Strona główna | Aktualności | O klubie | Członkowie | Wyjazdy | Wyprawy | Kursy | Biblioteka | Materiały szkoleniowe | Galeria | Inne strony | Dla administratorów

Wyjazdy 2002


Wyjazd do jaskini Miętusiej – partie 3 Króli

21 12 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Henryk Tomanek, Janusz Rudol, Rafał Kisielewicz, Irek Paprotny, Grzegorz Przybyła, Wojtek Wyciślik, Adam Szmatłoch, Jan Kieczka

Rano u Arka przygotowuję z Rafałem sprzęt na akcję. Wkrótce przyjeżdża Heniek z Irkiem i Rudim. Jedziemy do Zakopca. Chłopcy z Kłodnicy jadą przez Wadowice. Umówieni jesteśmy na prakingu w Kirach między dwunastą a pierwszą. Autstradą a potem zakopianką w 3 godziny jesteśmy na miejscu. Załatwiam zezwolenia. Chłopaków nie ma. Dostajemy też SMSa, że mają problemy z autem i spóźnią się godzinę. Odwiedzamy więc Harnasia. Istotnie po godzinie nadjeżdża Simka Adama. Mieli problemy z układem chłodniczym. Teraz już szybko ruszamy w góry. Pod otworem jesteśmy koło czwartej. Przed wyjściem dzielimy się jeszcze opłatkiem (miał go Jasiu). Jest zimno więc szybko wskakujemy do nory. Prawie 200 m ciasnawego korytarza pozwala się rozgrzać. W jaskini jest niezmiernie sucho. Doprawdy nie pamiętam aby kiedykolwiek tu tak było. Oczywiście wcale się tym nie martwimy. Krótki zjazd do Sali z Matką Boską a potem podejście do Syfonu Zwolińskich. Tu też ciekawa sprawa. Woda poszła na dół odkrywając kilka przytamków i zamulony częściowo syfon. My idziemy przez Zawieszony Syfonik (niezbyt przyjemne przejście ,woda) do Sali bez Stropu. Tu dzielę całą dziewiątkę na dwie grupy. Pierwsza na czele z Grzegorzem (Adam, Jasiu i Rudi) pójdą poręczować Kaskady i Piaskowy Próg a następnie wywspinają Południowy Korytarz pod pochylnię 3 Króli. My (Wojtek, Rafał, Irek, Heniek i ja) wywspinamy Salę bez Stropu a następnie zjedziemy progami i pochylniami korytarza 3 Króli. Dowództwo powierzam Wojtkowi. Obie grupy miną się w Korytarzu Południowym. Następnie zreporęczujemy poszczególne odcinki. Spotkamy się ponownie w Sali bez Stropu. Wręczam plany z opisami Grzegorzowi i Wojkowi i wkrótce się rozstajemy.

W południowej odnodze sali znajdowała się szczelina o szerokości około pół metra (IV+). Wojtek deklaruje się wyłoić komin. Niestety w trakcie wspinaczki brak było jakichkolwiek przelotów. Dopiero u góry Wojtek znalazł starą taśmę do której założył przelot. Podchodzę do niego. W górnej części komina zapieraczka jest dość trudna. Staję na zaklinowanej wancie i dalej asekuruję Wojtka, który naprawdę dzielnie poradził sobie z kluczowymi trudnościami. U góry jest wąska platforma na której z starych pętli zakłada stanowisko a ja podchodzę nie bez problemów do niego. Teraz z dołu wyciągamy wory z sprzętem. Próbuję zabić tu spita lecz polskie spity tępią się od razu więc rezygnuję i zakładam linę o skalne ucho. Wojetek poręczuje już kaskady. Pozostali podchodzą do góry. W tej części jaskini brak jest batinoxów więc do starych spitów wkręcamy plakietki. Na dole spotykamy naszych kolegów zmierzających do góry. Oczywiście przekazujemy sobie uwagi natury technicznej. Po mijance reporeczujemy Południowy Korytarz. Wkrótce też jesteśmy pod Piaskowym Progiem. Reporęczowaniem zajmuje się również Wojtek. Opuszczam go na związanej linie a potem reporęczujemy kaskady. Chłopcy poszli już do sali bez Stropu. Wkrótce też wszyscy się tam spotykamy. Grupa Grzegorza zreporęczowała wszystko lecz mieli problem z zjazdem do Sali bez Stropu (zaklinowała się lina przy ściąganiu). Generalnie kursanci sprawowali się dobrze (Irek miał problemy jak zwykle, a Rafał dowalił zrzucając taśmę bez karbinka nad Wielkimi Kominami). Odwrót przebiega dość dobrze. Samozadowolenie Irka mija w korytarzu wejściowym gdzie klinuje się w jakiejś szczelinie i walczy z swą tuszą a my z zimnem (szedłem ostatni). Jakoś jednak wyzwolił się z ciasnot (?) i niebawem wszyscy jesteśmy na powierzchni. Jest przed pierwszą. Akcja trwała 8 godzin.

Noc jest jasna. Przebieramy się i w kilkanaście minut jesteśmy gotowi do drogi. Zejście przez Wantule w kilku miejscach jest utrudnione przez leżące pokotem drzewa (ostatnie wiatrołomy). Później już wszystko jest OK. Bez problemów dochodzimy do aut. Adam z ekipą wraca przez Wadowice a my przez Kraków. Po drodze zmieniam Heńka za kierownicą. W domu jesteśmy o szóstej. Znów bardzo udana akcja i zwiedzone nowe partie jaskini. Tak trzymać.


Wyjazd do jaskini Zimnej

14 12 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Arek Piegza, Tomek Jaworski, Asia Maciejowska, Irek Paprotny, Wojtek Wyciślik, Grzegorz Wilkoszyński, Janusz Rudol.

Celem naszego wyjazdu jest jaskinia Zimna a w niej zjazd do Wielkich Kominów oraz dotarcie pontonem do syfonu Zwolińskich od strony Salki Gotyckiej. Oprócz Arka, Tomka, Rudika i mnie pozostali to kursanci z naszego Klubu lecz dobrze radzący już sobie w jaskiniach.

Wyjazd jest sprinterski. Wyjeżdżamy w sobotę o dziesiątej. Do Kir dojeżdżamy bez problemu (nie licząc pogubienia się na początku autostrady do Krakowa, jechaliśmy dwoma autami). Na tutejszym parkingu zostawiamy auto (7 zł) załatwiamy zezwolenie i od razu idziemy do jaskini. Pogoda była cudowna. Kilkanaście stopni mrozu i słońce. Śniegu nie ma prawie wcale za to drzewa przystrojone kiściami szronu sprawiały przepiękne wrażenie. Góry są takie bliskie. Wyraźnie widać Błyszcza z Bystrą zamykające dolinę Pyszniańską od południa. Kilka lat temu zimą byłem na obu wierzchołkach. Od razu odżywają wspomnienia. Udzielamy kursantom różnych informacji dotyczących tego rejonu. Arek opowiada nawet jakieś legendy. Na takich pogawędkach szybko dochodzimy do schodków wyprowadzających szlakiem do jaskini Mroźnej. Niebawem też przebieramy się na szerokiej platformie przed jaskinią. O wpół do czwartej wchodzimy do nory. Czasem w partiach przyotworowych jest mnóstwo lodu po którym jest problem zejść, tym razem jednak nie ma tak źle. Szybko podążamy w stronę ponoru. Wszystko wskazuje, że będzie suchy. Tak też jest. Często jednak nasze wypady do Zimnej kończyły się właśnie tutaj. Przy dużych opadach miejsce to jest po strop zalane wodą. Przechodzimy nad małym „lejkiem” odprowadzającym wodę do niższych, niedostępnych partii. Poręczujemy Błotny Prożek. Dalej dzielimy się na dwie grupy. Tomek, Asia, Irek i Grzegorz pójdą już poręczować Czarny Komin a ja z Rudim, Arkiem, Wojtkiem pójdziemy z pontonem do Salki Gotyckiej. Salka ta znajduje się 200 m stąd niejako w głównym ciągu jaskini. Korytarz ten jednak poprzedzielany syfonami wodnymi. Najpierw jest syfon Zwolińskich a potem Ogazy. Ponton od Rudiego jest bardzo dobry. Można go szybko napompować ustami. Materiał odporny na przedzieranie. Wody w salce jest wyjątkowo mało. Koledzy mają wysokie buty więc przechodzą obok. Ja przedostaję się przez dwa jeziorka na pontonie. Trzecim akwenem jest już syfon. Korytarz skręca tu pod kątem dziewięćdziesiąt stopni. Woda dochodzi do stropu. Osobno podpływamy w to miejsce. W krystalicznie czystej wodzie widać dalszy przebieg korytarza dla nas już niedostępnego. Biegnie nim linka przeznaczona do nurkowania w syfonie. Pomyśleć, że kilkanaście metrów za syfonem znajduje się cel naszej dzisiejszej akcji. Żeby jednak tam dotrzeć musimy wszystko obejść górą. Ponton zostawiamy w Salce Gotyckiej dla drugiej grupy, która przyjdzie tu w drodze powrotnej. Idziemy pod Czarny Komin. Doganiamy kolegów na półce w środku Czarnego Komina. Grzegorz wyłoił dolną część komina. Z górną radzi sobie Wojtek. Później Rudi poręczuje Beczkę i Biały Prożek. Obecnie jaskinia posiada tzw. batinoxy, czyli specjalne kotwie, do których można zaczepić karbinki. Pamiętam jak przed laty poręczowałem Czarny Komin bez jednego spita. U góry byłem wyczerpany fizycznie a jeszcze bardziej psychicznie gdyż asekuracja była w zasadzie iluzoryczna. Teraz jest znacznie łatwiej i przede wszystkim bezpieczniej. Wojtek miał poręczować Wielkie Kominy. Lecz postanawiam ja to zrobić ponieważ tam akurat nie ma btinoxów. Najpierw poręczuję trawers a potem zjeżdżam do Wielkich Kominów. Pierwszy spit jest zalany kalcytem więc muszę już improwizować. Zakładam taśmę na zaklinowanym w szczelinie kamieniu i jadę dalej. Jakoś nie potrafię wyśledzić starych spitów. Następny przelot zakładam z starego wyciora wbitego w szczelinę. Potem znajduję spit i mogę wreszcie wkręcić plakietkę. Potem jeszcze jeden spit i jestem na dnie. Z jednej strony szerszy syfon Zwolińskich z ową linką a z drugiej węższy syfon Ogazy. Koledzy powoli dojeżdżają do mnie. W drugą stronę po sznurkach poleci grupa idąca na ponton. Ja z Arkiem zreporęczujemy dziurę. Wszystko idzie nadzwyczaj sprawnie, no może z wyjątkiem Czarnego Komina gdzie jakimś cudem w środku liny zrobił się węzeł. Lecz wszystko szybko wróciło do normy. Gdy tylko skończyliśmy pakować liny wraca grupa z pontonem. Na koniec kasujemy linę z Błotnego Prożka i szybko poruszamy się w stronę otworu skąd napływa zimne powietrze. Wkrótce też jesteśmy w zalodzonych partiach przy otworze. Teraz przebieramy się w jaskini. Z dziury wychodzimy około w pół do drugiej. Jest cudownie wygwieżdżone niebo. Panuje mroźna cisza. Szybko też osiągamy dno Kościeliskiej. Trochę monotonne zwłaszcza po akcji w jaskini jest dojście do Kir. Wszystko kiedyś ma swój kres więc i nasza wędrówka niebawem kończy się przy zaszronionych samochodach. Tomek ma problemy z załączonym alarmem lecz knifami udaje mu się wyłączyć wyjące auto. Po spakowaniu wszystkich bambetli ruszamy w drogę powrotną. Jest trzecia. Na stacji benzynowej jeszcze w Zakopcu zatrzymujemy się na kawę. Potem już jednym cięgiem jedziemy do domu. Cały czas rozmawiam z Arkiem, żeby nie zasnął. Kosztuje mnie to sporo energii gdyż głowa sama opadała a powieki ważyły tony. Szczęśliwie jednak docieramy do Rudy. Na miejscu jesteśmy przed szóstą. W domu biorę tylko prysznic i od razu śpię jak borsuk. Sprint dobiegł końca.


II wyjazd do sztolni tarnogórskich

8 12 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Tadeusz i Adam Szmatłoch, Henryk Tomanek, Janusz Rudol.

Minął tydzień i ponownie jedziemy do sztolni w kamieniołomach. Tym razem jednak panuje solidny mróz. Przyjeżdża po mnie Adam z Tadkiem a w Bytomiu Stroszku oczekuje Heniek z Rudim. Po zmarzniętej glinie docieramy pod otwór sztolni. Tym razem jednak jest tu kłódka. Jednak grotołazi z Tarnowskich Gór robią tyrolkę w kamieniołomie, poza tym Rudi jest również członkiem tego Klubu więc załatwia klucz. Nie bez problemu otwieramy kłódkę gdyż zamarzła. Potem jednak wchodzimy do znanej sali w środku gdzie się przebieramy. Pontony zostały w samochodach ponieważ Rudi zapomniał wentylów. Rudi był tu może z 20 razy więc doskonale zna sztolnie i będzie dziś naszym przewodnikiem. Szybko ruszamy znaną nam na razie drogą do pierwszej studni. Tam doszliśmy tydzień temu. Teraz idziemy dalej prosto przez stare wyrobiska. W pewnym momencie skręcamy w prawo. Teraz już zdajemy się na Rudika. Niebawem dochodzimy do bliźniaczo podobnej drugiej studni. Wyrobiska stają się wyższe. Po pół godzinie marszu w mokrym lub gliniastym korytarzu dochodzimy do szybu Wolf. W przeciwieństwie do poprzednich studni (szybików) tu jest obudowa z żelaznych szyn. Od góry szyb jest zaczopowany więc nie ma kontaktu z powierzchnią. Może z 10 m w dole widzimy wodę a na niej dużą dętkę. Według Rudiego dalsze korytarze na dole są zatopione. Idziemy dalej. Jest coraz więcej wody. Mijamy następne studnie bite bądź w spągu chodnika bądź w jego stropie. System ten służył do odwadniania wyrobisk. Przez system pochylni schodzimy na poziom chodników wodnych. Teraz przez może dwa kilometry idziemy po kolana w wodzie. Po drodze zwiedzamy Biały Korytarz. Jest ślepy lecz ciekawostką jest jego spąg pokryty białą warstwą kamienia. Chłopcy założyli wodery. Ja wyszłem z założenia, że najgorszy jest początek. I rzeczywiście nie było źle. Poza tym nie posiadałem woderów więc i tak nie było o czym mówić. Wodnym korytarzem klucząc podziemnym labiryntem po prawie trzech godzinach docieramy do dużego chodnika, którego dnem płynęła woda. Jej nurt był silny i głęboki. W miejscu skrzyżowania chodników do góry prowadził szyb Glik. Szyb ten był wymurowany cegłą. Na jednej z cegieł widniał wyryty napis: 1927. Gdzieś 50 m w górze widać nawet było trochę dziennego światła. Do góry wiódł przedział drabinowy lecz stalowe drabiny były mocno skorodowane i wychodzenie po nich mogło łączyć się z niepotrzebnym ryzykiem tym bardziej, że wyjście do szybu według Rudika było zakratowane. Wyjście do tego szybu znajduje się na terenie Rept. Tadek z Adamem, którzy posiadali tzw. OP1 (wodery do wysokości klatki piersiowej) idą wzdłuż nurtu wody. Najpierw są poprzeczne kładki lecz potem nie ma nic. Podobno miała być tu przycumowana łódź z sztolni Czarnego Pstrąga. Chłopcy dochodzą do końca kładek i łodzi nie znajdują a prąd i głębokość uniemożliwiają dalsze poruszanie się. Stąd dotarlibyśmy do szybów i turystycznego szlaku sztolni Czarnego Pstrąga. Rzeka, która tu płynie (bo tak można nazwać ten ciek) nazywa się Drama. Według Heńka wypływa gdzieś na powierzchnię ale w miejscu wypływu jest krata. Dyskutujemy jeszcze nad możliwościami spenetrowania wodnych sztolni lecz na dzień dzisiejszy tu jest kres naszej wędrówki stąd wracamy z powrotem. Idziemy nie zupełnie tą samą drogą. Rudi prowadzi nas jeszcze do Złotej Studni. Jest dość niezwykłe miejsce. Otóż wszystkie mijane studnie znajdowały się w salkach na skrzyżowaniu 4 chodników. Ich przekrój stanowi kwadrat 2 na 2 m. studnie te nie miały obudowy. Woda natomiast znajdowała się na ich dnie. Złota Studnia znajdowała się w podobnej salce lecz cała była zatopiona. Nawet jej wlot znajdował się pół metra pod wodą. W krystalicznie czystej wodzie znakomicie widać jednak drewnianą obudowę wzmacniającą ociosy Kilka razy odbywały się tu nurkowania. Idąc przez ten labirynt chodników zadajemy sobie pytanie ile ludzi przez setki lat musiało drążyć te wyrobiska. Ile istnień ludzkich zapewne straciło tu życie i zdrowie pracując w strasznych warunkach całymi latami przy eksploatacji rud ołowiu i srebra. W drodze powrotnej omijamy szyb Wolf. Skracamy przez to znacznie drogę. Szybko też docieramy do drugiej studni i znanych nam już dobrze partii przy pierwszej studni. Tu już czujemy zimny ciąg powietrza z powierzchni. Wkrótce dochodzimy do sali wyjściowej. Wszystko razem zajęło nam niespełna 6 godzin. Przewidując, że będę się moczył po kolana zabrałem zapasowe spodnie i skarpety. Po przebraniu jest całkiem przyjemnie. Nie mógł tego powiedzieć Tadek z Adamem, którzy mimo woderów i tak zamoczyli nogi a z auta zapomnieli wziąć suchych skarpet. Idą już szybciej do auta. Opuszczamy sztolnię. Na dworze jest zimno i pruszy śnieg. Niebawem doganiam kolegów i wkrótce jesteśmy przy autach. Wkrótce też przychodzi Heniek z Rudim. Jesteśmy zadowoleni z dzisiejszej przygody. Następnym razem musimy zaliczyć rejs po Dramie.


Wyjazd w Beskid Śląski

24 11 2002 r.
Uczestnicy: Damian, Kamil, Paweł, Teresa Szołtysik, Henryk Tomanek.

Znów cudowna pogoda. Tym razem jedziemy autem Heńka do Brennej. Auto zostawiamy obok kościoła a my najpierw zielonym a potem czarnym szlakiem idziemy na Stary Groń i Beskid Węgierski. Kolory jesieni są niepowtarzalne. Wprost nie mogę się zachwycić nad pięknem otaczającej nas przyrody. W górach panuje cisza, ludzi na szlaku mało. Idziemy wśród gołych buków poskręcanych w przedziwne kształty. Słońce swym jesiennym blaskiem nadaje niesamowity koloryt bliższym i dalszym szczytom. Hen na południu widać wyższe pasmo, to przypuszczalnie Mała Fatra. Po dwóch godzinach dochodzimy do Beskidu Węgierskiego, dobrze znanego nam z rowerowych wycieczek a następnie skręcamy w stronę Brennej tym razem szlakiem niebieskim. Teraz wychodzimy na trawiastą polanę z samotnym drzewem. Tu byliśmy w czerwcu na rowerach. Tym razem jednak trawy są niskie i położone na ziemi. Idziemy przez rozległą polanę ograniczoną u góry pięknymi bukami. Listopadowy dzień szybko umykał przed nadciągającym mrokiem nocy. Przez kolonię wysoko ulokowanych domów schodzimy coraz niżej aż w końcu wracamy na niebieski szlak wiodący do centrum Brennej. Jest już całkowicie ciemno jak trochę zmęczeni ostatnim odcinkiem po asfalcie docieramy do samochodu. Kamil się od rana źle czuł więc czym prędzej wracamy do domu. Dzisiejszy wyjazd mogę na pewno zaliczyć do wspaniałych przeżyć estetycznych. Nie wiem czy góry kiedykolwiek przestaną mnie zaskakiwać.


Wyjazd do Jaskini na Łopiankach w dolinkach krakowskich

17 11 2002 r.
Uczestnicy: Damian, Teresa, Kamil, Paweł Szołtysik, Ryszard, Marzenna, Maciej Widuch.

Jedziemy dwoma autami. Mimo połowy listopada pogoda iście wiosenna, około 20 stopni C. Celem są trzy małe dolinki jurajskie. Dojeżdżamy do miejscowości Mników a dalej do Czułowa gdzie zostawiamy auta na parkingu. Pieszo idziemy zwiedzić dolinkę Mnikowską. Jest to przepiękna jurajska dolina, której dnem płynie potok Sanka. Dolina otoczona jest pionowymi, wapiennymi skałami. W środku doliny znajduje się skała na której widnieje kilku metrowej wielkości wizerunek Matki Boskiej. Do ołtarzyka prowadzą schody. Ponad ołtarzem znajduje się grota Matki Boskiej. Jest tu piękny skalny łuk i kilka ślepych korytarzy jaskini. Dwa okna wyprowadzają na zewnątrz. Penetrujemy kilka skalnych schronisk. Zwłaszcza Paweł bawi się w prawdziwego grotołaza. Idziemy jeszcze w górę strumienia do południowego wylotu jaskini. W skalnym murze widać otwór jaskini. Rysiek próbuje sforsować skokiem potok ale zalicza mała kąpiel. My obchodzimy wzgórze i z drugiej strony docieramy pod otwór. Jaskinia okazała się kilkunasto metrowym tunelem. Wracamy później tą samą drogą do parkingu. Przechodzimy drogę i zagłębiamy się do sąsiedniej dolinki. Celem jest jaskinia Na Łopiance. Jaskinię znajdujemy bez problemów gdyż jej otwór jest dość duży. Za małym strumyczkiem w lewym orograficznie zboczu doliny widniej jej czarny otwór. Jest to największa jaskinia w tej okolicy. Za obszerną salką wiedzie łamany korytarz. Po może 30 m obniża się. Dno jest gliniaste i mokre. Jaskinia ma ładne nacieki na ścianach. Do ostatniej salki z powodu braku kombinezonów już nie wchodzimy. Po zwiedzeniu jaskini wracamy do aut. Podjeżdżamy jeszcze kilka kilometrów na zachód do Zimnego Dołu. Jest tu rezerwat przyrody. Zimny Dół jest typową jurajską dolina mytą wśród wapiennych skał. U wylotu jaskini jest skała o wysokości około 50 m. Po prawym orograficznie zboczu doliny biegnie ścieżka dydaktyczna. Ciekawostką są tu potężna bluszcze oplatające skały niczym tysiące węży. Zataczamy pętle poruszając się wzdłuż okapów, rozpadlin i skał. Wracamy na dno doliny i wracamy w stronę parkingu. Dolinę szpeci zabudowa w jej dolnej części. Listopadowy dzień jest krótki więc po krótkim posiłku wracamy szczęśliwie do domu.


Wyjazd w Tatry do jaskiń Kasprowa Niżna i Czarna

9 - 10 11 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Henryk Tomanek, Ryszard Widuch, Tadeusz, Adam, Aga Szmatłoch, Wojtek Wyciślik, Grzegorz Przybyła, Jan Kietrzka, Tomek Jaworski, Asia Maciejowska, Irek Paprotny.

Rano przybywa Tadek z swoim klanem. Planujemy wyjście do wszystkich Kasprowych. Mamy zezwolenia. Autami dojeżdżamy w okolice ronda. Tu zostawiamy auta i busem podjeżdżamy do Kuźnic. Stąd zielonym szlakiem w stronę Kasprowego Wierchu. Rysiek z Heńkiem przed dwudziestu ponad laty byli w Kasprowej Wyżniej lecz niezbyt dobrze pamiętali drogę dojścia. Poza tym pogoda była wietrzna. Prószył śnieg. Podeszliśmy szlakiem zbyt wysoko i musimy wrócić w pobliże Kasprowej Niżnej. Teraz dolinką podążamy w górę pod strome żleby spadające z skał. Jednym takim żlebem podchodzimy do góry. Targani podmuchami silnego wiatru ledwo trzymamy się na nogach. Wydatnie pomaga mi czekan. W skałach u góry natrafiamy wprawdzie na owalny otwór jaskini z zwisającą liną. Rysiek z Tomkiem sprawdzają otwór ale jaskinia kończy się po kilku metrach. Teraz wszyscy szukamy otworu chodząc pod skałami mijają dwie godziny i nic nie znajdujemy. Decydujemy się iść do Kasprowej Niżnej. Tu trafiamy bez problemów. W dużej wejściowej salce możemy się spokojnie przebrać. Jaskinia ta przy dużych opadach jest całkowicie zatopiona. Teraz jednak możemy iść dalej. Ruszamy wszyscy. Pokonując prożki i trawersy dochodzimy do Gniazda Złotej Kaczki. Jest sucho. Dalej jaskinia także puszcza. Widać jednak świeże namuliska co świadczy, że jaskinia nie dawno była zatopiona. Przed salką Gotycką czeka nas niespodzianka. Cały korytarz wypełniony jest wodą. Tylko Tomek, Adam, Irek, Wojtek i Jsiu rozbierają się i przechodzą po pas w wodzie na drugą stronę. Dotarli aż do korytarza z Zapałkami. Ja próbuję obejść zalane miejsce górnym korytarzem. Jest tu jednak tyle świeżej gliny, że po pokonaniu z trudem gliniastej pochylni i ciasnego korytarzyka dochodzę do większej salki za którą był następny zamulony częściowo korytarz. Wyglądam jak przysłowiowa świnia. Wracam do kolegów. Zaczynamy wycof z jaskini. Wszystko przebiega sprawnie. Kursanci radzą sobie bardzo dobrze. Akcja trwała ok. 6 godzin. Po dziesiątej jesteśmy na powierzchni i wracamy do pustego Zakopca. Przed północą dojeżdżamy do domu.

10.11.2002: Dziś idziemy do Czarnej. Zaproponowałem partie Królewskie, w których jeszcze nie byliśmy. Partie położone są w okolicach komina Smoluchowskiego. Dziś kierownikiem akcji będzie Jasiu Kietrzka. W południe wychodzimy z bazy. Dwie godziny zajmuje nam podejście do otworu Czarnej. W lesie spotykamy jakąś grupkę z Zagłębia nie mogącą trafić pod otwór. Widząc jednak taki tłum wracają w dół. Nim tak grupa ludzi przebrała się i weszła do jaskini zdołałem nieźle wymarznąć. W końcu jednak zjeżdżam po zaporęczowanej przez Jasia Zotówce. Znanym nam dobrze ciągiem jaskini idziemy w stronę Węgierskiego Komina. Trawers Herkulesa jest inaczej oporęczowany. Lina biegnie dołem. Węgierski Komin jako pierwszy łoi Adam. Po zapręczowaniu komina do góry rusza cały zespół. Nad kominem jest rozdroże wiodące w partie Królewskie. Jasiu wspina się trójkowymi progami w górę a my podążamy za nim. Dalej są dwa eksponowane trawersy. Potem zjazd dużą studnią nad okno wiodące do Smolucha. Tomek z Ryśkiem likwidują oporęczowanie. Nagle z dołu Smolucha ktoś woła prosząc o linę. Jak się później okazało było to 3 warszawiaków chcących trawersować otwory lecz nie mogli wspiąć się klasycznie Smoluchem. Tak więc dochodzi dodatkowe opóźnienie. Ja biorę część grupy i podążam już do otworu. Wszystko idzie sprawnie. Zlotówkę postanowiłem wyjść na samej puańce co później pożałowałem. Wychodzę wprawdzie szybko lecz kosztowało mnie to sporo wysiłku. Próg ten jest bardzo zalodzony więc muszę uważać aby nie zbić mordy. O północy wychodzę z jaskini. Noc jest mroźna i gwiaździsta. Nie marudząc przebieram się i czekam na pozostałych.W końcu jednak wychodzi i Asia i Tadek i pozostali łącznie z warszawiakami (dwie dziewczyny i facet). Gdy połowa grupy była u góry zaczynamy schodzić w dół. Jest tu już dużo śniegu lecz kamienie wystają w wielu miejscach co utrudnia poruszanie się w dół. Szczęśliwie jednak osiągamy halę Pisaną. Czekając na pozostałych delektujemy się pięknem tatrzańskiej nocy. Miliony gwiazd połyskiwało na czarnym firmamencie ograniczonym ze wszystkich stron poszarpanym górami i turniami widnokręgiem. Z lasu tymczasem wyłaniają się kolejne światełka. My możemy iść dalej. Monotonne deptanie doliną Kościeliską a później asfaltem do Glizdowej daje trochę w kość.


Wyjazd do Jaskini Malinowskiej

3 11 2002 r.
Uczestnicy: Damian i Kamil Szołtysik, Henryk Tomanek, Tadeusz i Tomasz Szmatłoch.

Wyjeżdżamy moim autem do Szczyrku. Tu załatwiam sprawy związane z przygotowaniem obozu sportowego a następnie jedziemy na przełęcz Salmopol. Jest lekki mrozik ale świeci słońce. Zostawiamy na parkingu auto (5 zł) i czerwonym szlakiem idziemy w kierunku góry Malinów. Przez ostatnie lata na wskutek wiatrołomów i nierozważnej działalności człowieka okoliczne lasy zostały mocno zniszczone. W listopadowy piękny dzień góry stanowią przepiękny pejzaż. Może w pół godziny dochodzimy pod otwór jaskini. Ostatni raz byłem tu 21 lat temu podczas narciarskiej wycieczki z Krzyśkiem Hilusem. Pamiętam, że nawet w narciarskich butach zeszliśmy do jaskini (są tu stalowe drabiny) a jako oświetlenia używaliśmy druczków górniczych mandatów paląc je w zejściu. Nie wzięliśmy nawet kombinezonów sądząc, iż nie będą potrzebne. Plecaki zabieramy na dół. Jaskinia ta jest tworem tektonicznym, więc pozbawiona szaty naciekowej. Ściany jej są ciosane i gładkie jak wykonane ręką człowieka. Jaskinia tworzy korytarz załamujący się pod prostymi kątami. Jest nawet drewniana drabina wiodąca na górne piętro jaskini. W ścianach są batinoxy do asekuracji liną. Zwiedzamy jaskinię choć z uwagi na brak kombinezonu nie wypycham się w wszystkie ciasne miejsca. Kamilowi się bardzo podoba w jaskini. Po dwóch godzinach opuszczamy jaskinię wychodząc po stalowych drabinach do góry. Słońce dotykało nas swymi promieniami przesączającymi się między oszronionymi drzewami. Po przebraniu i zrobieniu pamiątkowych zdjęć ruszamy jeszcze na Malinowską Skałę. Stąd wracamy tą samą drogą na Salmopol. W drodze powrotnej dogonił nas zmierzch. Dzień się kończył i przyjemnie było patrzeć jak górskie doliny topią się w coraz większym mroku a my jeszcze chwilę mogliśmy podziwiać grę światła i cienia na zachodnim widnokręgu. Zawsze w takich chwilach ogarnia mnie jakaś dziwna tęsknota za czymś nieokreślonym, dalekim, niezwykłym.

Do aut dochodzimy już po ciemku. Szron pokrył szyby i blachę samochodu. Do domu wracamy szczęśliwie zadowoleni z tak spędzonego dnia.


Wyjazd do jaskini Mąciwody i Racławickiej

26 10 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołttysik, Tomasz Jaworski, Asia Maciejowska, Iwona Skorupa, Piotr Świerc, Irek Paprotny, Rafał Kisielewicz

Wyjeżdżamy dwoma autami. Najpierw jedziemy do podolkuskich Kluczy do jaskini Mąciwody. Jest to bardzo ciekawa jaskinia gdyż zjeżdża się do niej w zwykłej studni na wodę. Jaskinia znajduje się na prywatnej posesji więc musimy zapytać właściciela o zgodę. Żąda po 3 zł od łeba (po targach bo chciał więcej) i podpisania oświadczenia o naszej odpowiedzialności za akcję. Po załatwieniu tych formalności zakładam zjazd do ocembrowanej początkowo studni. Lustro wody jest 19 m poniżej. Jaskinia została odkryta w latach pięćdziesiątych podczas drążenia studni. Po przebraniu się zjeżdżam pierwszy na dno. Jest to ciekawa przygoda. Nigdy dotąd nie zjeżdżałem do studni. Po 5 m ocembrowania jest już naturalna próżnia. Zjeżdżam niemal do wody. Dalej prowadzą boczne korytarze, które spenetrujemy razem. Po kilkunastu minutach zjeżdżają kursanci. Jaskinia jak na Jurę ma spore rozmiary. Szczelinowym korytarzem o sporej wysokości dochodzimy do dużej sali o piaszczystym dnie. Odchodzi stąd kilka bocznych korytarzy. Penetrujemy wszystkie odnogi jaskini przeciskając się kilka razy przez ciasnawe przełazy. Wracamy do punktu wyjścia. Woda po może 10 m korytarza sięga stropu. Wychodzę po linie do góry na powierzchnię. Zakładam dodatkową linę do wychodzenia tak, że odwrót z jaskini przebiega dość sprawnie. Kursanci radzą sobie nieźle. Na dworze jest wietrznie, czasem kropi deszcz. Przebieramy się i jedziemy do oddalonych o 20 km Racławic. Tu pójdziemy do jaskini Racławickiej. Irek z uwagi na ból kolana zostanie przy autach. Najpierw jednak idę z Tomkiem szukać tej jaskini sugerując się opisem Tadka Szmatłocha. Mówił o linii elektrycznej ciągnącej się rzekomo w pobliżu jaskini. Przeczesujemy teren w pobliżu linii lecz jaskini ani śladu. Po ponad godzinnych poszukiwaniach wracamy z powrotem i wtedy natknęliśmy się na niebieską kratę przykrywającą wylot jaskini. Wracamy do kolegów i już z sprzętem podążamy ponownie w górę. Jaskinia ta ma charakter pionowy. Zaczyna się studzienką, następnie jest pochylnia i 11 m wolnego zjazdu na dno studni. Zjedziemy na dół wszyscy. Plecaki zostawimy nad pochylnią w jaskini. Poręczuję jako pierwszy do dna i czekam na kursantów. Trochę problemów ma Iwona. W końcu jednak wszyscy są na dole. Za niskim przełazem jest sporych rozmiarów sala. Tu Tomek poręczuje próg do Czeskiego Korytarza. Jest to bogaty w nacieki fragment jaskini. Znajduje się tam zeszyt z wpisami grotołazów. Przed nami byli tu tydzień temu ludzie z naszego klubu z Tadkiem Szmatłochem. Penetrujemy jeszcze korytarze wychodzące z sali. Ja wychodzę pierwszy do góry i na każdej przepince czekam na Iwonę. Wkrótce też jesteśmy u góry. Właśnie zapadał zmrok. Dość długo czekamy na resztę zespołu. W końcu jednak wszyscy szczęśliwie opuszczają jaskinię a Tomek zreporęczował całość. Do aut nie ma żadnej ścieżki. Idzie się przez pola. Wkrótce jesteśmy przy autach gdzie tylko robimy krótki przepak i wracamy do domu. W drodze powrotnej przeszła nad nami obfita ulewa lecz pomyślnie dojeżdżamy do domu.


Wyjazd do jaskiń Żabia i Studnia Szpatowców

20 10 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Ryszard Widuch (przebywał w Podlesicach na kursie unifikacyjnym), Rafał Ciołek, Piotr Świerc, Ireneusz Paprotny, Tomek Jaworski, Asia Maciejowska, Krzysztof Kubocz

Niedziela tak ja zresztą poprzednia jest pochmurna i deszczowa. Wyruszamy znów z pod Plazy. Auta zostawiamy w Podlesicach przy hotelu gdzie instruktorzy mieli kurs. Najpierw idziemy do dobrze mi znanej Studni Szpatowców. W jaskini tej śmierć poniosło już kilka osób z powodu nieostrożności. Wstępna pochylnia kończy się pionową studnią. Cyklista zakłada zjazd. Wchodzi reszta zespołu a ja zostaję u góry z jednym z kursantów. W międzyczasie rozpętała się śnieżna zadymka. Trwała jednak krótko i wkrótce ustąpiła deszczowi. Do jaskini zjeżdżam ostatni i ostatni wychodzę kontrolując poczynania kursantów. Odwiedza nas tu kilku instruktorów. Przy okazji zrzucam zjazd do niewielkiej studni obok. Po zjeździe penetruję wszystkie wnęki lecz okazują się ślepe.

Przechodzimy na Bibliotekę. Kursanci zakładają zjazd do niegłębokiej jaskini Żabiej. Żeby usprawnić akcję zakładam dodatkowy zjazd co przyśpiesza rzeczywiście akcję. W jaskini jest sporo błota. Po wyjściu przebieramy się i idziemy do aut. Szczęśliwie wracamy do domu.


Wyjazd do jaskiń w Góry Sokole

13 10 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Ryszard Widuch, Ireneusz Paprotny, Rafał Kisielewicz, Michał Kuszewski

Jesienią do klubu przyszło sporo nowych ludzi, którzy chcieli uczestniczyć w kursie taternictwa jaskiniowego. Tak więc często spotykaliśmy się na sztucznej ściance u mnie w szkole oraz szykowały się wyjazdy na skałki i w Tatry. W deszczowy niedzielny poranek ruszamy z pod Plazy i jedziemy do Olsztyna. Na rynku zostawiamy auta i maszerujemy obok ruin zamku w niedalekie góry Sokole. Obok jaskini Olsztyńskiej przebieramy się w schronisku skalnym. Zjeżdżamy do jaskini Wszystkich Świętych. Kursanci radzą się dość dobrze. Potem idziemy do Studniska gdzie wychodziła ekipa grotołazów z Katowic (w ogóle jak na taką kiepską pogodę były tu mnóstwo grotołazów). Jak wyszli zakładam zjazd i zjeżdżam na dno obszernej sali. Tu czekam na resztę. Wychodzę po sznurku do góry a kursanci idą do końca jaskini. Już po ciemku wracamy do Olsztyna skąd samochodami wracamy do domu.


Speleokonfrontacje’2002

5 10 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Ryszard Widuch, Tomek Jaworski, Krzysztof Kubocz

Jak co roku jedziemy do Podzamcza na tzw. Speleokonfrontacje. Jedziemy autem Chiniola. Pogoda jest wietrzna i chłodna. Tym razem pokazy odbywały się tuż przy wejściu za mury obronne a nie jak zwykle na dziedzińcu. Tak więc zjechało się sporo grotołazów z całej Polski. Siadamy na ławie i przez kilka godzin słuchamy opowieści popartych slajdami i filmami z różnych wypraw. Były relacje z USA, Austrii, Rumunii, Słowenii, Nowej Gwinei, Słowacji. Bardzo zaciekawiła mnie Rumunia. Być może zorganizujemy tam wyjazd. Towarzystwo jak zwykle było (przynajmniej większość) nieźle wstawione (piwo). Około północy wsiadamy do auta i wracamy do domu.


Mała Fatra – niekoniecznie na rowerze...

14 - 15 09 2002 r.
Uczestnicy: Damian Szołtysik, Stasiek i Artur Włodarczyk

Ruszamy na Słowację a dokładnie do malowniczej Małej Fatry. Dwa rowery wkładamy do bagażnika a mój na dach. Szybko dojeżdżamy do Cieszyna. Musimy przejechać dwie granice. Do Czech wjeżdżamy po kilkunastu minutach oczekiwania. Po następnej godzinie stoimy na granicy słowacko-czeskiej w Mostach u Jablunkowa. Tu niespełna 2 lata temu jechaliśmy rowerami. Teraz jedziemy na Czadcę i Żylinę. W Terchowej skręcamy do malowniczej doliny. Otaczają nas wysokie, pionowe, wapienne skały. Auto zostawiamy na ostatnim parkingu. Po śniadaniu wskakujemy na rowery i ruszamy szlakiem wiodącym trawersem po stromym zboczu na górę Gruń (989). Kamienista ścieżka urozmaicona licznymi korzeniami wyprowadza nas na trawiasty upłaz. Za jego wysoczyzną oczom naszym ukazuje się znienacka strzelisty i biały Wielki Rozsutaniec (1618). Przy schronisku zatrzymujemy się na piwko. Pogoda jest wymarzona. Po odpoczynku zaczynamy zjazd do małej wioski Stefanowa. Zjazd jest dość stromy lecz technicznie niezbyt trudny. Mój problem polega na tym, że spaliły mi się klocki hamulcowe. Nabieram niebezpiecznej szybkości i nie mogę skutecznie wyhamować. Pomagam sobie nogami. Od tej chwili biegnę z rowerem w dół. Stasiek zaliczył też koziołka. Wkrótce jednak jesteśmy w Stefanowej gdzie robimy krótki odpoczynek (czytaj piwko). Dalej mamy zamiar jechać przez Boboty (1085) i z powrotem wrócić do dol. Terchowej. Z niedalekiej przełęczy Podziar (745) stromo wznoszącą się ścieżką jedziemy w górę. Ścieżka jednak wkrótce jest tak stroma iż prowadzenie rowerów nastręcza problemy. Musimy je nieść. Spotykamy tylko parę Słowaków, którzy radzą nam zawrócić z uwagi na kaprawe zejście z drugiej strony. Kontynuujemy jednak marszrutę. Mokrzy i zmęczeni osiągamy kulminację Bobootów. Jest to zresztą rezerwat przyrody. Piękne białe skały jak baszty górują nad lasem wspinamy się na jedną z nich. Roztaczał się tu piękny widok na okolicę. Ścieżka czasem wiedzie tuż nad urwiskiem. O jeździe jako takiej nie ma nawet mowy. Później znów stromo w dół w stronę Terchowej. Widać już dolinę ale od jej dna dzieli nas jeszcze fragment urwistego zbocza. Ścieżka na tym odcinku jest wyposażona w łańcuchy jak na naszym Giewoncie. Dla piechura to pestka natomiast z rowerami na grzbiecie sprawa się ma nieco inaczej. Ostrożnie więc schodzimy stromymi żlebikami w dół tuż na pionowym skałami. Rowery niesiemy na barkach w taki sposób by przynajmniej mieć jedną rękę wolną. Po pokonaniu szczęśliwie wszystkich trudności osiągamy dolinę. W sam raz. Z zachmurzonego bowiem nieba zaczyna padać deszcz. Ruszamy w górę doliny znaną nam już asfaltową drogą. W niespełna pół godziny jesteśmy na miejscu zmęczeni jak po przejechaniu przynajmniej stówy po asfalcie. Pakujemy rowery. Deszcz wprawdzie przestaje padać lecz my decydujemy się na powrót do Goleszowa. Opuszczamy uroczą Małą Fatrę. Zachodzące słońce rzucało czerwone refleksy na białe skały podkreślając jeszcze bardziej urodę tych gór. Z Terchowej (urodził się tu legendarny Janosik) jedziemy trochę inną drogą do Czadcy. Tym razem na obu granicach czekamy krócej. Do Goleszowa dojeżdżamy po ciemku i w coraz mocniej padającym deszczu. Po kolacji siedzimy jeszcze dość długo (Artur zmęczony położył się od razu). W przyczepie było znakomite spanie tym bardziej, że padał całą noc deszcz.

15 09 2002: Jest pochmurno i pada mżawka. Nasze dzisiejsze plany wyjazdu na Czantorię spełzły na niczym. W południe pakujemy auto i wracamy do domu bez przeszkód. Z wyjazdu jednak byliśmy bardzo zadowoleni.


Wyjazd rowerowy do dolinek krakowskich

8 09 2002 r.
Uczestnicy: Damian, Kamil, Teresa, Paweł Szołtysik

W niedzielny, słoneczny ranek ruszamy w czwórkę do miejscowości Paczułtowice na Jurze. Tu zostawiamy auto i dalej na rowerach jedziemy zaplanowaną przeze mnie trasą. Najpierw doliną Eliaszówki. Zatrzymujemy się przy źródłach św. Eliasza. Potem zboczem doliny docieramy do klasztoru Czerna. Jest to wspaniałe miejsce. Klasztor położony na zboczu doliny powstał w latach trzydziestych XVII wieku. Wspaniałe miejsce do kontemplacji. Zwiedzamy tutejsze muzeum oraz drogę krzyżową na zboczu doliny. Cały teren klasztoru był niegdyś ogrodzony 4-kilometrowym murem. Obecnie zostały tylko jego resztki. Znajduje się tu również cmentarz, na którym spoczywają zakonnicy. Z klasztoru zjeżdżamy z powrotem do doliny. Tu z kolei są malownicze ruiny starego kamiennego mostu spinającego również sąsiednie zbocza doliny. Środek mostu jest zawalony a środkiem płynie potok Eliaszówka. Obok źródła św. Elizeusza wjeżdżamy na szlak rowerowy wiodący w stronę Dębnika. Szlak wiedzie wzdłuż klasztornego muru a następnie przez bukowy las. W pewnym momencie natrafiamy na symboliczny cmentarz w środku lasu. Poświęcony jest ofiarom Katynia. Z Dębnika ruszamy piękną doliną w stronę następnej doliny Racławki. Jest tu cudowny zjazd aż do kamieniołomu w Racławce. Dolina Racławki w mojej ocenie należy do jednej z najpiękniejszych dolin krakowskich. Przez dolinę płynie potok Racławka. Zbocza porośnięte lasami tudzież wystają białe skały. Najpierw jedziemy asfaltową drogą, która odbija mocno w górę. To pomyłka. Po osiągnięciu znacznej wysokości spostrzegam swój błąd i wracamy w szalonym tempie w dół. Odnajdujemy zielony szlak wiodący malowniczo wzdłuż potoku. Jest tu naprawdę cudownie. Za wywierzyskiem Bażana opuszczamy dolinę kierując się do Paczułtowic. Zwiedzamy tu jeszcze stary drewniany kościółek z XV w. Po przejechaniu zaledwie 17 km jesteśmy z powrotem przy aucie (zostawiłem je otwarte). Kilometrów było wprawdzie niewiele lecz każdy z nich był naprawdę atrakcyjny pod każdym względem w dodatku dopisała pogoda.

Jedziemy jeszcze autem pod ruiny zamku Tenczynek. Tu jednak jest „spotkanie z duchami” i na zamku znajduje się setki ludzi więc rezygnujemy z zwiedzania. Już po ciemku szczęśliwie wracamy do domu.


Wyjazd rowerowy Pomorze’2002

4 - 9 07 2002 r.
Uczestnicy: Damian i Kamil Szołtysik

4 07 2002: Wczesnym popołudniem opuszczamy przytulny Raków (Pojedzierze Lubuskie, niedaleko Łagowa) ruszając w siedemsetkilometrową trasę. Zabieramy tylko niezbędne rzeczy do biwaku i trochę odzieży. Kierujemy się lasami do Łagowa a następnie przez uroczy Łagowski park krajobrazowy do Wielowsi. Teren tutejszy jest pagórkowaty, porośnięty iglasto – liściastym lasem. Żółtym szlakiem rowerowym (słabe oznakowanie) zjeżdżamy do Wielowsi. Stąd brukowaną drogą również przez lasy jedziemy do Stemplewa. Wsie te stanowią zapyziałą prowincję. W południowych godzinach nie ma ludzi i wsie wydają się wyludnione. Podążamy na północ. Szlakami rowerowymi dojeżdżamy do Skwierzyny. Przejeżdżamy most na Warcie i skręcamy w trzeciorzędową drogę wiodącą między doliną Warty a puszczą Notecką. Później nawierzchnia drogi ulega pogorszeniu ale dla nas to nie jest przeszkoda. W Świniarach spotykamy ludzi, którzy przyprowadzili się tu z Katowic. Facet radzi mi skrócić drogę jadąc przez puszczę. W wsi Korbielka, leżącej na skraju lasu ruszamy prosto na północ przez las. Droga jest nieco piaszczysta lecz można jechać swobodnie. Celem naszym jest miejscowość Gościm leżąca po drugiej stronie lasów puszczy Noteckiej. Na kompasie korygujemy więc kierunek jazdy by na rozstajach leśnych dróg nie skręcić w niewłaściwą stronę. Kamil przeżywa lekki kryzys. Jest ciepło. Po drodze mijamy urocze jeziorka otoczone zewsząd lasem. Bezbłędnie po ponad godzinnej jeździe lądujemy w Gościmiu. Stąd asfaltem już nie daleko do Drezdenka. Po drodze w przydrożnym sklepie zaopatrzamy się w żywność na dzisiejszy wieczór. Z daleka widzimy jak nad okolicami Drezdenka pada deszcz. W Drezdenku przejeżdżamy most na Noteci. Miasto to pamiętam z mej włóczęgi rowerowej dookoła Polski z 1975 roku, gdyż tu spędziliśmy noc u gościnnych ludzi po tym jak Franc Niesłony miał awarię roweru.

Tym razem bez przeszkód mijamy miasto kierując się na północ w stronę Dobiegniewa. Dzień już miał się ku końcowi. Na biwak zatrzymujemy się w wsi Ostrowiec. Śpimy na placu u gościnnego faceta.

5 07 2002: Jest pochmurno. Cóż od wczoraj zaczęliśmy pogoń za deszczem. Po śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Na dłużej zatrzymujemy się w Dobiegniewie gdzie kupujemy jedzenie. Niestety nie można było kupić mapy tutejszego rejonu. Stąd przez lasy jedziemy nadal na północ. Brukowanymi, wyboistymi drogami zmierzamy wzdłuż obrzeży Drawieńskiego Parku Narodowego. Zatrzymujemy się przy pięknej i czystej rzece Drawie. Dalej znów na północ. Ze wsi Dominików jedziemy na północ na przełaj w stronę Kalisza Pomorskiego. Najpierw leśną ścieżką wzdłuż jeziora a potem uroczej rzeczki. Następnie gruntową drogą, skrajem lasu i pól w alei starych, rozłożystych dębów. Nadchodzi burza, najgorsze co może nam się przytrafić w lesie. Gdy wyładowania są bardzo blisko nas zostawiamy rowery pod drzewem a my wchodzimy do oddalonego nieco rowu i tam skuleni przeczekujemy nawał błyskawic. Może po godzinie na tyle się uspokoiło, że możemy jechać. Deszcz pada jednak nadal i nic nie zanosiło się na diametralną zmianę pogody. 8 km jazdy lasem doprowadza nas do Kalisza Pomorskiego. Znajdujemy jakiś okap i następną godzinę czekamy na lepszą pogodę. Później wchodzimy do małej knajpki na ciepły posiłek. Jak tylko przestało padać a nasze humory się poprawiły po zjedzonym posiłku ruszamy w dalszą drogę w kierunku Sienicy. Niestety zdołaliśmy dogonić deszczowe chmury. Znów mokniemy. Nasze kurtki (alviki) straciły już dawno wodoodporne właściwości więc jesteśmy niemal doszczętnie mokrzy. W dodatku znów boli mnie kolano. Było około ósmej jak znaleźliśmy się w Sienicy. Tu też biwakujemy u bardzo gościnnych ludzi. Gospodarz zagrzał w piecach i posuszył nasze mokre rzeczy. Czas brakujący do zapadnięcia zmroku spędzamy na dyskusji z gospodarzami. Mówiąc skrótowo wszędzie gdzie biwakowaliśmy dominował temat bezrobocia i trudnej sytuacji miejscowej ludności.

6 07 2002: Nie pada ale chmury nadal wiszą jak bura opończa. Dziękując gospodyni za gościnę ruszamy w dalszą drogę. Wiedzie lasami, rowerowym szlakiem do miejscowości Wierzchowino. Stąd szlakiem rowerowym kierujemy się wzdłuż jeziora Wąsoszo do Bobrowa. Szlak jest dobrze oznakowany i wiedzie leśną, gruntową drogą. Po drodze mijamy ładny pałacyk i wielki stary dąb pod którym pochowany był jakiś niemiecki dostojnik. Z Bobrowa jedziemy wzdłuż torów kolei. Na zmianę deszcz i słońce. Tak dojeżdżamy do uroczego jeziora Krzemowo. Jezioro otoczone lasami ma krystalicznie czystą wodę. Akurat mocno przygrzało słońce więc nie tracimy okazji do kąpieli. Jest wspaniale. Trochę błądząc leśnymi ścieżkami docieramy do szerszej drogi w wkrótce potem do ładnego Czaplinka położonego nad jeziorem Drawskim. W tym momencie też nadeszła potężna chmura, która wkrótce uwolniła swoje zasoby przy akompaniamencie błyskawic i grzmotów. Na małym parkingu znajdujemy zadaszenie. Czas wykorzystujemy na posiłek. Siedzimy tuż nad brzegiem jeziora Drawskiego. Jest to największe jezioro tego rejonu. Ma szereg dużych zatok a jego głębokość sięga 83 metrów. Po deszczu udajemy się na ładny rynek starego Czaplinka. Stąd wychodzi szereg szlaków pieszych i rowerowych pojezierza Drwaskiego. Ruszamy na wschód zielonym szlakiem rowerowym. Mokrą drogą dojeżdżamy do Czarnego Małego. Stąd przez grząskie pola jedziemy dalej na wschód do jeziora Nobliny. Po drodze mijamy obelisk w kształcie lotniczego skrzydła upamiętniający śmierć 2 pilotów wojskowych w 1995 roku. Od jeziora Nobliny obok mniejszych jezior przez las jedziemy zagubionej wioski Starowice. Zastanawiamy się z Kamilem jak ludzie tu żyją. Z wioski wyprowadza nas aleja przepięknych klonów. Wkrótce wydostajemy się na dobrą drogę asfaltową wiodącą do Bornego Sulinowa. Z prawej strony mijamy tereny dawnego radzieckiego poligonu wojskowego, pełne ćwiczebnych ruin i wałów. Samo Borne Sulinowo to dawne, ogromne koszary stacjonującej tu w czasach komunizmu, armii radzieckiej. Obecnie jest to widok nędzy i rozpaczy. Rosjanie wycofując się rozgrabili i zdewastowali wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość a to co nie zdążyli wykończyli rodzimi złodzieje. Obecnie restauruje się stare koszary i sprowadza ludzi z zewnątrz lecz zdecydowana większość budynków to nadal ruina. Znajdujemy nawet dawny punkt wydawania przepustek z koszar z rosyjskimi napisami. Nieco przygnębieni opuszczamy Borne kierując się na Krąg. Teraz nasz szlak będzie prowadził już w stronę morza. Najpierw jedziemy do Silnowa mijając po drodze dwa ładne jeziora a potem skręcamy na północ w stronę Nowego Chwalimia. Widzie tędy szlak rowerowy. Ciemne chmury gdzieś się straciły i wyszło słońce, które już nisko nad horyzontem ubrało w złote odcienie piękną tu przyrodę. Lasy na przemian z łąkami i polami. Przejeżdżamy małe wioski pełne ruin dawnych niemieckich pałacyków ale także walące się budowle starych PGRów. Ludzie snują się bez celu. Mężczyźni na ogół siedzą przy wiejskich sklepikach z butelką piwa lub taniego wina. Kobiety wysiadują w drzwiach domostw jakby czekając na cudowną odmianę losu. Marazm - tak można określić atmosferę mijanych wsi i miasteczek. Dawne państwowe gospodarstwa rolne upadły z dnia na dzień. Ludzie zostali bez pracy, często środków do życia. Rozgrabiono więc to co się dało. Życie toczy się aby do jutra. Niektóre zamieszkałe domy stoją na wpół w ruinie. Na jednym z zalanych wodą budynków dawnego PGR wisiało jeszcze pompatyczne hasło: „PODNIEŚMY PRACĘ SPOŁECZEŃSTWA DO RANGI IDEAŁU”, znakomicie zresztą kontrastowało z otaczającą rzeczywistością. Trasa wiedzie aleją starych drzew, które z zachodzącym słońcu rzucały długie cienie. Rozglądam się już za miejscem na biwak lecz na razie blado to wygląda. Z Nowego Chwalimia skręcamy na Wielawino. W tej wiosce zatrzymujemy się na nocleg jak zwykle u gościnnych ludzi, którzy w tym wypadku stanowili wielopokoleniową rodzinę. Ciekawą postacią był 94-letni dziadek, który po dziś dzień przejeżdża dla relaksu 40 km na rowerze.


7 07 2002: Ruszamy jak zwykle po śniadaniu. Dziadek odprowadza nas na rowerze wskazując drogę przez las. Chcemy sobie zrobić skrót jadąc przez las. Spotkany przypadkowo w lesie grzybiarz mówi o zerwanym mości na dopływie Parsęty. Jedziemy więc za nim na inny mostek, który był zgnity i dni miał również policzone. Wydostajemy się na asfalt i nim dojeżdżamy do Krosina. Stąd pędzimy przez Wielanowo do Tychowa. Pogoda coraz lepsza. Zaczyna świecić słońce. Z Tychowa kierujemy się na Koszalin. Droga nie jest ruchliwa, wiedzie na ogół lasami. Bocznymi drogami przez małe wioski docieramy wreszcie do Sarbinowa. Dalej już tylko modre wody szumiącego Bałtyku. To kres naszej drogi na północ. Nagle też zmienia się atmosfera otoczenia. Tysiące wczasowiczów, samochody, mnóstwo barów, sklepów i gwaru. Idziemy posiedzieć na plażę ale długo nie wytrzymujemy. Doprawdy nie wiem jak tu można wypocząć pośród tłumu zalegającego plaże. Jedziemy więc szlakiem rowerowym wzdłuż wybrzeża na zachód w stronę Kołobrzegu. Po drodze nieoczekiwanie spotykam kolegi z Rudy – Marka Różańskiego. O zachodzie słońca docieramy do Ustroni Morskich. Ta miejscowość jest również oblężona przez tysiące ludzi. Nie można wręcz dorwać się do telefonu. Jak się to udaje to dzwonię do Teresy i Ryśka Widucha gdyż przebywała tu Marzena. Dowiaduję się adresu i wkrótce spotykam koleżankę. Noc spędzamy u nich. Najfajniejszy był prysznic po kilku dniach tułaczki.


8 07 2002: W słoneczny ranek wyruszamy w dalszą drogę. Szlak rowerowy prowadzi pod Kołobrzeg. Jedziemy do portu. Odpoczywamy na pirsie a potem startujemy w drogę powrotną do Rakowa. Pogoda jest dobra więc bijemy kilometry. Przez Świdwin, Ińsko i Choszczno podjeżdżamy do Płotna gdzie zatrzymujemy się na noc u równie gościnnych ludzi. Dziś przebyliśmy 172 km. Bolą nas dupy.


9 07 2002: Dziś ostatni etap podróży. Rano trochę popadało ale później jest sucho. Przez Barlinek dojeżdżamy do Gorzowa Wielkopolskiego. Potem kierujemy się na Sulęcin. Czujemy się już jak u siebie w domu. Drogę do Sulęcina skracam przez las kierując się na wioskę Jarnatów. Przez kocie łby ale za to ładnym lasem docieramy do owej wsi.

„Czy to już Jarnatów” – pytam przechodzącego gościa

„Już?, Nareszcie Jarnatów” - odparł myśląc zapewne o kocich łbach wiodących do jego wioski.

Stąd już rowerowym szlakiem R1 dojeżdżamy do Sulęcina. Dalej do Małuszowa a stąd brukiem do Walewic. To typowa wioska z tych okolic. W środku staw i sklep. Odpoczywamy przy sklepie bawiąc się z nudzącymi się psami. Późnym popołudniem przez lasy wracamy do „naszego” Rakowa serdecznie witani przez tam obecnych.

W trakcie wyprawy przejechaliśmy prawie 700 km. Poznaliśmy nowe tereny naszego kraju, często odmienne. Spotkaliśmy wielu życzliwych i gościnnych ludzi (oby Bóg im błogosławił). Drogę na północ pokonaliśmy głównie leśnymi, polnymi czy też wiejskimi drogami. Była to wspaniała przygoda, którą możemy wpisać do bogatej kolekcji naszych wędrówek i wypraw. Kamil okazał się wspaniałym kompanem i partnerem, wytrzymałym na trudy męczącej podróży. Pojezierze Drawskie natomiast jest miejscem wartym odwiedzenia u uwagi na swoją urzekającą przyrodę.


Rajd rowerowy przez Jurę Krakowsko-Częstochowską

1 - 4 05 2002
Uczestnicy: Damian i Kamil Szołtysik

Wykorzystujemy kilka dni wolnego i ruszamy w ponad 400-kilometrową trasę po obwodzie: Ruda Śląska - Kraków - Częstochowa - Ruda Śląska.

Celem wyjazdu jest przejechanie całego szlaku rowerowego Orlich Gniazd od grodu wawelskiego do Jasnej Góry choć dojazd do Krakowai i z Częstochowy też jest na rowerach.
Na wyjazd zabieramy tylko niezbędne rzeczy (namiot, karimaty, kuchenkę i narzędzia do rowerów). Zaczyna się dość niefortunnie. Na dojeździe do Krakowa pękła mi opona i rezerwowa dętka służy jedynie na dojazd do Krakowa. Z duszą na ramieniu jadę na prowizorycznie załatanej oponie. Nocujemy w Kaszowie przed Krakowem by nazajutrz naprawić rower w Krakowie. Mamy szczęście. Starszy gość zaprowadza nas na bazar gdzie kupujemy opony i kilka innych drobiazgów. Teraz bez stresów możemy jechać dalej. Z Wawelu jedziemy na Sukiennice a stamtąd kierujemy się do Bronowic. Na szlak rowerowy trochę przypadkowo wpadamy w Mydlnikach. Szlakiem tym podążamy generalnie na zachód choć wije się on tu w różne strony. Czasem jest niezbyt dobrze oznakowany. Wszystkim wybierającym się na ten szlak radzę zakupić dobrą mapę. Przez Balice, Brzoskwinię dojeżdżamy do Tenczynka. Szlak prowadzi tu po przez małe wioski, piękne lasy, pośród pół. Teren jest pofałdowany więc występują fajne zjazdy ale i pod górę trzeba się napocić tym bardziej, że upał był iście lipcowy. Z Tenczynka gdzie mijamy ruiny starego zamku ruszamy do Krzeszowic. Dalej przez piękną Eliaszówkę szlak wiedzie do Paczółtowic. Tu jednak niemiła niespodzianka. Tracimy oznakowanie i wjeżdżamy na rozległy rozorany obszar, na którym powstają podobno największe w Polsce pola golfowe. Godzinę tracimy na szukanie szlaku. W końcu wracamy do Paczułtowic i drogą jedziemy kilkanaście kilometrów do Olkusza. Tu znów wpadamy na znaki. Przy ostatnich zabudowaniach miastach rozbijamy namiot i spędzamy noc po przepedałowaniu 107 km. Następny dzień jest równie upalny. Przez lesisto - trawiasty teren docieramy wkrótce do ruin zamku Rabsztyn. Następnie przez wspaniałe bukowe lasy porastające obłe wzgórza mkniemy do Jaroszowca. Dalej charakter okolicy nie zmienia się znacząco, może więcej lasów iglastych. Jest za to dużo piasku. czasem kilkaset metrów prowadzimy rowery po kostki w piachu. Mijamy urocze małe wioski z senną atmosferą południowych godzin. Jedynie tu możemy zaopatrzyć się w żywność. Tak dojeżdżamy do uroczego Bydlina. (kolejna warownia w ruinie). Dalej odbijamy mocno na NE. Szlak wiedzie do uroczego Smolenia. Wchodzimy do jaskini Jasnej a dalej jedziemy do ruin zamku Złożeniec. Stamtąd lesistym traktem osiągamy Ryczów. Żar się leje z nieba więc dziennie nasze zapotrzebowanie na płyny wzrasta do dobrych kilku litrów. Najpierw piaszczysta a potem szutrowa droga doprowadza nas do znanych nam dobrze ruin zamku Ogrodzieniec. Zamek jest otoczony przez tłumy więc mkniemy dalej. Przed Żerkowicami spotykamy bikera z Warszawy, z którym jedziemy razem do Podlesic. Po drodze mijamy szereg ciekawych form skalnych. W Rzędkowicach biwakujemy obok znajomych, którzy długi weekend spędzali właśnie tam. Skałki otoczone są przez rzesze wspinaczy różnej maści i naprawdę ciężko znaleźć tu wolną skałę. W nocy długo siedzimy przy ognisku. Kolejny dzień równie upalny. W Zdowie wskakujemy na szlak. Mijamy ruiny Mirowa i Bobolic a dalej przez lasy jedziemy do Niegowej. Teraz szlak wiedzie często wąskimi ścieżkami w lesie. Teren wydaje się być bezludny w bezruchu południa. W Przewodziszowicacyh zwiedzamy kolejne ruiny warowni znajdującej się w lesie na pionowych skałach. Nadal przez piękne lasy choć droga tonie w piasku dojeżdżamy do Ostrężnika. Tu na wzgórzu znajduje się ciekawy kompleks skalny z jaskiniami i ruinami starej twierdzy. Przechodzę jaskinię Ostrężnicką. Ciekawe są również źródła bijące u stóp wzgórza.Nadal przez lasy jedziemy do Suliszowic. Zachowały się tu dosłownie resztki warowni na skale. Okazałą warownią jest Olsztyn do którego docieramy o zachodzie słońca. Ostatni biwak spędzamy w Kusiętach. Nadal upały. Ruszamy w lasy rezerwatu Zielona Góra. Za nim już przedmieścia Częstochowy. Bez problemów główną aleją Częstochowy dojeżdżamy do ostatniej warowni - Jasnej Góry. Powrót do domu przez Lubszę i Piasek nie był już tak ciekawy. Z uwagi na coraz większe chmury decydujemy się wracać drogą zwykłą. Nawałnica dopadła nas przed Żyglinem. Godzinę czekamy pod małym daszkiem aż wodospady lejące się z nieba zamienią się w "standardowy" deszcz. Potem już szczęśliwie wracamy do domu.
Szlak ten w mojej ocenie jest niesamowicie atrakcyjny. Pozwala odkryć przecudne miejsca naszej Jury. Wbrew pozorom wymaga czasem umiejętności technicznych. Długo zapewne zapamiętamy wspaniałe zjazdy pośród wystających korzeni lub w fontannach piachu lecącego spod kół.

Z Wawelu do Jasnej Góry tym szlakiem jest bite 200 km. Naprawdę warto jest go przebyć.


Wyjazd do Jaskini Miętusiej

8 - 10 -2 2002
Uczestnicy: Damian Szołtysik Ryszard Widuch (Chińczyk) Janusz Rudol (Rudi) Mariusz Danielski

Celem naszego wyjazdu jest osiągnięcie Ciasnych Kominów w jaskini Miętusiej. Syfon na dnie kominów znajduje się na głębokości 244 m. Kilka lat temu przenurkowano syfon i okazało się, że Ciasne i Wielkie Kominy kończą się na tej samej głębokości. Przed trzema laty zjechaliśmy do Wielkich Kominów więc w tym roku postanowiłem zwiedzić Ciasne Kominy choć generalnie nie lubię ciasnot, choćby ze względu na moje gabaryty a daleko mi do grubasa.

Po skompletowaniu sprzętu w czwórkę moim autem jedziemy do Zakopca. O ósmej jesteśmy na bazie u Glizdowej. Z naszego klubu był jeszcze Marcin Kowalski i Olek. Worujemy jeszcze potrzebne na jutro liny i dopiero potem udajemy się do pokoju. Jak zwykle długo dyskutujemy na różne tematy w przytulnym pokoiku.

9 02 2002: Rano załatwiam z Chińczykiem zezwolenie na wejście do Miętusiej. Potem na bazie pakujemy wszystko do plecaków i ruszamy do jaskini. Po bardzo śnieżnym początku zimy przyszła nagle odwilż i w niższych partiach gór śniegu było mało a czasem nawet wcale. Nie smucimy się z tego powodu. Po niespełna dwóch godzinach docieramy do otworu Miętusiej w Wantulach. Spotykamy tu całą chmarę kursantów z Krakowa. Jest chyba dwadzieścia parę osób. Dopiero jak wszystko to weszło do dziury na spokojnie się przebieramy i wchodzimy do środka. Przed kaskadami wpadamy na grupę kursantek wycofujących się do góry. Mamy więc przymusowy postój (ok. 1,5 godz.). później dopiero poręczujemy kaskady i jako pierwszy poręczuję Ślepy Komin w Ciasnych Kominach. Zjeżdżam do zacisku Kaczanosi. Po chwili dołącza reszta ekipy. Do tego miejsca dotarliśmy przed 3 laty. Pierwszy pokonuje bez większych problemów ten zacisk Rudi. Drugi usiłuje to zrobić Chińczyk. Jednak brzuch, który zapuścił w ustatkowanym rodzinnym życiu stanął na przeszkodzie. W dodatku gdzieś w szczelinie zaklinował się wór. Rysiek nie mógł zrobić ruchu ani w dół ani tym bardziej w górę. Godzinę się męczył strasznie w zacisku. W końcu przy naszej pomocy, ciągnięty dodatkową liną zdołał się wydostać. Rysiek był wykończony. Ja później wyciągałem nieszczęsny wór. Oczywiście Rysiek zrezygnował z dalszej wędrówki w dół. Mamy spore opóźnienie więc polecam chłopcom aby spróbowali dojść do syfonu i za trzy godziny wrócić do Kaczanosi. Ja z Ryśkiem pójdę w stronę Marwoja. Musimy skasować pierwszą linę by zapręczować Piaskowy Próg. Repręczuję więc komin. U góry robimy porządek z karbidem i posuwamy się w stronę Marwoja. Zjeżdżamy Piaskowym Progiem a dalej w górę przez mały prożek dochodzimy pod słynny próg Męczenników. Marcin przed miesiącem zaporęczował próg. Idę jako pierwszy. Próg jest wprawdzie obatinoksowany lecz wydaje mi się trudny do wspinaczki. Wkrótce za mną wychodzi Rysiek. Linę z Progu Męczenników zabieramy do operęczowania tzw. Progu Klasycznego. Tu nie ma liny. Kilkanaście metrów trzeba się wywspinać do góry. Idę jako pierwszy. Choć skała nie przedstawiała tu wielkich trudności to jednak ponad roczna przerwa zrobiła swoje. Nie miałem po prostu kondycji jaskiniowej. Co innego chodzić grać w piłkę, biegać czy jeździć na rowerze a czym innym jest specyficzny wysiłek w jaskini. Tak więc bolały mnie strasznie ramiona a w dodatku łydka. Jednak korzystając z kilku stałych przelotów (batinoksy) dobrnąłem do góry gdzie założyłem na stałe linę. Wkrótce dochodzi do mnie Rysiek. Dalej jest Korkociąg. Znów po linie w górę. Przed Marwojem jest jeszcze jeden krótki zjazd. Nie mamy jednak tego kawałka liny a poza tym musimy lecieć po chłopców. Wracamy więc w dół. Dość szybko osiągamy Kaskady. Muszę zjechać jeszcze raz do Kaczanosi. Na szczęście chłopców było już słychać na dole. Mimo to i tak czekać muszę jeszcze ponad godzinę. Pomagam wyciągnąć Rudimu wór. Później wychodzę do góry do Chińczyka. Po kolejnej godzinie Rudi z Mariuszem dochodzą do nas. Teraz już tylko do góry. Nad Kaskadami worujemy liny i zostawiamy je Marcinowi, który jutro ma tu iść z KKSem. Jeszcze tylko nieszczęsna Rura. Zbolały wychodzę tuż za Ryśkiem na powierzchnię. Jest godzina 2 w nocy. Akcja zajęła nam więc 12 godzin. Noc jest pochmurna i ciepła jak na tą porę roku. Przebieramy się i zaczynamy odwrót. Poniżej Wantul ostre podmuchy wiatru niemal zwalają nas z nóg. Z kolei w dolinie Kościeliskiej droga jest cała zalodzona więc musimy baczyć żeby nie wywinąć kozła. Ostatni odcinek asfaltem do bazy przechodzimy bez przeszkód. O czwartej jesteśmy na bazie. Tylko się myjemy i idziemy spać.

10 02 2002: Wstajemy koło przed południem. Ja czuję każdy mięsień a zwłaszcza obręcz barkową. Chłopcy nie czują się wiele lepiej. Rudi i Mariusz dostali porządnie popalić w zaciskach. Marcin z katowiczanami wrócił z 3 dna w Bandziochu a dziś wybierał się do Miętusiej. My zaś pakujemy się i bez problemów wracamy szczęśliwie do domu. Kolejna akcja dzięki Bogu skończyła się.

Tę stronę ostatnio zmodyfikowano 12:09, 13 lis 2008.
zaloguj się