządku.


W podsumowaniu wyjazdu chciałabym złożyć podziękowania dla Tomiego, który zajął się organizacją wyjazdu, załatwianiem formalności i przekazaniem nam ogromu informacji i wskazówek zarówno przed przyjazdem, jak i na miejscu. Wszyscy z ponad trzydziestoosobowej ekipy byli bardzo życzliwi i cieszymy się, że mogliśmy wszystkich poznać i spędzić miło czas.


Więcej zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2018%2FSerbia

Tę stronę ostatnio zmodyfikowano 04:43, 9 maj 2018.
zaloguj się